
Mos Def
„The Ecstatic”
Downtown
zwykły hip-hop
Nie mogę powiedzieć, żeby najnowszy album Mosa Defa wprawiał mnie w ekstazę. Może dlatego, że trochę nadużył zaufanie słuchaczy długimi przerwami między płytami, może też dlatego, że jego ostatnia produkcja nie zachwyciła ani nie wskazała też konkretnego kierunku, w którym raper podąża. Na szczęście na „The Ecstatic” jest lepiej, ale jakoś tak inaczej. Właściwie nie ma tu utworów w klasycznym tego słowa znaczeniu, no i przede wszystkim nie ma wyraźnych singli, które mogłyby zająć, jeżeli nawet nie miejsce „Ms. Fat Booty”, to chociaż „Umi Says”, a wszystko to w formie mikstejpu złożonego z luźnych myśli Mosa. Są momenty rewelacyjne, jak „Auditorium”, „Worker’s Camp” (znowu wyje!) czy „History” z gościnnym udziałem starego kumpla – Taliba Kweliego, ale są też chwile, kiedy nie wiadomo, o co chodzi i co usprawiedliwia obecność utworu na płycie. Dawno temu porzuciłem nadzieję, że Mos Def nagra coś na miarę „The New Danger”, i dlatego bardzo cieszę się z wydania „The Ecstatic”, nawet jeżeli ten album nie mówi nam nic nowego, czego nie wiedzielibyśmy już o nowojorskim raperze i aktorze. Mam też przesłanie dla wszystkich miłośników głębokich, przemyślanych, czarnych brzmień – pora szukać nowych idoli.
Rawski
Recenzja pochodzi z wrześniowego numeru LAIF, 2009






CO TO JEST ZWYKŁY HIP HOP ?:)