Flaming Lips – Embryonic

Flaming Lips Embryonic
Warner
Czy to się jeszcze leczy? Niech się za szalone pomysły Wayne?a Coyne?a nie biorą maleńkie rozumki nieuważnych konsumentów radiowych trzyminutówek. Flaming Lips nagrali płytę niedefiniowalną, nieklasyfikowalną, potężną. Znów. Trochę przeraża, że przewijające się tu i ówdzie spory o jakość przedsięwzięcia (sztuka czy bełkot?) sprowadzają się do długości. Trwania. Głupia propaganda rozmiaru? Tu naprawdę nie o to chodzi, że ?Embryonic? to 70 minut muzyki. Tu chodzi o to, że ?Embryonic? to 70 minut MUZYKI. Nie piosenek, nie pojedynczych refrenów. ?Embryonic? przywraca bowiem wiarę w zasadność istnienia albumu jako takiego. Całości nierozbijalnej na atomy, skończonej historii, konsekwentnej narracji. ?Embryonic? to album rozbuchany, dziwny, niuansowy, nieobliczalny ? przekleństwo pokolenia iTunesa. Niepodporządkowany środkom, ale celowi, czyli treści. To płyta o początkach ? instytucję startu i restartu szczególnie uroczo potraktowano w duecie z n-a-s-a-the-spirit-of-apollo/”>Karen O z Yeah Yeah Yeahs. Ideowy przepych kłania się największym koncept albumom progresywnych lat 70., ale płyta ? choć podziela floydowską nonszalancję dla ograniczeń formalnych ? brzmi współcześnie. To prawda, że daleko jej do brawury ?Zaireeki? i psychodelicznego piękna różowych robotów ? choć podskórnie można wyczuć, że zamiarem był właśnie taki kompromis. Tfu, Flamingi i kompromis?! Zawsze mogli dołożyć jeszcze z pół godziny. I też byłoby arcy.
Leave a comment