PARYSKI SPLEEN
Zeszłoroczne polskie występy The Cinematic Orchestra podzieliły tłumnie zgromadzoną na nich publikę. ?Ma Fleur?, najnowszy album Brytyjczyków, z pewnością rozbudzi kolejne dyskusje, bo brzmi nieco inaczej niż dotychczasowe nagrania grupy. O jego powstawaniu i nowych inspiracjach opowiada lider projektu ? Jason Swinscoe.
Dlaczego na ?Ma Fleur? trzeba było czekać tak długo? Co robiłeś przez ostatnie lata?
Po premierze ?Everyday? ruszyliśmy w trasę koncertową i w zasadzie przez dwa lata nie było nas w domu. W międzyczasie pracowaliśmy jeszcze nad ?Man With The Movie Camera?, co pociągnęło za sobą kolejne występy. Nie jest wiec tak, że nagrywanie tej płyty zajęło nam pięć lat ? tak naprawdę zabraliśmy się za to w 2004 roku. Wcześniej byliśmy po prostu zajęci.
Jednak wiem, że zaprosić was do Polski było bardzo trudno. Mieliście spore przerwy w graniu i niełatwo było zebrać cały zespół, bo muzycy rozjechali się po świecie.
Po ostatnich wydawnictwach poczułem, że jestem bardzo zmęczony koncertowaniem i nagrywaniem nowych rzeczy. Uwierz mi, w ogóle nie chciałem myśleć o muzyce. Potrzebowałem odpoczynku. Musiałem uporządkować swoje życie osobiste, zastanowić się nad sobą, skoncentrować. Tego nie da się robić, gdy przez kilka lat jesteś w trasie. Wiedziałem, że muszę coś w swoim życiu zmienić. Przeprowadziłem się do Paryża… Bardzo lubię Londyn, ale miałem dość tego miasta ? w pewnym momencie wydało mi się bardzo głośne i chaotyczne. Czułem, że wysysa ze mnie energię. Chciałem zmienić otoczenie, trochę odpocząć od znajomych i codziennego rytmu spotkań i pracy. Uciekłem więc, żeby się nieco wyciszyć. Paryż się do tego idealnie nadaje. Choć to duże miasto, jest równocześnie nieco staroświeckie, spokojniejsze, bardzo eleganckie i romantyczne. Tam nabrałem wiary i sił, by wrócić do pracy.
Teraz mieszkasz jednak w Nowym Jorku.
Tak, to też bardzo ożywcze. Idea ?Ma Fleur? powstała w Paryżu, ale cześć tej płyty nagrywałem w Nowym Jorku. Czuję, że ta zmiana perspektywy dobrze wpłynęła na końcowy efekt. Nowy Jork jest bardzo witalny, ma dobra energię i jakiś czas chcę tu pozostać.
Czy to prawda, ze ?Ma Fleur? powstawało jako muzyka do scenariusza? Czy po prostu to marketingowy chwyt ? historyjka, która ładnie pasuje do waszej nazwy i historii?
Nie bawimy się w takie marketingowe gierki (śmiech). To wszystko prawda. Można powiedzieć, że scenariusz i muzyka powstawały równolegle. Najpierw ja zacząłem notować swoje pomysły i część z nich nagrywać w Paryżu. Fragmenty tych instrumentalnych szkiców dałem swojemu przyjacielowi, on zaś do każdego dopisał scenki. Ubrał swoje wyobrażenia w filmowe kadry. Wspólnymi siłami wpadliśmy na fajny trop ? udało nam się zdefiniować pewien klimat, nastrój i później praca szła dużo łatwiej. Po prostu wzajemnie się inspirowaliśmy ? muzyka wywoływała obrazy, te z kolei pozwalały dalej prowadzić narrację muzyczną. Powstały dwie autonomiczne całości, które się wzajemnie uzupełniają.
Planujecie produkcję tego film?
Tak. Znaleźliśmy już firmę, która chce to zrobić. Całość wymaga wielu przygotowań, ale na pewno w przyszłym roku zaczną się zdjęcia. Chciałbym, aby film powstał jak najszybciej, bo to integralna część naszego projektu.
Czy jest zależność pomiędzy scenariuszem a pomysłem, by na płycie pojawiły się trzy głosy artystów w różnym wieku?
To scenariusz zainspirował mnie do tego, by zaprosić akurat takich gości. Co prawda już wcześniej myślałem, że dobrze byłoby pracować z Patrickiem i Lou Rhodes (ex-Lamb ? przyp. red.). Z Fontellą Bass mieliśmy szczęście nagrywać już wcześniej i było to niezapomniane przeżycie, dlatego wiedziałem, że jeśli tylko zdrowie jej pozwoli, zaproszę ją ponownie. Szczęśliwie się złożyło, że cała historia ? i ta filmowa, i muzyczna ? to ciąg refleksji nad kolejnymi etapami w życiu człowieka. Każdy z gości ma więc swój odpowiednik w scenariuszu. Patrick wyraża młodzieńcze emocje, Lou śpiewa jak dorosła, dojrzała kobieta, w głosie Fontelli zaś słychać doświadczenia całego życia. Występ każdego z nich ma dla mnie symboliczny wymiar.
Czy zobaczymy ich także w filmie?
Nie, nie. Oni nie uczestniczą w produkcji. Po prostu istnieje zależność pomiędzy ekspresją każdego z nich, a odpowiednimi charakterami w skrypcie.
Skąd tytuł tej płyty? Jak rozumiem to reminiscencja twojego pobytu w Paryżu?
Album w pewien sposób dokumentuje czas, który spędziłem we Francji i chciałem, by kojarzył się romantycznie i nieco poetycko. Zależało mi na tytule, który nada całości odpowiedni kontekst. Ważna jest dla mnie aura otaczająca płytę i jednoznaczne określenie czasu jej powstania. Temu też służą zdjęcia, które dodaliśmy do albumu. Mają konkretnie określić czas, miejsce i przez to pobudzić wyobraźnię. Tytuł ?Ma Fleur?, czyli mój kwiat, symbolizuje odrodzenie, przemianę, a ja właśnie tego doświadczyłem w Paryżu. Można też powiedzieć, że to upamiętnienie ton marihuany, które wypaliłem w ostatnich latach (śmiech).
Serio?
Oczywiście żartuje. To płyta o doznawaniu piękna i miłości. Mogę powiedzieć, że paryskie pasaże zainspirowały mnie do refleksji nad pasażami życia.
Ta płyta różni się od twoich dotychczasowych produkcji. Jest bardziej delikatna ? mniej tu basowego, jazzowo-hiphopowego groove. Przeważają subtelne, delikatne dźwięków. Brzmi to chwilami niemal pastoralnie, folkowo. Mnie czasem kojarzy się z jazzującą Joni Mitchell. Skąd te zmiany?
Cóż, człowiek się zmienia i ja też przez ostatnie pięć lat trochę rzeczy przewartościowałem. Zmieniło się moje życie, słucham nieco innej muzyki. Oczywiście nie przestałem interesować się jazzem, wciąż słucham hip hopu ? nie można tego nie śledzić, kiedy mieszka się w Nowym Jorku. Ale zarówno współczesny jazz, jak i hip hop przez ostatnie pięć lat też się odmieniły. Podobnie jak muzyka taneczna. Żyjemy w zupełnie innym świecie niż za czasów ?Everyday?, szukam więc innych inspiracji. Ostatnio znów odkryłem radość słuchania piosenek, na przykład Sufjana Stevensa. Cieszę się, ze wymieniłeś Joni Mitchell, bo bardzo ją lubię. Fascynuje mnie też Karen Dalton. Gorąco polecam. To folkowa pieśniarka, o której mówili ?biała Billie Holiday?.
Rzeczywiście, po raz pierwszy na płycie Cinematic Orchestra jest aż tyle piosenek. Czy celowo kierowałeś album w stronę szerszej publiki? Po singlu ?To Build A Home? wielu było zaskoczonych jego popową formułą. Niektórzy porównywali tę piosenkę z Coldplay.
To nudne i bardzo płytkie. Dziennikarzom wystarczy liryczny tekst, delikatny męski głos i melodyczna linia pianina i od razu wszyscy gadają o Coldplay. Tak jakby Chris Martin miał monopol na takie granie i jako pierwszy coś takiego wymyślił. Według mnie Patrick w ogóle nie przypomina Martina. Wiem, że inspiruje go Antony Hegarty czy śpiewacy soulowi, a nie piosenki z list przebojów. Na szczęście żaden z nas specjalnie się nie przejmuje takim gadaniem. Mam to gdzieś.
Jak poznałeś Patricka?
Graliśmy kiedyś w Montrealu i spędziliśmy tam kilka dni. Patrick pochodzi z Toronto i poznaliśmy się przez wspólnego znajomego. Patrick podesłał mi potem mp3 ze swoimi piosenkami i byłem pod dużym wrażeniem. Okazało się, że nie tylko potrafi śpiewać, ale też gra na pianinie, jest zdolnym multiinstrumentalistą. Takiego człowieka potrzebowałem.
Czy przez ostatnie lata nie czuliście presji ze strony wytwórni? Szefowie Ninja Tune nie próbowali was poganiać? Przecież ?Everyday? było sporym komercyjnym sukcesem, który można było zdyskontować. Premierę ?Ma Fleur? zaś kilkukrotnie przekładano.
Ninja Tune przede wszystkim zależało na dobrej płycie i wiedzieli, że jeśli mają dostać coś wyjątkowego, to nie mogą nas poganiać. Jasne, że pytali, jak nam idzie, ale w żaden sposób nie naciskali, bo mieli świadomość, że raczej mogą w ten sposób zaszkodzić. Byli bardzo cierpliwi i mam nadzieję, że udowodniliśmy, że warto było czekać.
TEKST Łukasz Lubiatowski

Leave a comment