Koop zasłynął jako zespół z mrówczym wysiłkiem klecący tysiące sampli w nastrojowe songi. Taka metoda pracy przyświecała szwedzkim melancholikom na trzech albumach, na których stare jazzowe klisze poddawali elektronicznemu retuszowi. Zespół wystąpi niebawem na warszawskim Freeform Festival. Nim wybierzecie się, by na żywo zakosztować ich nujazzowego splinu, przeczytajcie wywiad, jakiego LAIFowi udzielił jeden z dwóch facetów w sukniach, Oscar Simonsson.
Koop należy do tych wykonawców, którzy działają własnym rytmem. Na każdy wasz album trzeba czekać przynajmniej trzy lata.
Nikt nie powiedział, że tworzenie muzyki jest proste. To czasochłonne zadanie, przypominające układanie puzzli. Każdy element musi znaleźć się we właściwym miejscu. Nie jesteśmy też w stanie pracować non stop, czasem musimy poczekać na właściwy moment, by na przykład dopracować niedokończoną piosenkę. Na naszym ostatnim albumie ?Koop Islands? znalazł się utwór ?Come to Me?, którego napisanie zajęło nam ponad rok. Z drugiej strony, otwierający płytę ?Koop Islands Blues? skomponowaliśmy w ciągu dwóch tygodni. Jedno mogę powiedzieć z cała pewnością ? Koop działa na drodze mediacji. Ja i Magnus dyskutujemy nad każdą kwestią. Dogadywanie się jest częścią większego procesu.
Domyślam się, że mnóstwo czasu zabiera wam dobór sampli i połączenie ich w całość. Dzięki nim uzyskujecie brzmienie małej orkiestry. Macie oryginalne podejście do tworzenia dość klasycznych w formie piosenek.
Nie znam nikogo, kto działa podobnie (śmiech). Muzycy korzystający z sampli bardzo często łączą je w taki sposób, że te odstają od siebie. Producenci hiphopowi używają starych jazzowych motywów, które aż zgrzytają z powodu kiepskiej jakości dźwięku. Sampling w podobnych wypadkach decyduje o tożsamości muzyki. My robimy coś zupełnie odmiennego ? staramy się połączyć wszystkie elementy w jedną całość, tak aby nikt nie zauważył, że są to zapożyczone fragmenty cudzych kompozycji. Tylko wtedy jesteśmy w stanie zrobić coś nowego i kompletnego. Chcielibyśmy zabrzmieć jazzowo, ale to ponad nasze możliwości (śmiech).
No właśnie, obaj jesteście fanami jazzu. Rozwijaliście się także pod wpływem muzyki improwizowanej?
Nie do końca. Magnus ma spore doświadczenie związane ze sceną taneczną i hip hopem. Ja wychowałem się na jazzie, ale nigdy nie stroniłem od popu, przede wszystkim Beatlesów. Nie jesteśmy muzykami jazzowymi, którzy postanowili zająć się elektroniką. Jest wręcz odwrotnie. Koop nie jest jazzowym bandem, bo żadni z nas jazzmani. Gram wprawdzie na pianinie, ale jestem samoukiem, nie mam klasycznego wykształcenia. Jazz odkryłem jako nastolatek, a dziś chciałbym go tworzyć, bo kocham tę muzykę.
Czy na obecnym etapie działalności Koop wyznaczacie sobie jakiś określony kierunek dalszego rozwoju?
Gdy przygotowywaliśmy ?Koop Islands?, jedynym wyznacznikiem była dla nas walka o przetrwanie (śmiech). Po tym, kiedy piosenka ?Summer Sun? z płyty ?Waltz For Koop? stała się międzynarodowym przebojem, niespodziewanie zyskaliśmy popularność. Koncertowaliśmy gdzie się dało, inni artyści zgłaszali się do nas po remiksy… Szybko nas to zmęczyło. Mieliśmy już dość muzyki i siebie nawzajem. Celem, jaki sobie obraliśmy podczas pracy nad ?Koop Islands?, było więc odświeżenie idei zespołu. Szło to bardzo mozolnie, zwłaszcza że mieliśmy problemy w studiu i życiu osobistym, ale po jakimś czasie wszystko zaczęło się układać. Ostatni album nadal niezmiernie nas cieszy, bo jest naszym najoryginalniejszym tworem.
Odświeżyliście ideę zespołu także poprzez nowe inspiracje ? swing z lat 30. i egzotykę.
Tak, to na pewno dwa główne elementy brzmienia ?Koop Islands?. Pracę nad albumem zaczęliśmy od poszukiwania sampli w oryginalnych nagraniach. Było wśród nich sporo starych płyt ze swingiem, kawał historii jazzu, której wcześniej praktycznie nie znaliśmy. Z kolei wpływy egzotyczne pojawiły się dość przypadkowo, za sprawą naszego znajomego, grającego na marimbie. Ten instrument wydaje dźwięki podobne do stalowego kotła z Trynidadu i Tobago, takie wyspiarsko-karaibskie w klimacie. Myślę, że w jakiś sposób udało nam się odnaleźć więź między swingiem a dźwiękami o egzotycznym pochodzeniu. Wyszło nam coś szczególnego.
Czyżby ?Koop Islands? było przykładem muzyki granej na tytułowych Wyspach Koop?
Zgadza się, taki przyświecał nam zamysł! Mieliśmy taką oto wizję przed oczami: nieodkryta wyspa, odizolowana od reszty świata. Pewnego dnia przybija do jej brzegów skrzynka pełna starych swingowych płyt, kilku okruchów historii muzyki. Cała koncepcja tego albumu była powiązana z wyobrażeniem wyspy, nie tylko w sensie czysto geograficznym. Chodziło nam o poczucie osamotnienia. Temu poświęcone są teksty, znacznie bardziej mroczne i osobiste niż kiedykolwiek. Ze swoją muzyką czujemy się jak rozbitkowie na bezludnej wyspie (śmiech).







