ODŚWIEŻANIE JEST NIEZBĘDNE

Dodał , 19 kwi 2010 przypisany do Fundata, Techno, Wywiad. Możesz śledzić komentarze do tego wpisu poprzez RSS 2.0. Możesz dodać komentarz albo trackbacka do tego wpisu

Poznaniak Marcin Czubala to jeden z pionierów ? obok Jacka Sienkiewicza ? ambitnej techno muzy w Polsce, którego twórczość zauważono na Zachodzie. Jego pierwsze single zebrały przed laty dobre recenzje i grało je wielu światowych ważniaków stojących za deckami. Wtedy nazwisko Marcina kojarzono z nuskullowym soundem i założoną przez niego wytwórnią Currently Processing ? notabene jedną z pierwszych w kraju. ?Chronicles Of Never? to nowy album poznaniaka, wydany nakładem Mobilee Records, siedem lat po debiutanckim ?Dope? (Neue Heimat).

marcin_czubala_1_007

Dlaczego tak długo musieliśmy czekać na twoją kolejną płytę?

Nie interesuje mnie zbyt częste wydawanie albumów. Musi wystąpić wiele czynników, by zapadła taka decyzja. Abstrahując od kwestii muzycznych, ważna jest platforma: odpowiedni ludzie, wytwórnia, z którą można by w to wejść… Pod koniec 2006 roku zgadałem się z Mobilee, w styczniu 2007 wyszedł pierwszy singiel, a po nim trzy kolejne. Przez ten czas dojrzałem do decyzji, by wydać album.

Jak wpadłeś na Anję Schneider i Mobilee? Dlaczego akurat oni wydają twoje produkcje?

Gdy skontaktowałem się z nimi, byli jeszcze dość młodą wytwórnią, mieli na koncie jakieś piętnaście krążków. Uderzyłem do nich, bo zaczęli z wysokiego pułapu ? ich pierwsze płyty to były konkretne strzały. Wysłałem materiał do trzech czy czterech labeli, także do Anji. Szczęśliwie złożyło się, że byli nim zainteresowani.

Pamiętam, że na twoim pierwszym albumie było więcej młodzieńczego buntu, interesowała cię wówczas muzyka ekipy z Brighton. Twoje nowe produkcje są trochę inne. Dojrzałeś i spoważniałeś?

Nie ma znaczenia, czym się zajmujesz ? zawsze będzie różnica pomiędzy tym, co robisz mając lat 20, a tym, w co wchodzisz, mając lat 28. Wtedy nie znałem też takiego spektrum muzyki jak dzisiaj. W 2001 roku byłem po zaledwie trzech latach wchłaniania elektroniki. Wiele rzeczy w tamtym czasie powstawało bez głębszej refleksji. Obowiązywał prosty schemat: siadasz, robisz materiał i wysyłasz do wytwórni. Ale było w tym zdecydowanie więcej szaleństwa. Jednak przez osiem lat człowiek uspokoił się, nabrał doświadczenia, również w sprawach producenckich ? trzeba po prostu wypracować swój warsztat. Ten album jest w zasadzie moim pierwszym prawdziwym w miarę dojrzałym longiem.

Czy jako producent masz jakiś soft ? syntezator, sekwencer czy plug-in w kompie, bez którego nie możesz się obejść?

W studiu pracuję na Logic Pro. To platforma, bez której nie mógłbym tworzyć. W jej ramach pojawia się mnóstwo wtyczek, po kilkanaście miesięcznie, ciężko zatem powiedzieć, co jest naprawdę świetne. Jeśli chodzi o scenę, nie mógłbym sobie poradzić bez programu Ableton Live. Jest to jedyne narzędzie, które umożliwia naprawdę swobodne granie na żywo. To przeniesienie dawnych sekwencerów sprzętowych na platformę cyfrową… Nie wyobrażam sobie grania bez Abletona.

Drugi utwór na płycie zatytułowałeś ?Berolina?. Czy to jakieś wspomnienia po skorzystaniu z usług Intercity?

(Śmiech) Nie ukrywam, że tytuły stanowią dla mnie największy problem. Nie zawsze komponowaniu muzyki towarzyszą jakieś przesłanki i tytuły powstają po tym, jak utwór już jest skończony. Ten został pierwszym singlem z albumu i nazwałem go ?Berolina?, bo chciałem, by podkreślał moje związki z Berlinem i nawiązywał do dawnych czasów, gdy do tego miasta jeździły Varsovia i Berolina, a ponieważ Berolina jest fajniejszą nazwą, ją właśnie wybrałem. Do Berlina zresztą wciąż jeżdżę regularnie, bo mam tam bliżej niż do Warszawy.

Kompozycja ?Los companeros? przypomina mi dokonania producentów elektroniki o latynoskich korzeniach, jak Villalobos czy Luciano. Wiem, że bardzo inspirująca okazała się dla ciebie wizyta w Meksyku. Czy faktycznie jest tam taki vibe, który słychać w tym utworze?

Oni naprawdę cieszą się, gdy didżeje grają takie utwory, cieszy ich też to, że ludzie z Europy dostrzegają latynoską kulturę. Dla mnie fajne było to, że mogłem zrobić coś w tym kierunku, bo tworząc muzykę, trzeba próbować różnych rzeczy. Na pewno nie zrobiłbym albumu w stylu latino, ale akcent w postaci jednego kawałka jest jak najbardziej na miejscu. Vibe jest na pewno inny ? wystarczy pojechać na południe Europy, gdzie gra się kompletnie inaczej niż na przykład w Niemczech.

Ale przyznasz, że muzyka latynoskich minimalistów ma na Ciebie wpływ?

Bez dwóch zdań jest to muzyka na czasie. Nie ukrywam, że elektronika jest trochę ?sezonowa?. Zespoły rockowe przez dwadzieścia lat zbierają sobie publikę i ona się nie zmienia. Wiadomo, napływają nowi ludzie, ale mają, powiedzmy, jakąś bazę. W elektronice co dwa, trzy lata jest wymiana około dziesięciu procent fanów, więc po dekadzie na palcach jednej ręki policzysz tych, którzy śledzą twoją karierę od początku. Co dwa trzy lata robisz muzykę dla zupełnie nowych ludzi, więc musisz ją odświeżać. Nie chciałbym określać tego jako podążanie za trendami, ale trzeba być na czasie. Teraz nie ma takich zmian, jak przed laty, ale ewolucja techno w minimal była bardzo głęboką przemianą. Ci wszyscy, którzy nie chcieli się ?upgrade?ować?, zniknęli, podobnie jak wytwórnie, które uznały, że to chwilowe zjawisko. Teraz też już ich nie ma. W przypadku elektroniki odświeżanie jest niezbędne.

Wielu producentów mówi o zmęczeniu minimalem. Jaką widzisz alternatywę dla tego kierunku?

Wydaje mi się, że są dwa oblicza minimalu. Stricte muzyczne i producenckie. Minimalna forma często pojawiła się w produkcjach house?owych, trance?owych czy techno. Jeśli popatrzysz na robiony obecnie trance, zauważysz, że jest wolniejszy i inaczej wyprodukowany niż powiedzmy dziesięć lat temu.

Tak jak produkcje Deadmau5?

Dokładnie i ta tendencja producencka na pewno się utrzyma, chodzi o minimalną formę. Przestery, szybsze tempa ? to przez lata na pewno nie wróci, a jeśli chodzi o warstwę muzyczną, to minimalu, który był cztery lata temu, już nie ma. Muzyka się trochę ociepla, perkusja jest już dużo bardziej rozbudowana, wraca przestrzeń, hi-haty, werbel. Ucieka się od tej ?bezdźwiękowości?, braku dynamiki. To trochę śmieszne, ale obecnie idzie to w stronę deep house?u i gdy wejdziesz na listę najlepiej sprzedających się płyt z ostatnich dwóch dni, którą Niemcy uważają za bardzo opiniotwórczą i którą śledzą wszystkie wytwórnie, to okaże się, że pierwsza dwudziestka płyt techno to rzeczy deephouse?owe. Didżeje techno grają de facto house, co jest trochę niesmaczne, bo nie można aż tak przeginać z trendami.

W środku numeru ?Alibi Room? jest fragment z kontrabasowym solo. Skąd ten pomysł?

Cały czas poszukuję i staram się, by muzyka, którą robię, była różnorodna. Kontrabas jest bazowym instrumentem w jazzie. Chciałem, by ten zsamplowany instrument dodał numerowi charakteru, by można było zapamiętać utwór.

Gdy spojrzałem na tytuł ?Dazed And Confused?, pomyślałem, że muszę cię zapytać, co sądzisz o Led Zeppelin?

(Śmiech) To zabawne, bo w ostatni weekend mieliśmy rodzinną nasiadówkę i przyjechał wujas, dobrze po pięćdziesiątce, oczywiście fan Zeppelinów, a ja akurat przywiozłem z Berlina pierwszą kopię mojego albumu. Wszyscy oglądali i oczywiście on zapytał, skąd wpadłem na pomysł tego tytułu. Muszę przyznać, że twórczości Led Zeppelin specjalnie nie śledziłem, więc niestety inspiracja nie przyszła z tej strony.

Podoba mi się konstrukcja utworu z tym loopem/riffem na początku i środkową częścią z fortepianem. Czy próbowałeś poskładać kawałek z dwóch pomysłów? Często podchodzisz w ten sposób do tematu?

Powiem tak ? ?Chronicles Of Never? nie jest adresowany tylko do didżejów. Chciałem, by nowe kawałki nie były oparte na jednym motywie, choć są tu numery przeznaczone przede wszystkim na winyl. Na pewno rozwiązanie, o którym wspomniałeś, czyli dwa różne motywy w jednym numerze, jest kompletnie niewygodne dla didżejów, którzy wolą mieć dziesięciominutowy, jednolity track, bo ten lepiej się miksuje z innymi utworami. Ale dla mnie priorytetem było zrobienie materiału dla ludzi, którzy będą chcieli sobie posłuchać go w domu.

A czy premiera kawałka ?At The Beach In San Foca? faktycznie odbyła się na plażowej imprezie?

W lipcu byłem na południu Włoch, w San Foca właśnie, i po raz pierwszy zagrałem na żywo cały materiał z albumu. Akurat ten kawałek wzbudził superreakcję wśród uczestników i pomyślałem sobie, że zatytułuję go, nawiązując do tego miejsca.

Grasz już prawie dekadę. Jak porównasz naszą scenę klubową do zachodniej? Gdy rozmawialiśmy po premierze twojego pierwszego albumu, wyglądało to nieciekawie, bo ludzie nie za bardzo orientowali się w temacie techno i elektroniki w ogóle.

Teraz jest dużo łatwiej, bo ta wspomniana już minimalna forma spowodowała, że techniczna muzyka jest dużo bardziej przyswajalna. Jakbyś dziesięć lat temu próbował puścić Jeffa Millsa osobie, która nigdy wcześniej go nie słyszała, to pewnie nieźle byś ją wystraszył. W tej chwili, gdy włączysz komuś minimal house czy minimal techno, reakcja na pewno nie byłaby tak skrajna. Jeszcze lepiej byłoby, gdyby bardziej zaangażować w promocję media, na przykład telewizję. Jeśli chodzi o świadomość publiczności, to w Polsce nie ma zwyczaju kupowania płyt. Na Zachodzie połowa osób przychodzi na imprezę dla artysty, a druga połowa po prostu żeby się pobawić. U nas te proporcje są zachwiane. Mało kogo obchodzi, kim jest didżej i jakie nagrywa kawałki.

ROZMAWIAŁ Piotr Nowicki

Dodaj / Pokaż Komentarze

Galeria Zdjęć

2009 (c) by Media Advertising sp. z o.o. | Zaprzyjaźnione strony: magia bieliny