Sound of kiwi
Na pytanie o artystów z kraju ptaszka kiwi wtajemniczeni wskażą Fat Freddy?s Drop i The Black Seeds. Spokojnie, Nowa Zelandia ma dużo więcej do zaoferowania. Zapraszam na wycieczkę do krainy, w której króluje pacyficzne reggae i maoryski hip hop
TEKST Sebastian Rerak
FOTO MAT. PROMO
Karaiby na Pacyfiku
Polowanie na muzycznego zwierza z antypodów wypada zacząć od wzięcia na cel Fat Freddy?s Drop. Ta mała orkiestra ze stolicy kraju, Wellington, jest nowozelandzkim towarem eksportowym nr 1, zaraz obok owczej wełny. Swoboda, z jaką kojarzy ze sobą reggae, dub, ska, jazz i soul zyskuje uznanie na całym świecie. Niestety w siedmioletniej karierze formacja dorobiła się jedynie dwóch krążków (w tym jednego koncertowego) ? widać atmosfera wyspy rozleniwia. Na szczęście premiera nowego albumu zaplanowana jest na przyszły rok. Nie obijają się za to starsi stażem koledzy z The Black Seeds. W tym roku wydali swój piąty długograj ?Solid Ground? ? konkretna reggae?owo-funkowo-dubowa dawka muzyki. Koktajl na bazie karaibskich rytmów z dodatkiem egzotycznych ekstraktów z całej Polinezji to endemiczny drink nowozelandzki, smakujący najlepiej po mocnym wstrząśnięciu (nim samym lub konsumentem).
Reggae od początku lat 80. cieszy się w Nowej Zelandii ogromną popularnością. Rolę pionierów ?jamajszczyzny? przypisuje się zazwyczaj The Herbs ? miejscowemu odpowiednikowi australijskich Men At Work, choć korzenie pacyficznego reggae wiążą się z działalnością ekipy wojowniczych Maorysów z dredami ? grupy Chaos. Rdzenna ludność Nowej Zelandii stanowi tylko 8% całej populacji wysp, ale to właśnie Maorysi przyswoili sobie karaibską pulsację i filozofię rasta. Nie dlatego, że Nową Zelandię zwykli nazywać Aotearoa, czyli Krajem Długiej Białej Chmury (hmm…), ale dlatego, że reggae nadawało się na idealną partię dla oceanicznego etno. Poza tym rastafarianizm całkiem nieźle korespondował z ideą odrodzenia maoryskiej tożsamości. Kiedy biali grali punky reggae, flirtujące z nową falą, ska i rocksteady, muzycy o ciemnej skórze i egzotycznych rysach penetrowali rootsową tradycję i głębię dubu. Na przecięciu tych dwóch światów zaistniały lokalne legendy: Dread, Beat & Blood oraz Twelve Tribes Of Israel. Drugi z wymienionych zespołów dał tej scenie jej największą indywidualność ? charyzmatycznego Tigilaua Nessa ? maoryskiego aktywistę, który do dziś występuje pod pseudonimem Unity Pacific.
Tradycje ?muzyki serc? są w Nowej Zelandii żywe do dziś. W ostatnich latach dużą popularnością cieszyła się grupa Trinity Roots ? nieistniejąca już, zaprzyjaźniona z Fat Freddy?s Drop, ekipa łącząca ?jamajszczyznę? z jazzem w sposób przywodzący na myśl klasyczne brzmienia ska. Rootsowe reggae gra również m.in. Katchafire, a w rocksteady?owe nuty uderzają The Midnights. Nazwą wartą zapamiętania jest także House Of Shem. Pod nią kryje się bowiem rootsowo-dancehallowa orkiestra kierowana przez weterana Carla Perkinsa (grał również w The Herbs i Twelve Tribes Of Israel). Ważnym zespołem, złożonym z Maorysów i Samoańczyków, jest również Cornerstone Roots. W Nowej Zelandii swoje miejsce znalazł pochodzący z Botswany Ras Judah, który w 2004 roku założył formację One Vibe. Na wyspach nie brakuje również wykonawców poddających reggae i dub drum?n?bassowemu tuningowi. Tu wymienić należy Pitch Black, Shapeshifter i Salmonella Dub.
Maori hop
W Nowej Zelandii masowy zasięg hip hopu porównać można z eksplozją ziomalstwa w Polsce przed dziesięciu laty. O ile jednak rodzimy boom wypalił się z szybkością żarzącego się blanta, dzieciaki w Wellington, Auckland i innych aglomeracjach, nadal en masse słuchają rymów i bitów. Podobnie jak w przypadku reggae, większość hiphopowych wykonawców należy do mniejszości etnicznych. W radykalnej liryce rapu odnaleźli najlepszy sposób komunikacji wewnątrz swojej społeczności. Maorysi dominowali w składzie legendarnej formacji Upper Hutt Posse, działającej nieprzerwanie od 1985 roku ? ostrej rapowej szajki uznawanej za fundament całego interesu. Obrawszy za wzór Public Enemy, UHP zapoczątkowało nurt zaangażowany politycznie, poruszający problemy społeczne i starający się promować rdzenną kulturę polinezyjskiej autochtonów. Ważnym składem była, także złożona z Samoańczyków, grupa The Mau (nazwa oznaczała historyczny ruch na rzecz niezależności Samoa) występująca później jako Rough Opinion. Choć nie pozostawiła po sobie żadnych nagrań, to wywarła jednak niepodważalny wpływ na miejscową scenę. Czołowi nowozelandzcy MC’s to synowie całej Oceanii ? Scribe jest Samoańczykiem, Young Sid pochodzi z Wysp Cooka, nie brakuje również raperów urodzonych na Tonga czy Niue. Ten oceaniczny tygiel nacji przyczynił się do powstania odrębnego sub gatunku ? urban pasifika ? czerpiącego pospołu z hip hopu, reggae i wyspiarskiej muzyki etnicznej. Jego istotę oddaje ekipa Nesian Mystik, u której dosłuchać się można całego spektrum polinezyjskich brzmień.
Prawdziwa ekspansja hip hopu w Kraju Długiej Białej Chmury (raz jeszcze hmm…) miała miejsce w połowie lat 90., wraz z bezprecedensowymi sukcesami kasowymi kilku artystów. Hajs, hajs, hajs zaczął płynąć strumieniem, kiedy w 1997 roku, pochodząca ze slumsów Auckland grupa OMC nieźle zamieszała singlem ?How Bizarre?. Płyta pokryła się potrójną platyną i sprawiła, że brzmienie urban pasifika zaistniało także poza antypodami. Podobne komercyjne wyniki zanotował maoryski raper Che Fu, syn wspomnianego już Tigilaua Nessa. Ale to inny nawijacz ? Scribe ? odniósł wielki sukces swoim debiutanckim albumem ?The Crusader? z 2003 roku, który uzyskał status pięciokrotnej platyny. Nowozelandzki hip hop rozrósł się do gargantuicznych rozmiarów. W połowie poprzedniej dekady wypłynęło jeszcze kilka innych firm, m.in. Dam Native, 3 the Hard Way czy przodownik rapowego podziemia Sam Hansen.
Do najciekawszych reprezentantów świeżej hiphopowej krwi należą obecnie: niesamowicie popularny Frontline z weteranem sceny, pół-Samoańczykiem, Davidem Dallasem alias Con Psy na szpicy, ciekawy skład z Auckland o nazwie Illsemantics, lżejsze gatunkowo, podszyte soulem i r&b Fast Crew aspirujące do miana Black Eyed Peas w wersji kiwi oraz Misfits Of Science ? arcyzabawny duet złożony z białasa i Maorysa, ubierających się jak dwie ofiary mody lat 80. Na sam koniec zostawiłem jeszcze Deceptikonz, działający od dwunastu lat zasłużony skład twardych ziomów z prawdziwym diabłem tasmańskim w roli głównej, czyli Demetriusem Savelio a.k.a. Savage.
Skupiłem się na reggae i hip hopie, bo to gatunki tak powszechne w Nowej Zelandii, jak indie rock na odtwarzaczu mp3 u studenta polonistyki. Jednak wypada odnotować obecność kilku innych dostarczycieli dźwięków, przy których można tupnąć nogą. Jest wśród nich m.in. ?nowozelandzkie Fishbone?, czyli małolaty ze Spacifix, które od pięciu lat mieszają wszystko ze wszystkim, a najczęściej ingredientami tej mieszaniny są: reggae, funk, ska, soul i rock. Zwolenników hołubców przy punkowych gitarach z tanecznym drajwem powinny zainteresować dwie ekipy z eksklamacjami w nazwach: Bang! Bang! Eche! oraz Die! Die! Die!. Z różnych kuriozów wyszperanych w zasobach majszajsu, najsympatyczniejsze okazało się Moron Says What? z Auckland ? dziewczyński kwartecik z mało poważnym electropop-punkowym repertuarem. Klasą samą w sobie jest zaś wariacki projekt Flight Of The Conchords, wykonujący ?digi-bongo-acapella-rap-funk-comedy-folk?. W tym duecie, pod dźwięcznymi ksywkami Rhymenocerous i Hiphopopotamus działają dwaj znani muzycy ? jedynym z nich jest Bret McKenzie, znany ze stażu w The Black Seeds oraz… roli jednego z elfów we ?Władcy pierścieni?.
Trzeba przyznać, że to całkiem przyzwoita ilość muzykantów, jak na kraj o niewiele ponad czteromilionowej populacji. Skromny potencjał ludzki nie jest zresztą przeszkodą dla Nowozelandczyków. Nie muszą sami grać, kiedy robią to za nich maszyny. Piję teraz pod adresem The Trons ? zespołu robotów skonstruowanych przez niejakiego Grega Locke, pocinających sobie wesoło na gitarach i bębnach. Jeśli więc Rzeczpospolita miałaby wdrażać nowozelandzki model kultury muzycznej, powinniśmy czekać na ujawnienie się łemkowskiego dubu i rymujących imigrantów z Wietnamu lub po cichu liczyć na robotyzację krajowej estrady. Zresztą już teraz kilku jej bonzów sprawia wrażenie dziwnie mechanicznych.



Leave a comment