Your browser (Internet Explorer 6) is out of date. It has known security flaws and may not display all features of this and other websites. Learn how to update your browser.
X

Wyobraźcie sobie dalekowschodnią metropolię. Miasto moloch, który w oczach Europejczyka jawi się niczym wielobarwny ul chaotycznie przelewającej się ludzkiej masy

mike

TEKST PAWEŁ ?r33lc4sh? HADRIAN

FOTO MAT. PROMO

Pełny kolorowych szyldów przytwierdzonych do każdej wolnej, w miarę pionowej powierzchni rozwalających się kamienic, a z drugiej strony szklanych biurowców i środków komunikacji masowej, które bardziej przypominają gigantyczne owady niż tramwaje, czy wagony metra. Ulice pełne kuglarzy, żebraków, kramów z jakimś dziwnie wyglądającym jedzeniem, sprzedawców wszystkiego, co można wcisnąć przechodniom. Panów, którzy przy uchu trzymają telefon komórkowy, który będziemy mogli kupić jako nowość za dwa lata i pań w designerskich ciuchach, które dopiero co opuściły pracownie mediolańskich krawców. Zadziwiający miszmasz ultranowoczesnej technologii i tradycji, której korzenie nikną gdzieś na kartach historii. Miasto jak z powieści Williama Gibsona, do którego ścieżką dźwiękową jest muzyka Bena Watkinsa.

Oba nazwiska pojawiły się w tym miejscu nieprzypadkowo. Chyba żaden pisarz nie przewidział tak trafnie rozwoju naszej cywilizacji. To, co opisywał ćwierć wieku temu powoli staje się rzeczywistością. To, co opisuje obecnie jest obrazem świata, jaki istnieje tu i teraz, a my po prostu jeszcze nie do końca uświadamiamy sobie tego, że żyjemy w czasach, o których pisarze science fiction kiedyś mogli tylko marzyć. Podobnie rozwijała się muzyka Juno Reactor ? dziwnego tworu, na czele którego od początku stał Watkins. Tworu, który swoim eklektyzmem wydaje się odzwierciedlać idee cyber-punku i który ma za sobą podobną drogę ewolucyjną, co pisarska twórczość Williama Gibsona. Historia Juno Reactor rozpoczęła się na początku lat 90., chociaż Watkins swą muzyczną przygodę rozpoczął dekadę wcześniej. Mniej więcej w tym samym roku, w którym Gibson wydał swoje pierwsze opowiadanie pt. ?Johnny Mnemonic?.

simp mandla

Juno Reactor objawił się po raz pierwszy we śnie dziewczyny Watkinsa jako kilkunastometrowy, betonowy obelisk. Skojarzenie z ?Odyseją kosmiczną? Kubricka nasuwa się samo, więc nie powinno dziwić, że sample z tego filmu pojawiły się na pierwszym longu Juno Reactor. Album zatytułowany ?Transmissions? ukazał się w 1993 roku nakładem oficyny NovaMute. Płyta ta powszechnie uznawana jest za jedną z pierwszych, które wyznaczyły kierunek rozwoju goa-trance. Juno Reactor jeszcze wtedy był kwartetem w składzie: Ben Watkins, Jens Waldebäck, Mike Maguire i Stephane Holweck. Rok później Watkins i Holweck, też jako Juno Reactor nagrali ambientowy, na wskroś eksperymentalny, album ?Luciana?, który pierwotnie był muzyczną ilustracją instalacji Normy Fletcher. Od tych dwóch panów rozpoczęła się też historia grupy, która pierwotnie nazywała się Electrotete. Wydaje się też, że to właśnie Francuz Holweck wciągnął Watkinsa w rodzący się wtedy nurt goa-trance i że to on wyznaczył taneczny kierunek rozwoju projektu na kolejne kilka lat.

Kolejną długogrającą płytą, która wyszła spod rąk całej czwórki, do której dołączyli jeszcze Paul Jackson i Johann Bley, był long ?Beyond The Inifinite?. Płyta ukazała się w 1995 roku nakładem nowo powstałej wytwórni Blue Room Released, która była dzieckiem projektanta głośników Simona Ghahary. Był on związany ze znaną audiofilską firmą B&W, która przy okazji finansowała cały projekt. Ghahary jest autorem rewolucyjnego rozwiązania konstrukcyjnego, które swoją najdoskonalszą formę osiągnęło pod postacią legendarnych głośników serii Nautilus. Ponoć inspiracją dla tego pomysłu była rozmowa konstruktora z Watkinsem, który zauważył, że dźwięk powinien lepiej rozchodzić się w owalnej obudowie głośnika, a nie ? jak do tej pory zakładano ? w prostokątnej. Warto przy tej okazji wspomnieć o tym, że płyty Juno to jedne z najlepiej wyprodukowanych kawałków muzyki elektronicznej, jakie kiedykolwiek zagościły na półkach sklepowych.

JUNO REACTOR

Na kolejny album Ben Watkins z ekipą kazali czekać jedynie dwa lata. Jak na tak krótki okres w ich warsztacie dokonała się istna rewolucja. Lista płac powiększyła się do kilkunastu osób. Tak miało już pozostać do końca. Juno Reactor stał się dziwaczną trupą cyrkową pod wodzą Watkinsa, której członkowie, to raz pojawiali się, to znikali. Podczas prac nad ?Bible Of Dreams? do współpracy zaproszeni zostali buszmeńscy bębniarze z RPA ? grupa Amampondo, której bębny napędzają rewelacyjny ?Conga Fury?, i którzy grają z Juno Reactor do dziś. W ?God Is God? swoim wokalem zniewoliła wszystkich Natacha Atlas znana w owym czasie ze współpracy z Transglobal Underground i Nation Records. Zresztą z tym kawałkiem wiąże się też pewna anegdota. Numer o tym samym tytule pojawił się na wydanym rok wcześniej albumie ?Jesus Christ Superstar? słoweńskiej grupy Laibach. Po ukazaniu się ?Bible Of Dreams? wszyscy myśleli, że Watkins wraz z ekipą spreparowali cover tej kultowej kapeli. W rzeczywistości było zupełnie inaczej. Panowie z Laibacha usłyszeli ?God Is God? Juno Reactora sporo wcześniej. Watkins robił dla nich remiksy i przy okazji pochwalił się świeżym materiałem, który dopiero zaczął nagrywać. Słoweńcom tak spodobał się ?God Is God?, że nagrali jego własną wersję i umieścili na swojej nowej płycie zanim jeszcze wersja oryginalna trafiła do tłoczni.

?Bible Of Dreams? był ostatnim etapem stricte transowej podróży Juno Reactor i wytyczył nowy kierunek w rozwoju grupy. Na kolejnym, wydanym w 2000 roku albumie ?Shango? pojawiło się jeszcze więcej muzyków oraz żywych instrumentów. Do współpracy przy tej eklektycznej płycie po raz pierwszy zaproszona została wokalistka Taz Alexander oraz Steve Stevens (wirtuoz gitary znany ze współpracy m.in. z Billym Idolem, Michaelem Jacksonem czy Pink), który odpowiedzialny jest za fenomenalne, meksykańskie partie gitarowe w ?Pistolero? (kawałek znalazł się na ścieżce dźwiękowej do ?Pewnego razu w Meksyku: Desperado 2? Roberta Rodrigeuza). Na kolejnego longa zatytułowanego ?Labyrinth? fani grupy musieli czekać kolejne cztery lata. Jednak ten czas osłodził nieco fakt, że Ben Watkins zaproszony został przez braci Wachowski do pracy nad soundtrackiem do drugiej i trzeciej części ?Matrixa?. Sam Watkins o tym wydarzeniu mówi tak: ?To była szkoła, jakiej długo nie zapomnę. Czułem się jakbym chodził na jakiś przyspieszony kurs pisania muzyki filmowej (…) Poproszono mnie o skomponowanie muzyki do sceny pościgu na autostradzie. Robiłem już wcześniej parę rzeczy do filmów, ale nic tak naprawdę nie przygotowało mnie do tej roboty. Miałem kilka pomysłów w głowie i bracia Wachowski powiedzieli mi, czego oczekują. Miałem z nimi kilka spotkań, a potem umówiliśmy się z Donem (Don Davis ? kompozytor i dyrygent amerykański, autor muzyki filmowej ? przyp. aut.). Na pierwszym spotkaniu puściłem im to, co przygotowałem, a oni zaczęli na bieżąco to komentować. Zrobiłem chyba z pięć stron notatek. Dodaj to… zrób tamto… mój mózg rozlał się po podłodze. Myślę też, że Don nie był przygotowany na współpracę z elektronicznym muzykiem (…) Kiedy moje pomysły okazywały się zbyt ciężkie, Don nadawał im lekkości. On zrobił całą część orkiestrową, a to co Wachowscy chcieli ode mnie to wejść w to i spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Wszyscy inni, którzy próbowali, zawiedli, a oni chcieli czegoś z wykopem.? Ci którzy zawiedli to m.in. The Prodigy i Fluke. W przypadku ?Matrixa? po raz pierwszy pojawiło się też bezpośrednie odniesienie do prozy Gibsona. Jeden z utworów z tej ścieżki nosił tytuł ?Mona Lisa Overdrive?. Taki sam jak trzecia część ?Trylogii ciągu?, którą otwiera kultowa powieść ?Neuromancer?. Watkins pytany o to, kto stoi za tym tytułem mówił tak: ?To moja niecna sprawka. Podczas pracy cały czas nazywałem ten kawałek po prostu Overdrive i widziałem, że jakoś dziwnie na mnie patrzą. Do samego końca nie wiedzieli, że ten numer ma się nazywać Mona Lisa Overdrive.?

JUNO REACTOR

Tuż przed rozpoczęciem pracy na ścieżką dźwiękową do ?Matrixa? odbyła się też trasa koncertowa promująca album ?Shango?, której uwieńczeniem było wydanie koncertowej płyty DVD. Materiał zarejestrowany został podczas występu w Tokio i ukazał się pod tytułem ?Shango Tour 2001?. W tym czasie Juno Reactor objawił się jako prawdziwa cyrkowa rewia sceniczna. Pełen kolorów, dynamizmu i efektów wizualnych show kilkunastu ludzi szalejących po scenie stał się nowym image grupy. Od tej pory wszystkie występy stały się postmodernistycznym spektaklem podczas którego bębniarze z Amampondo w swoich rytualnych strojach walą w bębny, Watkins biega po scenie z gitarą, a tajemnicza Taz Alexander czaruje przy mikrofonie swoim zmysłowym głosem jakby była divą operową z ?Piątego elementu? i czekała tylko, aż wymazany smarem Bruce Willis uratuję ją przed psychopatą, chcącym przejąc kontrolę nad światem. Wszystko to znalazło odzwierciedlenie w nowym materiale studyjnym, który ukazał się w 2004 roku nakładem Metropolis Records. ?Labyrinth? to już totalne pomieszanie wszystkiego ze wszystkim. Absolutna afirmacja naszych czasów, na której spotkali się m.in. irańska wokalistka Azam Ali, Budgie perkusista Siouxie & the Banshees, Martin Glover alias Youth producent i basista Killing Joke, Gocoo, czyli ekipa bębniarzy taiko z Japonii, wirtuoz hiszpańskiej gitary Eduardo Niebla oraz hinduska wokalistka Lakshmi Shankar. Na płycie oprócz tego słychać jeszcze orkiestrę i chór pod batutą Dona Davisa, gdyż znalazły się na niej zmodyfikowane wersje matriksowych ?Mona Lisa Overdrive? i ?Navras?. Cały ten cyrk (oczywiście w mocno okrojonym składzie) znów wyruszył w trasę koncertową, której uwieńczeniem była kolejna płyta DVD nagrana w Tokio ?Juno Reactor Live ? Audio Visual Experience?. Gdy wszystkim się już wydawało, że funkcja Juno Reactor osiągnęła swoje extremum, na horyzoncie pojawiły się plotki, że Watkins szykuje kolejny album.

W kwietniu 2008 roku ukazała się siódma, studyjna płyta długogrająca ?Gods & Monsters?, która okazała się być jeszcze większym zaskoczeniem niż ?Labyrinth?. Na płycie znów pojawili się Steve Stevens i Eduardo Niebla, a oprócz nich także Sugizo ? gitarzysta kultowej japońskiej kapeli Luna Sea. Na wokalu, oprócz znanej już z poprzednich wydawnictwo Taz Alexander, pojawił się Ghetto Priest (wokalista Asian Dub Foundation oraz członek sound systemu Adriana Sherwooda), izraelska wokalistka Yasmin Levy oraz sam Ben Watkins. Oczywiście nie zabrakło też południowoafrykańskich bębniarzy. To zdecydowanie najmniej elektroniczna płyta grupy, która w dużej mierze skomponowana została przez Watkinsa przygrywającego sobie na pianinie. W sporej części z zamysłem, że ma to być muzyka, którą będzie można grać na żywo. Nie znajdziemy więc na niej zbyt wiele elektroniki, za to dużo akustycznych instrumentów i żywej perkusji. To płyta na wskroś rockowa, jednak nie pozbawiona tego dziwacznego technologicznego feelingu, który mimo wszystko w muzyce Juno Reactor wciąż tkwi.

p1000647_2

Blisko 20-letnia historii trupy Watkinsa to zadziwiająca kontrewolucja od pełnego zawierzenia współczesnej technologii do afirmacji tego, co w muzyce najbardziej pierwotne. Jednak bez zbędnego popadania w pseudonaukowe, antropologiczne zadufanie. Bez zapędzania się w anty postmodernistyczny zaułek absolutnego naturalizmu. Muzyka, jaka objawia się pod szyldem Juno Reactor to eklektyczna afirmacja dzisiejszego świata, w którym ultranowoczesna technika przenika się z tradycją, której korzenie istnieją już tylko w sferze mitów. To próba opisania go przy pomocy dźwięków, która uświadamia nam, że żyjemy w czasach, o których pisarze science fiction mogli tylko marzyć.

Read more

flyinglotus

Najnowsza płyta Flying Lotus „Cosmogramma”, która ma ukazać się już na dniach, dostępna jest do odsłuchania w całości na stronie MySpace.
Płyta zostanie wydana nakładem wytwórni Warp, a gościnnie pojawia się na niej Thom Yorke.

Read more

benk

Berlińska ikona techno w osobie Bena Klocka dopiero co popełniła mix Berghain w wersji 04, a już przygotowuje się do sporządzenia kolejnej kompilacji dla Ostgut Ton.
Na „Berghain 04″ w większości usłyszymy utwore dotąd niepublikowane jak DVS1, Martyn, Levon Vincent czy remix Junior Boys autorstwa Marcela Dettmanna. Ponadto na płycie znajdziemy dwa rodzynki od Bena, które powstały we współpracy z Elif Bicer. Chodzi o „Compression Session 1″ i „Elfin Flight”.

Tracklista:
01. 154 – Apricot
02. DVS1 ? Pressure
03. Junior Boys – Work(Marcel Dettmann Remix)
04. Martyn ? Miniluv
05. STL – Loop 04
06. Levon Vincent – The Long Life
07. Jonas Kopp – Michigan Lake
08. ACT ? RoHd
09. Mikhail Breen ? Veracity
10. DVS1 ? Confused
11. Rolando – De Cago
12. Kevin Gorman – 7am Stepper
13. Ben Klock – Compression Session 1
14. Roman Lindau ? Keppra
15. Tyree – Nuthin Wrong
16. The Echologist – Dirt (Ben Klock Edit)
17. James Ruskin ? Graphic
18. Ben Klock feat. Elif Biçer – Elfin Flight
19. Rolando ? Junie

Read more

Mroczne zaułki światowych metropolii tętnią morderczymi basami. Wydaje się, że to właśnie niskie częstotliwości tworzą dziś uniwersalny, powszechnie obowiązujący fundament miejskiego muzycznego undergroundu, na którym rozwijają się poszczególne dialekty ? od londyńskiego grime’u i dubstepu przez nowojorski illbient i crunk z Atlanty czy Miami, po baile funk z Sa? Paulo.
kIRk
TEKST: Łukasz Iwasiński
FOTO:

Pochodzący z Płocka projekt kIRk na swój sposób wpisuje się w tę falę. Założyciele formacji, zanim odkryli potęgę basów, zafascynowani byli estetyką oraz etosem podziemnego techno. ?Paweł, Karol (obecnie Dożywotni Członek Honorowy kIRk) i ja zaczęliśmy ten cały bałagan lata temu w liceum, zajarani mocno bezkompromisową elektroniką. Początki były bardzo skromne. W domu na swoim blaszaku próbowałem składać jakieś dźwięki ogarnięty żądzą odkrywania. Pewnego dnia, po godzinach wciskania w programie wszystkiego co możliwe, udało mi się w końcu ułożyć beat 4/4. Nikt z nas nie miał żadnego przeszkolenia muzycznego. Zwyczajnie mieliśmy szczerą frajdę z majdrowania tymi wszystkimi pokrętłami, aby wydobyć jakąś strukturę, która ruszy głowę? ? tłumaczy Łukasz a.k.a. (Insp. Moore).
Od tego czasu grupa przeszła szereg poważnych transformacji ? zarówno w wymiarze  personalnym (jej szeregi opuścił Karol, dołączyli natomiast: wokalistka Ewelina alias Ewel, turntablista Filip vel Dot.BoY, trębacz Olo a.k.a. Olg oraz MC ? Mr Borman), jak i muzycznym (miarowe metrum zastąpiły rozchwiane i połamane struktury, a brzmienie nabrało masywności oraz bardziej eksperymentalnego wyrazu). Dziś twórczość kIRka ma niewiele wspólnego z klasykami techno ? bliższa jest choćby dokonaniom Kevina Martina (Ice, Techno Animal, The Bug) czy artystów skupionych w wytwórni Wordsound (m.in. Spectre, Sensational). ?Kevin Martin zdecydowanie do mnie trafia. Absolutnie i jednoznacznie. Niemniej wychowały mnie Berlin i Detroit? ? mówi Paweł. A Filip tak komentuje sprawę: ?Choć na liście moich dźwiękowych inspiracji przed Kevinem Martinem w jego wszystkich wcieleniach, znalazłoby się sporo innych nazwisk i ksyw, to w moje sety zwykle zaplączą się jakieś Robaczki, a po sieci krąży kilka bugstepowych miksów mojego autorstwa. Wordsound, podobnie jak Anticon, nigdy mnie naprawdę nie wciągnął. Chociaż to chyba tam swój pierwszy album wydał Prince Paul, a to jeden z ważniejszych dla mnie hiphopowych producentów?. Mroczne, przytłaczające konstrukcje kIRka często osiągają wyraźnie psychodeliczne właściwości, momentami nabierają też metalicznego posmaku, co z kolei może wywoływać skojarzenia z Dalekiem. Z drugiej strony dźwięki naznaczone bywają abstractjazzowym (przede wszystkim ? lecz nie tylko ? dzięki obecności trąbki) feelingiem, a niekiedy zahaczają o orient. Przekonać można się o tym wszystkim wchodząc na MySpace bądź www zespołu, na których udostępniona została EP-ka ?About Simple Things?. Grupa wciąż ewoluuje ? jak mówią sami członkowie ? jej formuła staje się z coraz bardziej otwarta i introspekcyjna zarazem. Choć kIRk pozostaje nieobecny w świadomości krajowych słuchaczy, w Europie wypracował sobie solidną markę. Ma na koncie m.in. występy w legendarnym berlińskim Tresorze i kilka utworów na winylach wydanych przez zagraniczne labele (m.in. Neue Heimat,  Noodles Institute Of Technology, GhettoFuck). Wiele ciekawych polskich projektów musiało zostać docenionych na zachodzie, by dostrzeżono je później na rodzimym gruncie. Miejmy nadzieję, że grupą kIRk będzie podobnie. Póki co, warto wypatrywać koncertów formacji. Łukasz: ?Koncert to dla nas zupełnie inny świat. Nasza muzyka to skrupulatnie składana siatka dźwięków. Są tam często takie zabiegi, których nie da się odtworzyć na żywo. Poza tym, chodzi również o inny wymiar ekspresji. Produkcje studyjne są bardzo skupione i jest na nich bardzo szczególny rodzaj napięcia. Tymczasem scena to przede wszystkim chęć dotarcia do ludzi. Tu niejednokrotnie trzeba wiele uprościć, by przekaz był bardziej klarowny, by generować żywe reakcje. Ze względu na naszą historię, ja i Paweł lubimy wplatać techniczną motorykę w występny na żywo ? to się sprawdza emocjonalnie. Jednak ta formuła jest łamana przez śpiew Ewel, rap Bormana, skrecz Filipka i trąbę Ola. Wszystko ma bardzo żywy charakter, z czego bardzo się cieszę, bo nie jesteśmy po prostu bandą stojącą za laptopami. Jest grubo, intensywnie i organicznie?.

Read more

Nietypowe wydawnictwo, nietypowego artysty. Płyta, książka, film i grafika. Za całość odpowiada L.U.C. Człowiek, który supportował Tricky’ego…

z_gory

Opowiedz o pomyśle na swój nowy projekt.

Od kilku lat, jak wiertła poszukiwaczy ropy wkręcam, się w pewien temat. To 4 galaktyki sztuki. Założenie twórcze, według którego dziedziny i gatunki to tylko składniki jakiegoś większego multimedialnego całokształtu, jaki chcemy stworzyć i przekazać. Robiłem już koncerty, na których strasznie dużo się działo. Tak dużo, że do biletów chcieliśmy dokładać woreczki, żeby odbiorcy mogli zwracać, jak od tego wszystkiego zakręci im się w głowie. Łączyłem orkiestre z trip-hopem, wizualizacjami ze słowem i np. pantomimą. W końcu postanowiłem, zmierzyć się z takim albumem ? z PLANETą, która za pomocą połączenia filmu, książki, liryki, muzyki i grafiki przeniesie odbiorcę do wielozmysłowego, innego świata. To dość ponadczasowa rzecz. Również ze względu na treść, która mówi o poszukiwaniu sposobu na okiełznanie szczęścia.

Idealista! Chcesz zmieniać świadomość mas w kraju, w którym tygodnik, który aspiruje do bycia opiniotwórczym daje na okładkę Jolę Rutowicz. Kto ma pokazywać rzeczy wartościowe, skoro czołowe periodyki ulegają tabloidyzacji?

Również zadaję sobie to pytanie. Ta akcja to był dla mnie potężny cios. Kiedy zobaczyłem tę okładkę zagotowałem się. Jest cała masa piekielnie zdolnych ludzi w tym kraju, którzy, jak nikt inny, zasługują na wyróżnienie okładką popularnego tygodnika, a trafia na nią osobą, która reprezentuje sobą dno. Co ona umie? Już tym ludziom z ?Mam talent? bardziej się to należy ? wkładają sobie te ognie w różne miejsca, ale to jest jakaś forma sztuki, no może bardziej umiejętności. Trzeba ciągle o tym krzyczeć, pokazywać i piętnować nijakość. To właśnie dlatego pierwsza część mojej płyty porusza sprawy mentalności Polaków. Dlatego, że nie mogę patrzeć jak topimy swoje narodowe zasoby ludzi wartościowych w szambie, co najwyżej średniawki. W życiu poznałem zbyt wielu mega zdolnych ludzi, którzy porzucili swoje pasje, bo ten kraj nie dał im szansy, a wręcz ich podeptał.

A nie masz wrażenia, że tego krzyku nikt nie słyszy albo ? co gorsza ? nie chce słyszeć?

Wiesz, rozmawiamy o tym, a to już dużo. Im więcej różnych osób będzie o tym mówić, tym lepiej. Może w końcu zaczną to zauważać opiniotwórcze tytuły i przewartościują swoje cele. Mam świadomość tego, że moja twórczość dociera do wąskiej grupy ludzi, ale wierzę, że ta wąska grupa ludzi podobnym myśleniem jest w stanie natchnąć kolejne osoby. Nie chcę, żeby zabrzmiało to jak jakiś lament rozgoryczonego człowieka, bo wypracowałem sobie na to swoją filozofię. Poza tym gram koncerty, na które przychodzą wspaniali ludzie z różnych środowisk, subkultur i grup społecznych, więc czuję się spełniony. Jestem zodiakalną wagą i szukam sprawiedliwości, staram się więc mówić o krzywdzie, ale przede wszystkim chcę odbudowywać swoją ojczyznę.

Według ciebie, cała sytuacja wynika z ?soviet mental?, które jest charakterystyczne dla Polaków, a które ma swoje korzenie głęboko w naszej historii.

Wiesz, może to dziwnie zabrzmi, ale ja kocham historię ? sporo się jej napiłem w młodości, moje studia były w dużym stopniu przez nią zdeterminowane, więc próbuję pewne rzeczy tłumaczyć sobie przeszłością. Ostatni rok to była dla mnie wielka rozkmina na temat Polaków, ich mentalności, wad i zalet. Próbowałem znaleźć przyczynę naszego obecnego stanu wrażliwości i najpierw cofnąłem się do czasów PRLu, ale potem uświadomiłem sobie, że przecież wcześniej przed krótkim okresem dwudziestolecia międzywojennego były jeszcze lata zaborów ? zniewolenie, tłamszenie polskości, mordowanie inteligencji, wbijanie do głowy bzdurnych rzeczy. Ale przecież można cofnąć się jeszcze wcześniej. Zobacz, przecież polska kultura to wieś. Polacy mają Dodę we krwi. Kiedy Europa rozwijała się mieszczańsko u nas rządziła szlachta. Ziemie, dworki, zboże, wóda ? było, i jest w nas, mnóstwo kiełbasy. Przykład: Chopin. Co zrobił? Uciekł z Polski, dopiero we Francji został doceniony, ale takie przypadki można mnożyć. Nasza otwartość jest mitem. Wszystko co inne, dziwne, może nawet intrygujące, u nas jest z miejsca skazane na porażkę. To jest właśnie między innymi ?soviet mental?, które staram się zwalczać na każdym kroku.

Czy nie boisz się, że twoja płyta zostanie źle odebrana, że ?soviet mental? nie pozwoli niektórym słuchaczom uwierzyć ci? Że odrzucą twoje moralizatorstwo, na zasadzie: nie będzie mi nikt mówił w jakim świecie żyję, i co mam robić?!?

Ta płyta nie jest przecież moralitetem. Może pierwsza część trochę, ale druga ? podróż do krainy Witu, to pozytywne dźwięki i teksty. Możesz przy nich umyć okna, spalić bobra albo zwierzgać kołtuna. Oczywiście, jeśli chcesz doszukiwać się sensu w słowach albo jakieś filozofii, to się doszukasz. Wyznaję zasadę, że w słowie jest wielka siła i starałem się tak napisać PL żeby różni ludzie mogli znaleźć tam coś dla siebie. Jednak jak z czymś się nie zgadzam, a widzę jakieś rozwiązania, to o tym mówię, nie zastanawiam się wtedy, jak to zostanie odebrane. Jestem tą wagą, która wojuje słowem w jakiejś sprawie. Może to zabrzmi egoistycznie, ale mam też potrzebę wyrzucania z siebie, tego co we mnie siedzi. Jedyne ograniczenie to starać się nikogo nie skrzywdzić. Chcę wysyłać dobrą energię i poprawiać, jak kołnierzyk, niedoskonałości świata (śmiech).

luc_fot. Lukasz gawronski

Drugie przebudzenie na płycie, to wspomniana przez ciebie podróż w mityczną krainę Witu. To miejsce ucieczki, czy może upragniony raj, do którego mamy dążyć?

To dobre pytanie. Myślę, że to jest coś pomiędzy. Z jednej strony rodzaj psychicznej ucieczki, choć nie chcę budować żadnego psycho świata, a z drugiej pewien stan, do którego warto zmierzać. Chciałem stworzyć filozofię, która pozwoli każdemu przetrwać ciężkie chwile ? forma zdystansowanie się, przyjrzenia się problemom z pewnej perspektywy. Złap dystans, ciesz się z tego, co masz, nie uciekaj tylko staraj się zmierzyć z przeciwnościami ? Witu to potężny świat ? to cały system filozoficzny, nad którym pracowałem wiele lat. Sądzę, że nie ma tam nic odkrywczego ? jednak to mój prywatny zbiór dewiz jak cieszyć się życiem.

Nie wiem czy masz świadomość tego, że twoje teksty ocierają się o banał. Bardzo łatwo wpaść w pułapkę grafomaństwa. Niektórym artystom wydaje się, że płodzą wielkie rzeczy, a tak naprawdę wychodzi z tego pseudopoezja. Tobie udało się wnyki banału ominąć. Jak piszesz swoje teksty.

(Śmiech) Rozwaliłeś mnie tym banałem. Nikt jeszcze tego tak nie ujął. Masz rację, miałem świadomość tego, że mogę przeholować i spalić się na tekstach. Chciałem napisać o prostych sprawach, niekoniecznie prostymi słowami. Nienawidzę ordynarnego mówienia wprost. Włącz radio, ciągle to samo, o tym samym i tak samo. Wolę szukać pewnych językowych tricków ? otwartych słów. Bardzo dużo pracy poświęcam sylabom, semantyce i metaforom. Niestety duża część społeczeństwa nie jest w stanie odczytać nic poza pierwszym znaczeniem. Ludziom się nie chce rozkiminiać ? są zblazowani pracą i, podającą wszystko na tacy, telewizją.

Czasami brzmi to, jak jakiś metajęzyk. Bo dane słowo coś znaczy, podzielone już zupełnie coś innego, a jeszcze współbrzmiące z muzyką zmienia kompletnie sens.

Wiesz, jeśli ktoś to tak odbiera jak ty, to mnie to strasznie cieszy. Jestem zadowolony z tekstu kiedy powiem w nim to, co chciałem, jednocześnie otworzę furtkę do kolejnych interpretacji, a całość jeszcze dobrze zabrzmi. Na ?Planet Luc? chciałem połączyć proste beaty z nie do końca prostymi tekstami. Moje teksty są tak skonstruowane, że trudno jest za pierwszym razem wyłapać wszystkie sensy. Dużo się tam dzieje, bo adhd hehe..

Nie przemawia do mnie, kiedy używasz wulgaryzmów.

Wiem do czego pijesz. Staram się nie przeklinać w tekstach. Chodzi ci pewnie o utwór ?Czy ja wyglądam jak żagle? ? to jest bardzo emocjonalny kawałek o tym, jak wiele razy, różni ludzie wystawiali mnie do wiatru np. dlatego, że ktoś nagle zaproponował im gdzieś 100 zł więcej. Czułem się niczym tytułowe żagle. Hasło: ?każde skurwysyństwo zweryfikuje życie? jest dla mnie swoistą maksymą, z którą jakoś się identyfikuję. Czasami mam ochotę komuś przyłożyć, bo na to zasłużył, ale tego nie robię, bo wierzę, że jeśli jest skurwysynem, to wcześniej czy później energia, jaką wyśle w świat wróci do niego. Ale rozumiem twoje zdanie na ten temat.

Na koniec powiedz, jak grało ci się przed Trickym?

To było mega pozytywne przeżycie. Tricky to bardzo ważna postać mojego życia, więc spełniło się moje marzenie. Co prawda trochę krótko i z problemami akustycznymi w Krakowie, ale publika, zwłaszcza w Wawie, przyjęła nas wspaniale. Przez chwile nawet myślałem, że nas pomylili z Trickym. To miłe. Być może docenili, że walczę ? w tym chorym kraju, w którym dobrze sprzedaje się tylko godność, disco i wódka ? o zupełnie inne brzmienie, i uszanowali to swoją reakcją. W Krakowie Tricky wysłuchał całego naszego koncertu, przybił pionę i powiedział: ?cool wicked stuff guys?. W takich chwilach, mimo tylu betonowych płotów wokół, człowiek wierzy, że to, co robi jednak na ma sens.

Read more