Kolejna ważna nazwa electropunkowej gorączki. Coś ich wyróżnia? Absolutnie nic. Będziemy się obrażać? Na dobre piosenki nigdy, a z tych Friendly Fires złożyli cały album.
TEKST: Angelika Kucińska
Paryż? Nie, paszporty mają brytyjskie, ale to francuska stolica, której parkiety inspirująco buzowały kilka sezonów temu, zapewniła Friendly Fires medialny byt. Nagranie ?Paris? zdobyło tytuł singla tygodnia w czołowych wyspiarskich ośrodkach hajpu: w pstrokatym ?New Musical Express?, na muzycznych kolumnach czujnego ?Guardiana? i w radiowej audycji niezmiennie trzymającego z młodzieżą Zane?a Lowe?a. Jeden refren wystarczył, by wyprzedać solidną europejską trasę. Bo Stany zaatakowali sposobem, od kilku lat niezawodnym ? użyczyli kawałka ?On Board? do reklamy nowego produktu Nintendo ? ?Wii Fit?.
Pomocna dłoń Paula
Jest ich trzech. Komponują, piszą teksty, robią wystarczająco dużo zamieszania, by chciało ich XL (przypomnijmy: label ma w katalogu Radiohead, The White Stripes czy M.I.A.). Długo debatowali, komu dać się usidlić. ?Zupełnie nie chodzi o to, że XL to niezależna wytwórnia, większą rolę odegrał sam kontrakt, ludzie, którzy pracują w firmie, jej cały etos. XL odnosi sukcesy, kiedy wszyscy inni upadają. Działają efektywnie i ponad wszystko ? mają do nosa od świetnych płyt?. Fałszywa skromność nie przystoi takim samodzielnym, wszechstronnym chłopcom. O potrzebę przedłużania nurtu, który za chwilę ? jak wszystkie histerie ? padnie dobity własną karykaturą, można się spierać. Ale determinacji Friendly Fires odmówić nie można. Od dwóch lat konsekwentnie wydają EP-ki w offowych tłoczniach, nie bawmy się w eufemizmy ? praktycznie dla nikogo, bo umiarkowany sukces przyszedł dopiero teraz, wraz z promocją płyty. Nie zachłysnęli się show-bizem, działają rozsądnie, choć sprytnie ? stąd pewnie kompromis pomiędzy cnotliwą ideą do it yourself a skuteczną filozofią ?wytrzyj sobie gębę znanym nazwiskiem?. Album wyprodukowali sami, tylko w jednym numerze, ?Jump In The Pool?, grzebał Paul Epworth. Tak, prawie słynny Paul Epworth. Ale też ? tak, cholernie zdolny Paul Epworth. Tak na marginesie, jego obecność okazuje się znamienna dla całego dance-gitarowego ruchu. Zaczynał jako dźwiękowiec The Rapture, praca z Max?mo Park i The Futurheads zrobiła z niego wschodzącą gwiazdę nowej produkcji ? o dzisiejszej pozycji niech świadczy fakt przerzucenia się z grzywkowych beatów na retropopową lalkę Kate Nash. Epworth u Friendly Fires to powrót do korzeni. Friendly Fires z Epworthem to sentyment gigant i zamglone klatki z czasów, kiedy dance punk był ważny, a nie tylko modny.
Droga przez mękę?
Moda. Ciężko zarzucić im skok na sterowalne dzieciaki, bo konceptualnie Friendly Fires istnieją znacznie dłużej niż glowstick revival. Panowie znają się od podstawówki, dorastali w brytyjskim St. Albans, mieścinie pozbawionej jakiejkolwiek sceny muzycznej, więc wszystko szło z próżni i w próżnię. Jeden słuchał metalu, drugi miał pełną dyskografię NOFX, trzeci tak raczej typowo i wstydliwie ? lubił Oasis. Mieli po kilkanaście lat, gdy założyli pierwszy wspólny zespół, ponoć hardcore?owy, ale ciężko stwierdzić, bo grupa z muzycznej pustyni nie zapisała się niczym szczególnym i dziś jej nazwę pamiętają pewnie tylko koleżanki z klasy. Choć przetrwała całą szkołę średnią, aż do solowej kariery wokalisty, Eda Macfarlane?a, który nagrywał dla Skam (w której swego czasu wydawali Boards Of Canada oraz Rob Brown i Sean Booth z Autechre pod aliasem Lego Feet) i Precinct Recordings. Dorastanie na prowincji okazało się zbawienne: ?Mieliśmy czas i przestrzeń, by zespół mógł się rozwinąć. W większym miastach wszystko odbywa się w totalnym pośpiechu, ledwo sformujesz skład, a już grasz koncerty dla prestiżowej publiczności. Nie możesz sobie pozwolić na drogę przez mękę?. Założone pod koniec studiów Friendly Fires miało być wypadkową pomiędzy płytami Prince?a i My Bloody Valentine, krzyżować taneczny groove z shoegaze?ową magmą. I powiedzmy sobie szczerze, droga przez mękę okazała się nad wyraz prosta, skoro tuż po premierze debiutu zespół wyliczał profity ze światowej trasy koncertowej. ?Mamy nadzieję, że po koncertach w St. Tropez poimprezujemy trochę na jachtach z opalonymi milionerami o owłosionych klatkach piersiowych i ich zblazowanymi, zaćpanymi żonami, wspominającymi swoje niegdysiejsze kariery na wybiegach?.





