Friendly Fires – NA BALANGĘ W ST. TROPEZ

Dodał , 16 maj 2010 przypisany do Fundata, Punk. Możesz śledzić komentarze do tego wpisu poprzez RSS 2.0. Możesz dodać komentarz albo trackbacka do tego wpisu

legsKolejna ważna nazwa electropunkowej gorączki. Coś ich wyróżnia? Absolutnie nic. Będziemy się obrażać? Na dobre piosenki nigdy, a z tych Friendly Fires złożyli cały album.

TEKST: Angelika Kucińska

Paryż? Nie, paszporty mają brytyjskie, ale to francuska stolica, której parkiety inspirująco buzowały kilka sezonów temu, zapewniła Friendly Fires medialny byt. Nagranie ?Paris? zdobyło tytuł singla tygodnia w czołowych wyspiarskich ośrodkach hajpu: w pstrokatym ?New Musical Express?, na muzycznych kolumnach czujnego ?Guardiana? i w radiowej audycji niezmiennie trzymającego z młodzieżą Zane?a Lowe?a. Jeden refren wystarczył, by wyprzedać solidną europejską trasę. Bo Stany zaatakowali sposobem, od kilku lat niezawodnym ? użyczyli kawałka ?On Board? do reklamy nowego produktu Nintendo ? ?Wii Fit?.

Pomocna dłoń Paula

Jest ich trzech. Komponują, piszą teksty, robią wystarczająco dużo zamieszania, by chciało ich XL (przypomnijmy: label ma w katalogu Radiohead, The White Stripes czy M.I.A.). Długo debatowali, komu dać się usidlić. ?Zupełnie nie chodzi o to, że XL to niezależna wytwórnia, większą rolę odegrał sam kontrakt, ludzie, którzy pracują w firmie, jej cały etos. XL odnosi sukcesy, kiedy wszyscy inni upadają. Działają efektywnie i ponad wszystko ? mają do nosa od świetnych płyt?. Fałszywa skromność nie przystoi takim samodzielnym, wszechstronnym chłopcom. O potrzebę przedłużania nurtu, który za chwilę ? jak wszystkie histerie ? padnie dobity własną karykaturą, można się spierać. Ale determinacji Friendly Fires odmówić nie można. Od dwóch lat konsekwentnie wydają EP-ki w offowych tłoczniach, nie bawmy się w eufemizmy ? praktycznie dla nikogo, bo umiarkowany sukces przyszedł dopiero teraz, wraz z promocją płyty. Nie zachłysnęli się show-bizem, działają rozsądnie, choć sprytnie ? stąd pewnie kompromis pomiędzy cnotliwą ideą do it yourself a skuteczną filozofią ?wytrzyj sobie gębę znanym nazwiskiem?. Album wyprodukowali sami, tylko w jednym numerze, ?Jump In The Pool?, grzebał Paul Epworth. Tak, prawie słynny Paul Epworth. Ale też ? tak, cholernie zdolny Paul Epworth. Tak na marginesie, jego obecność okazuje się znamienna dla całego dance-gitarowego ruchu. Zaczynał jako dźwiękowiec The Rapture, praca z Max?mo Park i The Futurheads zrobiła z niego wschodzącą gwiazdę nowej produkcji ? o dzisiejszej pozycji niech świadczy fakt przerzucenia się z grzywkowych beatów na retropopową lalkę Kate Nash. Epworth u Friendly Fires to powrót do korzeni. Friendly Fires z Epworthem to sentyment gigant i zamglone klatki z czasów, kiedy dance punk był ważny, a nie tylko modny.

Droga przez mękę?

Moda. Ciężko zarzucić im skok na sterowalne dzieciaki, bo konceptualnie Friendly Fires istnieją znacznie dłużej niż glowstick revival. Panowie znają się od podstawówki, dorastali w brytyjskim St. Albans, mieścinie pozbawionej jakiejkolwiek sceny muzycznej, więc wszystko szło z próżni i w próżnię. Jeden słuchał metalu, drugi miał pełną dyskografię NOFX, trzeci tak raczej typowo i wstydliwie ? lubił Oasis. Mieli po kilkanaście lat, gdy założyli pierwszy wspólny zespół, ponoć hardcore?owy, ale ciężko stwierdzić, bo grupa z muzycznej pustyni nie zapisała się niczym szczególnym i dziś jej nazwę pamiętają pewnie tylko koleżanki z klasy. Choć przetrwała całą szkołę średnią, aż do solowej kariery wokalisty, Eda Macfarlane?a, który nagrywał dla Skam (w której swego czasu wydawali Boards Of Canada oraz Rob Brown i Sean Booth z Autechre pod aliasem Lego Feet) i Precinct Recordings. Dorastanie na prowincji okazało się zbawienne: ?Mieliśmy czas i przestrzeń, by zespół mógł się rozwinąć. W większym miastach wszystko odbywa się w totalnym pośpiechu, ledwo sformujesz skład, a już grasz koncerty dla prestiżowej publiczności. Nie możesz sobie pozwolić na drogę przez mękę?. Założone pod koniec studiów Friendly Fires miało być wypadkową pomiędzy płytami Prince?a i My Bloody Valentine, krzyżować taneczny groove z shoegaze?ową magmą. I powiedzmy sobie szczerze, droga przez mękę okazała się nad wyraz prosta, skoro tuż po premierze debiutu zespół wyliczał profity ze światowej trasy koncertowej. ?Mamy nadzieję, że po koncertach w St. Tropez poimprezujemy trochę na jachtach z opalonymi milionerami o owłosionych klatkach piersiowych i ich zblazowanymi, zaćpanymi żonami, wspominającymi swoje niegdysiejsze kariery na wybiegach?.

Dodaj / Pokaż Komentarze

Galeria Zdjęć

2009 (c) by Media Advertising sp. z o.o. | Zaprzyjaźnione strony: magia bieliny