Ewolucja renifera
?Andorra? to świeża porcja nowoelektroniczno-psychopopowych (z akcentem na drugi człon) perełek spod ręki Dana Snaitha.

Dan Snaith ? działający najpierw pod szyldem Manitoba, a od trzech lat jako Caribou (to nazwa północnoamerykańskiego podgatunku renifera) ? w swej muzyce skupia najbardziej nośne nurty elektronicznej i nie tylko alternatywy nowego wieku, nadając im iście popowej chwytliwości.
Już pierwsze EP-ki ?People Eating Food? i ?Paul?s Birthday?, a przede wszystkim pełnowymiarowy debiut ?Start Breaking My Heart? z 2001 roku zapewniły mu miejsce w gronie najciekawszych młodych producentów nowego milenium. Na wczesnych wydawnictwach Kanadyjczyka czuć piętno bardziej przystępnych produkcji z katalogu Warp ? choćby onirycznych pejzaży Boards Of Canada, którym Snaith potrafił nadać oryginalny sznyt. Zgrabny i gęsty miks naiwnych syntezatorowych melodyjek, wzbogacony subtelnymi jazzowymi i folkowymi akcentami, wpleciony w glitchowe struktury i osadzony na hiphopowym beacie zdecydowanie wybijał się na tle setek post-IDM-owych twórców. Jednak dopiero drugą płytą, ?Up In Flames?, wydaną dla Domino dwa lata po debiucie, przedarł się do pierwszej ligi szeroko pojętej sceny alternatywnej. Za pomocą ściany zamglonych dźwięków i rozmytych wokali wykreował rozmarzony, bliski shoegaze?owi klimat. Nadał muzyce organicznego posmaku i bliższą tradycyjnej piosence formę. Powstała urzekająca, ciepła fuzja barwnej psychodelii spod znaku Flaming Lips czy Mercury Rev, nowej elektroniki i avant-hiphopowych rytmów. Album na całym świecie zebrał wyśmienite recenzje. Celebrację sukcesu zmąciły jednak roszczenia Richarda Bluma, niegdysiejszego frontmana The Dictators, posługującego się pseudonimem Handsome Dick Manitoba, co zmusiło Kanadyjczyka do zmiany nazwy projektu. Na pierwszym krążku sygnowanym jako Caribou ? ?The Milk Of Human Kindness? (warto dodać, że oba LP Manitoby zostały wznowione pod nowym aliasem) ? pogłębił flirt z tradycją eterycznej psychodelicznej piosenki. Płyta, choć sympatyczna, zgubiła gdzieś świeżość poprzedniczki.
Wydany właśnie album ?Andorra? przynosi dźwięki jeszcze mocniej zakorzenione w kwaśnym graniu rodem z lat 60, podane jednak z dużo większym nerwem i polotem. Pobrzmiewają echa piosenek Roberta Wyatta i sceny Canterbury ? słynnego 3-4 dekady temu brytyjskiego zagłębia muzycznych ekscentryków. Wszystko to osadzone zostało oczywiście na gruncie współczesnej produkcji, zyskując hipnotyzującą, surrealistyczno-oniryczną aurę.
O ile na wczesnych wydawnictwach Snaith dał się poznać jako twórczy epigon IDM-owej szkoły, teraz należny spojrzeć na niego raczej jak na następcę piewców psychodelii z okolic Beta Band. Ciekawe, w jakie rejony zaprowadzą go następne produkcje?
TEKST: Łukasz Iwasiński
Leave a comment