Grace Jones – Czarna madonna

Dodał , 18 maj 2010 przypisany do Fundata, Pop. Możesz śledzić komentarze do tego wpisu poprzez RSS 2.0. Możesz dodać komentarz albo trackbacka do tego wpisu

lw_gj_new_14_finalWłaśnie ukazał się pierwszy od blisko dwudziestu lat album Grace Jones zatytułowany ?Hurricane?. Miał być wielki powrót ikony disco i kontrowersyjnej performerki, a jest jedynie dobrze, na miarę naszych czasów, skrojony happy end w historii pierwszej damy Studia 54 i muzy Andy?ego Warhola.

TEKST Jacek Skolimowski
FOTO Isound

?Gram w grę na pieniądze, na pożądania, na manifestację siły. Oszalejesz, zginiesz w swojej komórce, w tym piekle ? niewolniku rytmu korporacyjnego więzienia. Jestem maszyną pożerająca ludzi ? módl się za mnie? ? Jones ostrzega nieludzkim, mrożącym krew w żyłach głosem w promującym płytę singlu ?Corporate Cannibal?. W teledysku przygotowanym przez nowojorskiego artystę Nicka Hookera jej twarz jest komputerowo duplikowana i modulowana, zatraca naturalne rysy i przybiera dziwne, budzące niepokój kształty. To bez wątpienia najlepszy utwór na krążku ?Hurricane?. W warstwie tekstowej powraca do charakterystycznego dla swojej twórczości tematu zniewolenia przez cywilizację, w wizualnej ? do dekonstruowania własnego wizerunku. Muzycznie utwór wpisuje się trochę w brzmienie Massive Attack z okresu ?Mezzanine?. Niestety, na tym kończą się pomysły na album nagrany z udziałem m.in. Sly & Robbie, Briana Eno i Tricky?ego. Artystka zepchnięta na boczny tor współczesnej kultury popularnej, nie potrafi już wejść z nią w żywy dialog.

Ze śmietnika historii
Może się wydawać, że jej powrót nie jest przypadkowy. Przez ostatnie lata nikt nie był zainteresowany wydaniem żadnego z jej dwóch albumów. Jones swojej publiczności szukała obok Stinga i Adrea Bocelii na koncercie z Pavarottim ?Pavarotti And Friends? czy podczas specjalnej imprezy dla wszystkich członków rodzin o nazwisku Jones. Trudno się temu dziwić ? o jej formie mogliśmy się przekonać dwa lata temu w trakcie koncertu w stołecznej Sali Kongresowej, który był dość osobliwą rewią tandentej mody. Jednak w tym roku sytuacja wygląda inaczej. Po pierwsze, trafia dokładnie na falę revivalu trip-hopu ? przyczynili się do niej Tricky z płytą ?Knowle West Boy?, który również wyprodukował jej jeden utwór, oraz grupa Massive Attack, która podczas trasy koncertowej ?ogrywa? swój nowy materiał. Zresztą jej członkowie zaprosili artystkę na organizowany przez siebie festiwal Meltdown w Londynie. W końcu wszyscy poruszają się w podobnej stylistyce ? popowej z silnymi wpływami reggae i dubu. Po drugie, Jones ? królowa nowojorskiego disco ? idealnie utrafiła w modę na muzykę, za którą w dużym stopniu odpowiada duet producencki z DFA. To dzięki nim mogliśmy przypomnieć sobie czasy legendarnych gejowskich zabaw, choćby za sprawą udanego debiutu formacji Hercules & Love Affair. W podobnej stylistyce porusza się również fenomen ostatnich lat ? grupa Scissor Sisters. Nawet Moby przy okazji zupełnie nieudanego krażka ?Last Night? chwalił się, jak kiedyś bawił się w klubach, i jak do dziś wielbi Donnę Summer. Do tego szeregu ?przypadkowych? zdarzeń, w które wpisuje się powrót Grace Jones, można złośliwie dodać premierę nowej płyty Madonny ?Hard Candy?, która niejako inspirowała się jej odważnymi działaniami z przełomu lat 70 i 80. W końcu ich działalność potrzebuje odpowiedniego kontekstu, nowoczesnej formuły i elementu szoku, który przyniósłby im rozgłos. Niestety, płyta ?Hurricane? wydana w niezależnej wytwórni Domino stała się bardziej ciekawostką medialną, atrakcją czysto środowiskową, niż realnym wyjściem naprzeciw czasom.
lw_gj_new_15_final
Jones vs Madonna
Co prawda zestawienie Grace Jones z Madonną może wydawać się niedorzeczne, zwłaszcza jeśli chce się porównać długość ich staży czy zmierzyć sukces komercyjny. Jednak coś je łączy ? podobna strategia działania polegająca na śledzeniu aktualnych trendów oraz tworzeniu na ich podstawie ? oczywiście z pomocą zawodowców ? własnego wizerunku. Jones swoimi trzema pierwszymi albumami: ?Portfolio?, ?Fame? i ?Muse?, wydanymi pod okiem producenta Toma Moultona (Gloria Gaynor) wpisała się w modę na disco i stała się symbolem hedonistycznej kultury gejowskiej, której symbolem stał się legendarny klub Studio 54. Co ciekawe, Madonna, która w pewnym stopniu związana jest z tą kulturą, nawet dziś stara się przywoływać jej ducha. Kiedy na początku lat 80. nastał okres bojkotu disco, Grace Jones albumami ?Warm Leatherette? i ?Nightclubbing? jakoś odnalazła się w nowofalowym trendzie. Oczywiście nie byłoby to możliwe bez pomocy producentów Aleksa Sadkina i Chrisa Blackwella oraz duetu Sly & Robbie. Repertuar z jednej strony otwierał się na klasyków: The Pretenders, Iggy?ego Popa czy Roxy Music, z drugiej ? na dźwiękowe eksperymenty. Przywołajmy choćby ?I?ve Seen That Face Before (Libertango)?, w którym klasyczne tango zostało przełożone na rytmikę muzyki reggae. To był zwrot w jej karierze. Nie bez znaczenia był wkład jej ówczesnego partnera Jean-Paul Goude, który jako ceniony projektant mody zadbał o jej androgyniczną stylizację z charakterystyczną kanciastą fryzurą i ekstrawaganckimi ubraniami. A w połowie lat 80. słynny Trevor Horn (Frankie Goes To Hollywood) zrobił z Jones album ?Slave To The Rhythm?, Nile Rodgers (Chic) przebojową płytę ?Inside Story?, a David Cole i Robert Clivilles (C+C Music Factory) ?Bulletproof Heart?. Podobnie Madonna, również wynajmuje do pomocy najbardziej wziętych i kreatywnych producentów muzycznych. Sama skupia się na tworzeniu wizerunku. Co ciekawe, obie artystki kładły duży nacisk na próbę zmierzenia się z kobiecą tożsamością ? epatowały swoim ciałem, ich występy miały kontrowersyjne oprawy wizualne, czy wreszcie starały się zacierać granice między płciami często nosząc męskie ubrania. Nie można zaprzeczyć, że w różnych okresach i środowiskach udało im się za pomocą muzyki zwalczać pewne stereotypy, przekraczać granice tabu i napędzać rozwój współczesnej kultury, z którego do dziś mogą korzystać zarówno ?białe gwiazdki? pokroju Britney Spears jaki i ?czarne damy? jak Beyoncé. Niestety, Grace Jones swoją twórczością na pograniczu artystycznego performance?u zamknęła sobie drogę do faktycznego sukcesu komercyjnego.

Huragan słabnie
Czas płynie nieubłaganie. Nowojorska artystka wyrwana z kreatywnego środowiska, którego pod koniec lat 70. była częścią, nie ma właściwie nic ciekawego do zaoferowania. Nie potrafi stworzyć odpowiedniej otoczki wokół premiery ?Hurricane? ? ?powrót po latach? to zdecydowanie za mało. Jones wydaje się tkwić w jakimś muzycznym skansenie. ?Williams Blood? próbuje nawiązać do epoki disco, ale bez większego przekonania. Utwór ?Love To Life? wydaje się być jedynie echem ?I?ve Seen That Face Before (Libertango)?. Kompletnym nieporozumieniem jest sentymentalny ?I?m Crying (Mother?s Tears)?, dedykowany matce artystki. Czyżby płyta była sygnałem wypalenia? Gdzie ta diva, gdzie ten szyk, gdzie ekstrawagancja i blichtr…

Dodaj / Pokaż Komentarze

Galeria Zdjęć

2009 (c) by Media Advertising sp. z o.o. | Zaprzyjaźnione strony: magia bieliny