ALWAYS THE SAME, ALWAYS DIFFERENT
ALWAYS THE SAME, ALWAYS DIFFERENT
Mijają właśnie cztery lata od śmierci Johna Peela ? chyba jedynego fana Captaina Beefhearta, Napalm Death i Aleca Empire?a uhonorowanego królewskim Orderem Imperium Brytyjskiego.
TEKST Łukasz Lubiatowski
Aby opisać fenomen Anglika, tak naprawdę powinno się publikować dokumentację jego aktywności w BBC Radio 1: playlisty kolejnych audycji, ewidencje wszystkich Peel Sessions, doroczne podsumowania Festive Fifty, listę 142 ulubionych singli. Tysiące nazw: w tym setki zespołów ? tych wybitnych, ale i tych zapomnianych, dla których szczytem kariery były właśnie trzy minuty w jego audycji.
Z Anfield Road dookoła świata
Z perspektywy czasu Peel wydaje się niemal mityczną postacią, bohaterem muzycznych outsiderów, idealistów, nonkonformistów i freaków. Nawet gdyby pominąć jego pracę w BBC, znaki historii wskazują, że mieliśmy do czynienia z postacią niezwykłą. Urodzony na dwa dni przed wybuchem wojny, absolwent elitarnej Shrewsbury School ? tej samej, którą ukończył niejaki Karol Darwin, w 1963 roku trafił do Dallas. Akurat wtedy, kiedy zabity został JFK. Johna widać nawet na dokumentalnym filmie z konferencji po schwytaniu Lee Oswalda. Dalsze koleje losu rzuciły go do Kalifornii, gdzie wraz z hippisami przeżył lato miłości. Dekadę później podczas sezonu nienawiści jako pierwszy zaprezentował w radiu piosenki Ramones i ?God Save The Queen? Sex Pistols. Jako kibic Liverpoolu przeżył największe triumfy swej drużyny, był jednak także świadkiem tragicznych wydarzeń na piłkarskim stadionie Heysel. Niecodzienne jest też miejsce jego śmierci ? inkaskie miasto Cusco, które odwiedził w ramach wakacyjnej podróży. Czy nie brzmi to jak to jak zarys kiczowatej hagiografii?
Wszelkie objawy kultu wobec swojej osoby sam zainteresowany zbywał jednak żartem. Konsekwentnie uciekał od wszelkich splendorów i, paradoksalnie, sławę zyskał właśnie jako ordinary bloke ? zwykły koleś z niezwykłym gustem i pasją do muzyki. Taki, do którego każdy może zadzwonić z problemem i wysłać własne demo. Przyjmując Order Imperium, narobił zamieszania, bo choć nominację przyznano Johnowi Peelowi, wyróżniony uparł się, że odznaczenie odbierze John Robert Parker Ravenscroft. Właśnie z takim nazwiskiem przyszedł na świat w domu kupca z branży tekstylnej. Pseudonim przyjął u progu radiowej kariery, by móc pracować w pirackiej rozgłośni w Londynie, nigdy jednak nie wypierał się swego pochodzenia. Urodził się w niewielkim Heswall opodal Liverpoolu i przez dziesięciolecia pozostał wierny ukochanym The Reds. Nawet do ślubu maszerował w rytm kibicowskiego hymnu ?You?ll Never Walk Alone?.
Elvis i happy hardcore
To jednak nie wierność drużynie z Anfield zjednała mu sympatię i wdzięczność kilku pokoleń brytyjskich nadwrażliwców. Peel zainteresował się muzyką, gdy przejął kolekcję swingowych płyt ojca, później był świadkiem narodzin rock?n?rolla, a radiową karierę w Stanach zaczynał w czasach beatlemani jako ?autentyczny głos z miasta Wielkiej Czwórki?. Zamiast spokojnej radiowej kariery didżeja promującego ?znane i lubiane?, Peel poświęcił życie na tropienie nowych muzycznych zjawisk. Szukał twórców idących pod prąd, bo jak przyznawał, przy każdym nowym odkryciu ? czy byli to jego ulubieni punkowcy z The Undertones, reggae?owe Misty In Roots, noise?owy Big Black, deathmetalowy Carcass, jungle?owy DJ Hype czy minimalowy Richie Hawtin, czuł taki sam dreszcz jak wtedy, gdy po raz pierwszy usłyszał rock?n?rolla. Sam zresztą mawiał, że ?Elvis uwielbiałby happy hardcore?.
W ciągu 37 lat pracy w BBC Radio 1, w tamtejszym studio na potrzeby audycji Peela nagrano prawie cztery tysiące sesji. Wiele zespołów właśnie dzięki Peelowi zaistniało na muzycznym rynku, on jednak skromnie tłumaczył: ?To nie ja odkryłem The Undertones czy Joy Division. Oni po prostu nagrali wspaniałe płyty i grałem je, bo kochałem to, co robili. O to, dlaczego nikt inny nie chciał grać tej muzyki, musicie zapytać innych?.
Rave kontra gitary
O tym jak istotną role odgrywał dla społeczności alternatywnych, niech świadczy fakt, że gdy w 1986 roku wyjechał na trzytygodniowe wakacje, po powrocie odebrał z poczty ponad 400 demówek. Do Peela pisano z całego świata. Najlepiej jego fenomen wytłumaczył chyba jeden z wielkich muzycznych odszczepieńców zza Oceanu, Steve Albini: ?Peel powiedział, że gdy dostaje płytę, która mu się nie podoba, zakłada, że to jego problem, bo zespół nie nagrałby i nie wysyłałby mu płyty, gdyby nie chciał przekazać czegoś wartościowego. Zapamiętałem to na długo?.
Kierował się własną intuicją i smakiem, nie zważając nie tylko na mody, trendy, towarzyskie koterie, ale i na przyzwyczajenia własnych słuchaczy. Gdy w jego audycji miejsce psychodelicznych dźwiękowych eposów zajęły punkowe dwuminutówki, stracił hippisowską publikę, zyskał jednak jeszcze więcej nowych fanów. To on wyedukował post-punkowe pokolenie ? Mark E. Smith, Joe Strummer i John Lydon właśnie na falach BBC1 poznawali najnowsze importy z Jamajki i nowojorski hip hop. Kilka lat później mocno wspierał rave?ową rebelię. A gdy okazało się, że pomimo tego doroczne podsumowanie słuchaczy znów zdominowali ?biali chłopcy z gitarami?, Peel zwyczajnie zrezygnował z kolejnych plebiscytów. Do dziś stanowi swoiste alibi dla wszystkich o szerokich muzycznych gustach a w knajpianych dyskusjach łatwo powołać się na niego, by uzasadnić swoje własne sympatie: ?Peel wspierałby dubstepowców, lubiłby ostatnią płytę Neila Landstrumma, grałby Juanę Molinę i Deerhoof, cieszyłby się z dobrej formy Justina Broadricka?. Niestety, sprawdzić już tego nie możemy.
Peel.pl
Dla Polaków Peel to bardziej legenda niż rzeczywiste doświadczenie. Audycji BBC od paru lat można było słuchać w necie. Wcześniej szczęśliwcy zdobywali materiał przegrywany na kasetach. W ostatnich latach na rynek regularnie trafiały kolejne oficjalne wydawnictwa Peel Sesions. Sam John zresztą tez nie pozostawał głuchy na nadchodzące znad Wisły dźwięki ? w latach 80. prezentował Anglikom m.in. nagrania Brygady Kryzys, Siekierę i… Pendereckiego. W erze techno grał kawałki Jacka Sienkiewicza i Marcina Czubali. I choć głos Mistrza słyszał mało kto, jego rola w formowaniu tożsamości kontrkulturowych była niebagatelna. Wystarczała świadomość idei ? alternatywnego kosmosu dźwięków, przestrzeni, w której wspólnie wybrzmiewają garażowe akordy, rytmy reggae, deathmetalowy growling i metaliczne techno beaty. Peel rozbudzał marzenie, że po latach rządów ?klimaciarzy?, którzy ? jak pisał Stasiuk ? ?rozmiękczyli mózgi? kilku pokoleniom Polaków, w rodzimym radiu pojawi się ktoś choć trochę do niego podobny. Pomimo kilku uzurpatorów, ze smutkiem trzeba stwierdzić, że polskiego Peela się nie doczekaliśmy. Tym bardziej należy pielęgnować wspomnienie o niezwykłym człowieku, o którym można powiedzieć: ?always the same, always different?.
<WYBICIA>
Ulubiona ?Peel Session? samego Peela: nagrania legendarnej reggae?owej grupy Culture
Zespół najczęściej zapraszany Peel Sessions: The Fall (na płytę ?Complete Peel Session? trafiły nagrania z 24 sesji, jednak sam Pell wspomina o 32)
Ostatni utwór zagrany przed śmiercią: ?No One?s Listening Anymore? Klute?a
Piosenka, którą na życzenie Peela zagrano w BBC 1 w dzień jego pogrzebu: ?When An Old Cricketer Leaves The Crease? Roya Harpera.
Inskrypcja wypisana na życzenie Johna Peela na jego grobie ?Teenage dreams, so hard to beat? (z tekstu jego ulubionego kawałka ?Teenage Kicks? Undertones).
Leave a comment