Dobrze, że istnieje instytucja Redaktora Naczelnego, bo inaczej zapomniałbym, po co słucham płyt. Nie, to nie tak ‘ ja nie słucham płyt, ja słucham jedynie singli, a raz na miesiąc muszę zmusić się do słuchania całego albumu. Męka to niezmierna przy moim charakterze, a jedyne, co ową mękę łagodzi, to mój znakomity gust, który dobiera bardziej słuchalne albumy do zrecenzowania. Sam bym o tej płycie napisał, Naczelny wcale mi nie kazał tego robić, pytając, czy wiem, jaki jest dzień miesiąca i która godzina. Kilka znaków ze spacją nabitych, zatem do rzeczy. Czym ta płyta Rootsów różni się od poprzednich? Niczym, co w przypadku tego zespołu zawsze jest i komplementem, i rzeczą naganną. Black Thought i ekipa (darujmy sobie to pisanie ?’uestlove i ekipa’) zawsze mieli swój styl oparty na żywym brzmieniu i w porównaniu z większością hiphopowców zawsze uchodzili za eksperymentatorów. Tym razem eksperymentów i nowości właściwie nie ma, no bo przecież nie są nimi śpiewne refreny ani obecność Joanny Newsom. Może The Roots poszli trochę w stronę funku, choć to jedyna wyczuwalna zmiana. Czy dzięki białemu basiście stali się bardziej przystępni dla nas? Raczej nie. Czy gościnne występy Dice Raw, Phonte i Peedi Peedi wnoszą coś do tego albumu? Raczej nie. Czy piosenka z Johnem Legendem jest fajna? Raczej nie. Ale i tak jest coś takiego w tym zespole, co każe kupić ten album. Pytanie tylko, czy zachęci do kolejnego.





