Wyobraźcie sobie dalekowschodnią metropolię. Miasto moloch, który w oczach Europejczyka jawi się niczym wielobarwny ul chaotycznie przelewającej się ludzkiej masy
TEKST PAWEŁ ?r33lc4sh? HADRIAN
FOTO MAT. PROMO
Pełny kolorowych szyldów przytwierdzonych do każdej wolnej, w miarę pionowej powierzchni rozwalających się kamienic, a z drugiej strony szklanych biurowców i środków komunikacji masowej, które bardziej przypominają gigantyczne owady niż tramwaje, czy wagony metra. Ulice pełne kuglarzy, żebraków, kramów z jakimś dziwnie wyglądającym jedzeniem, sprzedawców wszystkiego, co można wcisnąć przechodniom. Panów, którzy przy uchu trzymają telefon komórkowy, który będziemy mogli kupić jako nowość za dwa lata i pań w designerskich ciuchach, które dopiero co opuściły pracownie mediolańskich krawców. Zadziwiający miszmasz ultranowoczesnej technologii i tradycji, której korzenie nikną gdzieś na kartach historii. Miasto jak z powieści Williama Gibsona, do którego ścieżką dźwiękową jest muzyka Bena Watkinsa.
Oba nazwiska pojawiły się w tym miejscu nieprzypadkowo. Chyba żaden pisarz nie przewidział tak trafnie rozwoju naszej cywilizacji. To, co opisywał ćwierć wieku temu powoli staje się rzeczywistością. To, co opisuje obecnie jest obrazem świata, jaki istnieje tu i teraz, a my po prostu jeszcze nie do końca uświadamiamy sobie tego, że żyjemy w czasach, o których pisarze science fiction kiedyś mogli tylko marzyć. Podobnie rozwijała się muzyka Juno Reactor ? dziwnego tworu, na czele którego od początku stał Watkins. Tworu, który swoim eklektyzmem wydaje się odzwierciedlać idee cyber-punku i który ma za sobą podobną drogę ewolucyjną, co pisarska twórczość Williama Gibsona. Historia Juno Reactor rozpoczęła się na początku lat 90., chociaż Watkins swą muzyczną przygodę rozpoczął dekadę wcześniej. Mniej więcej w tym samym roku, w którym Gibson wydał swoje pierwsze opowiadanie pt. ?Johnny Mnemonic?.
Juno Reactor objawił się po raz pierwszy we śnie dziewczyny Watkinsa jako kilkunastometrowy, betonowy obelisk. Skojarzenie z ?Odyseją kosmiczną? Kubricka nasuwa się samo, więc nie powinno dziwić, że sample z tego filmu pojawiły się na pierwszym longu Juno Reactor. Album zatytułowany ?Transmissions? ukazał się w 1993 roku nakładem oficyny NovaMute. Płyta ta powszechnie uznawana jest za jedną z pierwszych, które wyznaczyły kierunek rozwoju goa-trance. Juno Reactor jeszcze wtedy był kwartetem w składzie: Ben Watkins, Jens Waldebäck, Mike Maguire i Stephane Holweck. Rok później Watkins i Holweck, też jako Juno Reactor nagrali ambientowy, na wskroś eksperymentalny, album ?Luciana?, który pierwotnie był muzyczną ilustracją instalacji Normy Fletcher. Od tych dwóch panów rozpoczęła się też historia grupy, która pierwotnie nazywała się Electrotete. Wydaje się też, że to właśnie Francuz Holweck wciągnął Watkinsa w rodzący się wtedy nurt goa-trance i że to on wyznaczył taneczny kierunek rozwoju projektu na kolejne kilka lat.
Kolejną długogrającą płytą, która wyszła spod rąk całej czwórki, do której dołączyli jeszcze Paul Jackson i Johann Bley, był long ?Beyond The Inifinite?. Płyta ukazała się w 1995 roku nakładem nowo powstałej wytwórni Blue Room Released, która była dzieckiem projektanta głośników Simona Ghahary. Był on związany ze znaną audiofilską firmą B&W, która przy okazji finansowała cały projekt. Ghahary jest autorem rewolucyjnego rozwiązania konstrukcyjnego, które swoją najdoskonalszą formę osiągnęło pod postacią legendarnych głośników serii Nautilus. Ponoć inspiracją dla tego pomysłu była rozmowa konstruktora z Watkinsem, który zauważył, że dźwięk powinien lepiej rozchodzić się w owalnej obudowie głośnika, a nie ? jak do tej pory zakładano ? w prostokątnej. Warto przy tej okazji wspomnieć o tym, że płyty Juno to jedne z najlepiej wyprodukowanych kawałków muzyki elektronicznej, jakie kiedykolwiek zagościły na półkach sklepowych.
Na kolejny album Ben Watkins z ekipą kazali czekać jedynie dwa lata. Jak na tak krótki okres w ich warsztacie dokonała się istna rewolucja. Lista płac powiększyła się do kilkunastu osób. Tak miało już pozostać do końca. Juno Reactor stał się dziwaczną trupą cyrkową pod wodzą Watkinsa, której członkowie, to raz pojawiali się, to znikali. Podczas prac nad ?Bible Of Dreams? do współpracy zaproszeni zostali buszmeńscy bębniarze z RPA ? grupa Amampondo, której bębny napędzają rewelacyjny ?Conga Fury?, i którzy grają z Juno Reactor do dziś. W ?God Is God? swoim wokalem zniewoliła wszystkich Natacha Atlas znana w owym czasie ze współpracy z Transglobal Underground i Nation Records. Zresztą z tym kawałkiem wiąże się też pewna anegdota. Numer o tym samym tytule pojawił się na wydanym rok wcześniej albumie ?Jesus Christ Superstar? słoweńskiej grupy Laibach. Po ukazaniu się ?Bible Of Dreams? wszyscy myśleli, że Watkins wraz z ekipą spreparowali cover tej kultowej kapeli. W rzeczywistości było zupełnie inaczej. Panowie z Laibacha usłyszeli ?God Is God? Juno Reactora sporo wcześniej. Watkins robił dla nich remiksy i przy okazji pochwalił się świeżym materiałem, który dopiero zaczął nagrywać. Słoweńcom tak spodobał się ?God Is God?, że nagrali jego własną wersję i umieścili na swojej nowej płycie zanim jeszcze wersja oryginalna trafiła do tłoczni.
?Bible Of Dreams? był ostatnim etapem stricte transowej podróży Juno Reactor i wytyczył nowy kierunek w rozwoju grupy. Na kolejnym, wydanym w 2000 roku albumie ?Shango? pojawiło się jeszcze więcej muzyków oraz żywych instrumentów. Do współpracy przy tej eklektycznej płycie po raz pierwszy zaproszona została wokalistka Taz Alexander oraz Steve Stevens (wirtuoz gitary znany ze współpracy m.in. z Billym Idolem, Michaelem Jacksonem czy Pink), który odpowiedzialny jest za fenomenalne, meksykańskie partie gitarowe w ?Pistolero? (kawałek znalazł się na ścieżce dźwiękowej do ?Pewnego razu w Meksyku: Desperado 2? Roberta Rodrigeuza). Na kolejnego longa zatytułowanego ?Labyrinth? fani grupy musieli czekać kolejne cztery lata. Jednak ten czas osłodził nieco fakt, że Ben Watkins zaproszony został przez braci Wachowski do pracy nad soundtrackiem do drugiej i trzeciej części ?Matrixa?. Sam Watkins o tym wydarzeniu mówi tak: ?To była szkoła, jakiej długo nie zapomnę. Czułem się jakbym chodził na jakiś przyspieszony kurs pisania muzyki filmowej (…) Poproszono mnie o skomponowanie muzyki do sceny pościgu na autostradzie. Robiłem już wcześniej parę rzeczy do filmów, ale nic tak naprawdę nie przygotowało mnie do tej roboty. Miałem kilka pomysłów w głowie i bracia Wachowski powiedzieli mi, czego oczekują. Miałem z nimi kilka spotkań, a potem umówiliśmy się z Donem (Don Davis ? kompozytor i dyrygent amerykański, autor muzyki filmowej ? przyp. aut.). Na pierwszym spotkaniu puściłem im to, co przygotowałem, a oni zaczęli na bieżąco to komentować. Zrobiłem chyba z pięć stron notatek. Dodaj to… zrób tamto… mój mózg rozlał się po podłodze. Myślę też, że Don nie był przygotowany na współpracę z elektronicznym muzykiem (…) Kiedy moje pomysły okazywały się zbyt ciężkie, Don nadawał im lekkości. On zrobił całą część orkiestrową, a to co Wachowscy chcieli ode mnie to wejść w to i spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Wszyscy inni, którzy próbowali, zawiedli, a oni chcieli czegoś z wykopem.? Ci którzy zawiedli to m.in. The Prodigy i Fluke. W przypadku ?Matrixa? po raz pierwszy pojawiło się też bezpośrednie odniesienie do prozy Gibsona. Jeden z utworów z tej ścieżki nosił tytuł ?Mona Lisa Overdrive?. Taki sam jak trzecia część ?Trylogii ciągu?, którą otwiera kultowa powieść ?Neuromancer?. Watkins pytany o to, kto stoi za tym tytułem mówił tak: ?To moja niecna sprawka. Podczas pracy cały czas nazywałem ten kawałek po prostu Overdrive i widziałem, że jakoś dziwnie na mnie patrzą. Do samego końca nie wiedzieli, że ten numer ma się nazywać Mona Lisa Overdrive.?
Tuż przed rozpoczęciem pracy na ścieżką dźwiękową do ?Matrixa? odbyła się też trasa koncertowa promująca album ?Shango?, której uwieńczeniem było wydanie koncertowej płyty DVD. Materiał zarejestrowany został podczas występu w Tokio i ukazał się pod tytułem ?Shango Tour 2001?. W tym czasie Juno Reactor objawił się jako prawdziwa cyrkowa rewia sceniczna. Pełen kolorów, dynamizmu i efektów wizualnych show kilkunastu ludzi szalejących po scenie stał się nowym image grupy. Od tej pory wszystkie występy stały się postmodernistycznym spektaklem podczas którego bębniarze z Amampondo w swoich rytualnych strojach walą w bębny, Watkins biega po scenie z gitarą, a tajemnicza Taz Alexander czaruje przy mikrofonie swoim zmysłowym głosem jakby była divą operową z ?Piątego elementu? i czekała tylko, aż wymazany smarem Bruce Willis uratuję ją przed psychopatą, chcącym przejąc kontrolę nad światem. Wszystko to znalazło odzwierciedlenie w nowym materiale studyjnym, który ukazał się w 2004 roku nakładem Metropolis Records. ?Labyrinth? to już totalne pomieszanie wszystkiego ze wszystkim. Absolutna afirmacja naszych czasów, na której spotkali się m.in. irańska wokalistka Azam Ali, Budgie perkusista Siouxie & the Banshees, Martin Glover alias Youth producent i basista Killing Joke, Gocoo, czyli ekipa bębniarzy taiko z Japonii, wirtuoz hiszpańskiej gitary Eduardo Niebla oraz hinduska wokalistka Lakshmi Shankar. Na płycie oprócz tego słychać jeszcze orkiestrę i chór pod batutą Dona Davisa, gdyż znalazły się na niej zmodyfikowane wersje matriksowych ?Mona Lisa Overdrive? i ?Navras?. Cały ten cyrk (oczywiście w mocno okrojonym składzie) znów wyruszył w trasę koncertową, której uwieńczeniem była kolejna płyta DVD nagrana w Tokio ?Juno Reactor Live ? Audio Visual Experience?. Gdy wszystkim się już wydawało, że funkcja Juno Reactor osiągnęła swoje extremum, na horyzoncie pojawiły się plotki, że Watkins szykuje kolejny album.
W kwietniu 2008 roku ukazała się siódma, studyjna płyta długogrająca ?Gods & Monsters?, która okazała się być jeszcze większym zaskoczeniem niż ?Labyrinth?. Na płycie znów pojawili się Steve Stevens i Eduardo Niebla, a oprócz nich także Sugizo ? gitarzysta kultowej japońskiej kapeli Luna Sea. Na wokalu, oprócz znanej już z poprzednich wydawnictwo Taz Alexander, pojawił się Ghetto Priest (wokalista Asian Dub Foundation oraz członek sound systemu Adriana Sherwooda), izraelska wokalistka Yasmin Levy oraz sam Ben Watkins. Oczywiście nie zabrakło też południowoafrykańskich bębniarzy. To zdecydowanie najmniej elektroniczna płyta grupy, która w dużej mierze skomponowana została przez Watkinsa przygrywającego sobie na pianinie. W sporej części z zamysłem, że ma to być muzyka, którą będzie można grać na żywo. Nie znajdziemy więc na niej zbyt wiele elektroniki, za to dużo akustycznych instrumentów i żywej perkusji. To płyta na wskroś rockowa, jednak nie pozbawiona tego dziwacznego technologicznego feelingu, który mimo wszystko w muzyce Juno Reactor wciąż tkwi.
Blisko 20-letnia historii trupy Watkinsa to zadziwiająca kontrewolucja od pełnego zawierzenia współczesnej technologii do afirmacji tego, co w muzyce najbardziej pierwotne. Jednak bez zbędnego popadania w pseudonaukowe, antropologiczne zadufanie. Bez zapędzania się w anty postmodernistyczny zaułek absolutnego naturalizmu. Muzyka, jaka objawia się pod szyldem Juno Reactor to eklektyczna afirmacja dzisiejszego świata, w którym ultranowoczesna technika przenika się z tradycją, której korzenie istnieją już tylko w sferze mitów. To próba opisania go przy pomocy dźwięków, która uświadamia nam, że żyjemy w czasach, o których pisarze science fiction mogli tylko marzyć.










