LAIF » WYWIAD: Emika – z dala od mainstreamu

WYWIAD: Emika – z dala od mainstreamu

Emika postanowiła odpocząć od dubstepu, trip-hopu i techno, od mixerów, trackerów i mikrofonów. Po dwóch albumach wydanych w wytwórni Ninja Tune, założyła własny label i wraca z płytą, której daleko od klubów, a bliżej zacisza sypialni. 12-letnią Emmę Jolly jeden z nokturnów Chopina wzruszył do łez, teraz dorosła artystka odbywa sentymentalną podróż przy dźwiękach starego pianina. Od kilku lat mieszkająca w Berlinie, coraz bardziej świadoma swoich czeskich korzeni, Emika po raz kolejny stawia na niezależność i pozycjonuje się z dala od mainstreamu.

Processed with VSCOcam with c1 preset

Emika przed koncertem w Cafe Kulturalna, zdjęcie: Dorota Groyecka

 

Rozmawiamy w Warszawie, chwilę przed koncertem promującym Klavirni. „Głośno tu, wyjdziemy na papierosa?” – proponuje Emika.

 

Dorota Groyecka: Jakie są Twoje ulubione wspomnienia z czasu nagrywania Klavirni?

Emika: Pracowałam nad albumem w domu rodziców, gdzie mam swoje stare pianino. Mam też pianina w Bristolu i Berlinie, ale tamto jest wyjątkowe – pamięta naukę każdego dźwięku, są w nim pot i łzy. Mój ukochany kot jeszcze wtedy żył i czasami spał na krześle w pokoju, w którym grałam, można więc usłyszeć go od czasu do czasu na płycie. Często też mój tato przychodził, siadał w fotelu i mówił: „Zagraj coś”. Odpowiadałam: „Ok, tato, ale proszę bądź cicho, bo mój dyktafon jest bardzo wrażliwy”. Wtedy on zaczynał czytać gazetę i powoli zapadał w drzemkę, a gazeta opadała i wydawała szeleszczący dźwięk. Inne odgłosy wydawała moja mama, która chodziła po domu w starych kapciach. Nawet kiedy była w kuchni, dobiegał mnie ich mlaszczący dźwięk. „Mamo, próbuję nagrywać album!” (śmiech)

 

Zarejestrowałaś życie domu.

Dokładnie. Czasami zaczynał padać deszcz, atmosfera się zmieniała i to też można usłyszeć na płycie. Wszystko było improwizacją. Budziłam się rano, siadałam do pianina i grałam. Kiedy czułam, że zmierzam w dobrym kierunku, rozpoczynałam nagrywanie. Używałam prostego dyktafonu, podobnego do twojego. Kładłam go bardzo blisko za swoimi plecami, dzięki czemu słuchając płyty można odnieść wrażenie, że siedzi się przy pianinie. Nowoczesne techniki nagrywania – kilkanaście mikrofonów, składanie utworu na nowo ze skrawków nagrań, to wszystko za bardzo komplikuje ten instrument. Improwizatorski sposób nagrywania wydał mi się bardzo naturalny, ale mało który muzyk się na niego decyduje…

 

Powiedziałaś kiedyś, że tworzenie muzyki za pomocą przeróżnych elektronicznych urządzeń i programów jest trochę jak niewolnictwo. Czy praca nad tą płytą była przyjemniejsza niż poprzednio?

Zdecydowanie tak – to pierwszy album, przy którym chodziło wyłącznie o granie. Czucie – granie, czucie – granie. Nie było tu za dużo myślenia, nie miałam sztywnej koncepcji. Kiedy komponuję, śpiewam albo robię bity, od razu myślę o tym, co będzie dalej, więc w jednej chwili mam w głowie 20 rzeczy: teraz bit, a teraz bass, a teraz techno track. Bardzo długo pracowałam na to, żeby umieć tak działać, ale tym razem poczułam, że muszę po prostu grać. Czasami myślałam: „O, to dobrze zabrzmi z echem”. Robiłam wówczas notatki, ale to były jedyne chwile, kiedy myślałam do przodu. Cały proces był bardzo szybki i przyjemny.

 

Chcesz iść dalej w tym kierunku?

Szykuję ciekawą niespodziankę… Ale nie mogę jeszcze nic powiedzieć.

 

Masz dosyć techno?

Tak. Naprawdę dosyć. Bo opiera się na jednym pomyśle, powtarzanym przez zyliony ludzi. Mało kto myśli niezależnie robiąc techno. To jak jakaś dziwna tortura. I po co? Techno jest popularne, łatwo zaistnieć międzynarodowo, nawet po nagraniu jednego dobrego kawałka, ale to dla mnie nie jest artyzm. W Berlinie wszyscy DJ-e czekają na jedną imprezę w jednym klubie, a kiedy uda im się dostać do tego klubu, starają się brzmieć „jak techno”. Całe indywidualne brzmienie, jakie mają poza klubem, ginie w ekscytacji z powodu grania w stolicy techno. Kiedy chcę wyjść do klubu, wybieram imprezę, na której będzie bardzo dobra muzyka. Jednak ostatnio, kiedy tańczę i zamykam oczy, mam wrażenie, że za dekami mógłby stać ktokolwiek. To smutne, bo kiedyś było inaczej – zmieniali się DJ-e i dostawałaś cztery godziny nowego brzmienia.

 

Może jesteś już zmęczona Berlinem? Albo Twoja muzyczna wrażliwość jest teraz bliższa Europie Wschodniej?

Z jednej strony tak – coraz częściej uciekam na weekendy poza miasto, nie mogę się doczekać, kiedy znów pojadę do Pragi, nagram symfonię. Byłam też bardzo podekscytowana kolejnym występem w Warszawie. Z drugiej strony – nie wyobrażam sobie lepszego miejsca do życia, uwielbiam Berlin. Znana jest teoria kryzysu siódmego roku… Może właśnie przez to przechodzę. (śmiech)

 

Czy jakiś współczesny muzyk z Europy Wschodniej zwrócił ostatnio Twoją uwagę?

Stroon ze Słowacji. Gra na wibrafonie, jest niesamowity.

 

Twój wizerunek bardzo zmienił się w ostatnich latach. Wydajesz się bardziej pewna siebie? Okładka Klavirni koresponduje z estetyką SM.

W wieku 21 lat przeszłam poważną operację. Przedtem byłam w świetnej formie. Tańczyłam, chodziłam na fitness, uwielbiałam ruch. W ciągu jednego tygodnia to wszytko zostało mi odebrane – byłam podłączona do dziwnych rurek, na brzuchu miałam blizny. Niedługo po tym zaczęłam pracować w przemyśle muzycznym, trafiłam do Native Instruments, gdzie byłam jedyną kobietą i czułam się bardzo onieśmielona biznesem, pieniędzmi, rywalizacją, wyłącznie męskim towarzystwem. Zafarbowałam włosy na czarno, sama je obcięłam, mój wygląd stał się chyba trochę agresywny, jakby miał mnie chronić. Podczas występów chowałam się za dekami, w ciemnych włosach ledwo mnie można było dostrzec. Jednak z czasem, dzięki intensywnej pracy nad sobą, coraz częstszym występom i analizowaniu nagrań, doszłam do wniosku, że muszę kilka rzeczy zmienić. Zafarbowałam włosy na blond. Czułam się coraz lepiej fizycznie, a tym samym stawałam się bardziej pewna siebie. Mój wizerunek nie wiąże się z potrzebą bycia „sexy”, a raczej wynika z chęci wyrażania siebie na scenie. Nie sprzedaję seksu w popowy sposób.

 

Dużo czasu spędzasz na analizowaniu zdjęć i video ze swoich występów?

Tak. Chcę wyglądać dobrze i chcę wyglądać jak ja. Czasami sprawy się komplikują i zastanawiam się, czy nie powinnam mieć stylistki albo kogoś, kto jeździłby ze mną w trasę i pomagał mi w robieniu makijażu. Ale wiesz co? Baletnice też nie mają stylistek. Przed występem rozciągają się, ćwiczą, a w międzyczasie czeszą się i malują. Tylko w świecie popu może dziwić, że ktoś sam się przygotowuje. W sumie to proste – tusz do rzęs, czerwona szminka. Normalnie nikt mnie nie rozpoznaje na ulicy, a kiedy pomaluję usta, nagle słyszę: „O, cześć Emika!” Czerwona szminka sprawiła, że wyglądam jak Emika. (śmiech)

Wydaje mi się, że nie byłabym dzisiaj tu, gdzie jestem, gdyby nie trudne przeżycia – pod tym względem mają one sens. Leżąc w szpitalu szybko zdecydowałam, co chcę, a czego nie chcę robić w życiu. Myślę, że gdyby nie to doświadczenie, nie byłabym aż taka ambitna.

Przeczytaj recenzję najnowszej płyty Emiki – Klavirni

Tekst: Dorota Groyecka


Zobacz też inne wydarzenia

13.06.2015, WROCŁAW, WOODED FESTIVAL 10.06.2015, WARSZAWA, MIŁOŚĆ, SLOW MAGIC 25.04.2015, WARSZAWA, MIŁOŚĆ KREDYTOWA 9, FLIRTINI & RIMMEL GANG: FKJ (LIVE)