LAIF » WYWIAD: Julia Marcell – Emocje nad wirtuozerią

WYWIAD: Julia Marcell – Emocje nad wirtuozerią

Julia Marcell ruszyła w trasę koncertową z nową płytą Sentiments – mocno gitarową i mroczniejszą niż popowo-eletroniczna June. Od kilku lat artystka mieszka w Berlinie, jednak nie traktuje przeprowadzki jako ucieczki z Polski. Jest bardziej punkówą niż berghainowcem. Muzyka daje jej eskapistyczną przyjemność, ale w tekstach z nowego albumu postanowiła zmierzyć się ze swoimi uczuciami.

 

JUlia_Marcell_3a_fot._Krzysztof_Wyzynski

Julia Marcell, zdjęcie: Krzysztof Wyżyński

 

Dorota Groyecka: Gdzie Cię złapałam?

Julia Marcell: Jestem na Pradze, w Warszawie. Właśnie przyjechaliśmy z zespołem.

 

Jesteście od jakiegoś czasu w trasie, daliście już kilka koncertów. Jak sprawdza się materiał z nowej płyty Sentiments? Czy kawałki ulegają zmianie?

Aranżacje piosenek z Sentiments jeszcze się nie bardzo zmieniły, nadajemy im może trochę inną dynamikę, inny wymiar emocjonalny. Zmianie uległy natomiast aranżacje starych piosenek, z płyt June oraz It might like you – zostały przeniesione na gitarę. Próbowaliśmy zachować ich spójność z materiałem z Sentiments, więc dosyć drastycznie zmieniliśmy ich brzmienie, a jednocześnie staraliśmy się, żeby to były wciąż te same piosenki. Lubimy jako zespół takie zabawy, od początku naszej współpracy bardzo dużo przearanżowaliśmy. Dla nas materiał koncertowy jest żywym organizmem, często się zmienia.

 

Jak nową płytę odbierają Twoi fani? Raczej spotykasz się z aprobatą, ekscytacją, że coś nowego, bardziej rockowego, czy raczej więcej osób z nostalgią spogląda na stare materiały i oczekuje podobnych brzmień?

Jedno i drugie. Wolta stylistyczna jaką wykonałam skacząc z fortepianowo-smyczkowego „It might like you” na elektroniczne June o dziwo okazała się mniej drastyczna niż ostatnie przejście między płytami. Teraz, kiedy mamy gitarowe brzmienia i zdarza się nam grać dość mocno, niektórzy może stwierdzają, że to już nie ich świat dźwięków, ale przychodzą też nowe osoby, które mówią, że to właśnie Sentiments do nich trafiła. To wydaje mi się naturalne, każdy ma swoją wrażliwość, ale słyszę też głosy od słuchaczy, którzy są z nami od pierwszej, fortepianowej epki, że z zaciekawieniem obserwują rozwój i, że nowe kierunki są dla nich interesujące.

Styl muzyczny to dla mnie tak naprawdę warstwa wierzchnia, pomysł na brzmienie płyty. Moje wszystkie utwory mają wspólny korzeń – sposób wypowiedzi, emocjonalność, ogólne podejście do aranżacji, choć być może, pod tą zmieniającą się warstwą wierzchnia jest to trudne do uchwycenia. Dla mnie to jednak ważne wyzwanie.

 

Płyta June była kolorowa, soczysta, w swojej estetyce bezpośrednio pozytywna. Sentiments jest czarno-biała, bardziej mroczna.

Jest też bardziej wymagająca. Również dla nas. Opisuje już inny czas niż June, ja dzisiaj jestem inną osobą.

 

Nagraliście Sentiments na żywo.

Podczas nagrywania na żywo od razu widzisz, czy materiał działa, czy nie. Przy zaawansowanej technice produkcji muzyki, można obecnie bardzo dużo stworzyć z niczego, dorobić, poprawić, co jest bardzo kuszące. Jeśli np. okazuje się, że refren nie otwiera się w odpowiedni sposób, i np. energia siada, można temu zaradzić w łatwy sposób – tu podciągnąć głośność, a tam dodać „ekscytujący” gadżet. A podczas aranżowania i produkcji w sali prób, w prostym, koncertowym składzie, np. na gitarę, perkusję i bass, wszystkie braki widzisz jak na dłoni, jeszcze przed nagrywaniem.

Dwie wcześniejsze płyty też w zasadzie zostały nagrane na żywo, w przypadku June podstawa była przygotowana na żywo, a potem w postprodukcji dograliśmy dużo różnych warstw śladów. Co okazało się trudne do przełożenia na koncerty, bo nie da się wszędzie ze sobą zabrać orkiestry dętej i orkiestry smyczkowej, które pojawiają się w utworach. W trasie potrzebny był więc komputer i odchudzenie aranżacji na tyle, na ile się dało. Przez długi czas uczyliśmy się tego, co naprawdę jest tej piosence potrzebne, a co nie, co działa na koncercie, a co jest zbędne.

 

Nagrałaś pierwszą piosenkę w całości po polsku – Cincina. Skąd ona się wzięła? Myślisz o tym, żeby nagrywać więcej po polsku? Podoba mi się, jak zmienia się Twój głos, kiedy śpiewasz w ojczystym języku.

Cincina powstała spontanicznie, rzuciła się na mnie i nie dała się odprawić z kwitkiem. Myślę, że chciałabym jeszcze kiedyś coś nagrać po polsku, ale to jest trudne do przewidzenia. Dla mnie język bardzo się zazębia z melodyką, ze stylem. Czuje się pewniej w angielskim i dlatego wszystkie piosenki powstają od razu w tym języku. Słuchanie siebie samej śpiewającej po polsku to dla mnie nowe terytorium.

 

Jak powstała ogólna koncepcja Sentiments, jaki był pierwszy pomysł?

Zaczęło się wszystko od tego, że znalazłam u rodziców na strychu swoje nagrania z dawnych lat i zaczęłam się nimi trochę bawić, znalazłam kilka fajnych pomysłów. Rozbudziły się też we mnie sentymentalne uczucia. Muzyka jest dla mnie eskapistyczną przyjemnością – bardzo lubię kreować wymyślone światy, opowiadać różne historie, które oczywiście zawsze czerpią z moich własnych przeżyć i uczuć, jednak zwykle opowiadają o tym w mniej bezpośredni sposób. A teraz poczułam potrzebę konfrontacji. Jestem bardzo prywatną osobą i bardzo przeżywam takie odsłanianie się – pisanie tak wprost o swoich uczuciach, myślach, jest bardzo intymne, miewam z tym problem. Ale poczułam, że muszę to zrobić, że muszę się z tym zmierzyć, że bez tego dalej nie pójdę. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie ubrała tych piosenek w pewną wielowątkową kreację, trochę bajkowy klimat utkany z moich wspomnień. Długi czas, który poświęciłam na przygotowanie utworów, pozwolił mi je naprawdę dopracować i połączyć ze sobą, tak że układają się w spójną narrację.

 

Kiedyś żartobliwie określiłaś swoją muzykę jako „klasyczny punk”, płytą Sentiments faktycznie podążasz w tym bardziej rockowo-punkowym kierunku.

Ten punk trochę gdzieś tam we mnie siedzi od zawsze. Zabrałam się za fortepian i smyczki przy pierwszej płycie, bo wtedy fascynowały mnie takie brzmienia, natomiast nie mam za sobą lat edukacji muzycznej, nie jestem ekspertem w dziedzinie teorii muzyki. Jestem pasjonatem i domorosłym muzykiem, wszystkiego uczyłam się sama i po swojemu i po prostu zawsze uwielbiałam pisać teksty i grać. Ideologia Do It Yourself zdecydowanie jest mi bliska i robię wszystko tak jak czuję. Na koncertach lubimy z zespołem, kiedy nasza energia udziela się publiczności, to jest najważniejsze, do tego dążymy. Nie przejmujemy się wirtuozerią, emocja jest na pierwszym planie i to jest dla mnie właśnie ten punk.

 

Jakiej muzyki słuchałaś w czasie pracy nad płytą?

Trochę słuchałam Uncle Acid & the Deadbeats, trochę Ziggy’ego Stardust’a. Ale podczas pracy nad płytą nie słucham za bardzo muzyki, raczej siedzę zamknięta w świecie własnych pomysłów.

 

Co dał Ci Berlin, czego nie znalazłaś w Polsce?

Hmmm… nie lubię za bardzo takich pytań, bo jest w nich jakby przeświadczenie, że mój wyjazd za granicę był dyktowany jakimiś niedostatkami Polski, a to zupełnie nie to. Odkryłam w Berlinie miejsce, które mnie zainspirowało, było dla mnie na początku takim kolorowym światem, tyglem kulturowym. Nie wiedziałam nic o Berlinie, nie planowałam przeprowadzki, ale tak się ułożyło moje życie – pojechałam nagrać płytę i zostałam. Natomiast w Polsce jestem bardzo często, gramy tutaj non stop. Połowę zespołu mam z Polski i nie zamieniłabym za nic jeżdżenia z nimi w nasz kraj i spotykania się z polską publicznością. Mieszkanie tam i granie tu, daje mi ciekawą perspektywę.

 

A jakie są Twoje ulubione miejsca w Berlinie?

Na Kreuzbergu bardzo lubię Oranienstraße, w Neukölln park Hasenheide przy Hermannplatz. Prenzlauer Berg – cała dzielnica jest niesamowita, bardzo fajna jest okolica Kollwitzplatz. Lubię wielość, parki i ulice, kafejki, sklepiki. Jeżeli chodzi o kluby – mój ulubiony Festsaal Kreuzberg, w którym widziałam mnóstwo wspaniałych koncertów, niestety spłonął. A Knaack Klub, w którym dałam swój pierwszy koncert, zamknięto z powodu narzekań na hałas, po tym jak powstało kilka nowych przestrzeni mieszkaniowych w okolicy. Ale oczywiście jest dużo świetnych miejsc muzycznych, jak Schokoladen, Postbahnhof, Lido, no i przede wszystkim Bassy Club, w którym zagramy w kwietniu, z czego się bardzo cieszę.

 

A Twoje ulubione miejsca w Polsce? Takie, do których lubisz wracać, masz do nich sentyment?

Na przykład warszawska Praga : ) Uwielbiam Warmię i Mazury, moja rodzina jest w Olsztynie, więc naturalnie często tam bywam. To przepiękne rejony, można się tam wspaniale zresetować. Ostatnio też trochę czasu spędziłam we Wrocławiu przy okazji sztuki Kronos, do której pisałam muzykę, przepiękne miasto. No i Toruń, w którym się wychowałam, do Torunia mam ogromny sentyment.

 

Tekst: Dorota Groyecka

Zobacz też inne wydarzenia

12.09. 2015, Warszawa, Nocna Masa Imprezowa 29.04.2015, WARSZAWA, KLUB HYDROZAGADKA, SUN GLITTERS I PLATONICK DIVE 4.07.2015, Sopot, Zatoka Sztuki, Skin