Trafiliśmy z prognozami. To był rok dziewczyn. Tyle że nadzieje lokowaliśmy nie zawsze tam, gdzie trzeba. Bo Santogold podzieliła ? jedni punktują wszechstronność, innych boli stylistyczna niepewność. Bo Adele wypruła sobie struny (głosowe) na licealne banały, Uffie ? nasza ulubienica ? przepadła bez wieści, a Duffy… No właśnie, kim do cholery jest Duffy? Stawkę zamyka ta, która w prognozach została pominięta ? Pip Brown a. k. a. Ladyhawke.
TEKST Angelika Kucińska
FOTO Universal
Jest z Nowej Zelandii i jest doświadczona ? splot ezgotyki i umiejętności wystarczy, by stać się księżniczką YouTube’a i ulubienicą, mniej bądź bardziej, opiniotwórczych blogerów. Zaczynała wcześnie czy raczej nasiąkała od zawsze, bo przyszło jej dorastać w muzykalnej rodzinie. Mama jest wokalistką, przybrany tata ? perkusistą w zespole jazzowym. ?Kiedy miałam jedenaście lat, po raz pierwszy zobaczyłam mojego ojczyma grającego na perkusji. Zrobił prezentację przed moją klasą. Dzieciaki były zachwycone?. Zobaczyła, jakie profity potrafi przynieść rock and roll. Hołdy i flesze. Postanowiła zapracować na własną sławę. Bębniąc. Ile sił.
Sąsiedzi byli ponoć zaskakująco wyrozumiali, również wtedy, gdy ? mając lat czternaście ? z perkusji przesiadła się na bas i klawisze (jest zdolnym samoukiem). Chwilę później obsługiwała perkusjonalia w lokalnym zespole bluegrassowym, którego liderem był jej ojczym. Dziś czasy obciachowej emeryckiej estetyki wspomina z sentymentem: ?Wiem, nie było to super cool, ale wisiało mi to. Mi tamten zespół przynosił konkretną frajdę. Dawanie czadu albo jechanie w trasę, by dać czadu w innym mieście ? co w tym niefajnego? Nosiłam mundurek, który był na mnie jakieś pięć numerów za duży ? to najmniejszy, jaki mieli (dziś jej ?mundurki? uważnie śledzą i kopiują londyńskie małolaty ? przyp. red.). Uważałam za absolutnie inspirujące granie w zespole, którego większość członków jest ode mnie pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat starsza?.
Początek działań świadomych, samodzielnych i bardziej adekwatnych do wieku to liceum i głośne grunge’owe zespoły, w których grała na gitarze. Potem garaż, punk i Two Lane Blacktop ? oficjalny start kariery, okupiony cierpieniem. Nakreślę: koncerty, dużo koncertów. W rodzinnej Nowej Zelandii, sąsiedzkiej Australii i odległych Stanach Zjednoczonych (w tym w nowojorskim CBGB). To się równa tygodniom spędzonym w ciasnym vanie z nastoletnimi przedstawicielami płci mniej higienicznej. Dziewczyna miała swój honor. Przeniosła się do Syndey, tam zaopiekował się nią niejaki Nick Littlemore, zatrudniając Pip przy swoim projekcie Teenager. Dojrzewała do w pełni autorskiego przedsięwzięcia, powoli rodziła się w niej Ladyhawke. Po kilku latach współpracy odeszła z Teenager i przyjechała do Londynu.
?Prywatnie jestem naprawdę nieśmiałą, cichą osobą. Miałam świadomość, że jeśli chcę wystartować z solowym projektem, nie mogę być takim strachajłem. Ladyhawke (tak, pseudonim jest tożsamy z tym dziwnym filmem z Rutgerem Hauerem i Michelle Pfeiffer ? przyp. red.) potraktowałam więc jako swoje alter ego. Daje mi wymówkę do robienia rzeczy, których normalnie nigdy bym nie zrobiła?. Ci zdolniejsi trafiają za pierwszym razem, więc przełomowym momentem w karierze Ladyhawke był jej debiutancki singiel, ?Paris is Burning?. Popowy, electro dziewczyński, choć tradycyjnie z drapieżną gitarą, mocno hołdujący syntetycznej klasyce lat 80. Niby wszystko już było, i nawet w podobnych konfiguracjach i proporcjach. Ale wiadomo ? najlepsze przepisy to te wielokrotnie sprawdzone. I imienny debiut Ladyhawke bazuje na nieśmiertelnej prawdzie ? wolno ci robić to, co inni robili lepiej, pod warunkiem, że robisz to przynajmniej dobrze.






