LAIF » Wywiad: Paulina Przybysz (Rita Pax): – Siostra zakonna powiedziała, że jestem z sekty.

Wywiad: Paulina Przybysz (Rita Pax): – Siostra zakonna powiedziała, że jestem z sekty.

– Czy wkurzają mnie porównania do mojej siostry? Szczerze? Tak, bo chciałabym czasami być niezależnym bytem, mieć prawo zaczynać od początku i być inną osobą z inną drogą kariery, odrębnymi wyborami, nie tłumaczyć się czemu nie robię czegoś tak jak Natalia – mówi Paulina. Drugi album Rita Pax „Old Transport Wonders” otwiera nowy rozdział w karierze wokalistki. Kiedyś grała Bacha, słuchała muzyki Negro i odrzucała nawet soft rock. Teraz słucha The Black Keys, Jacka White’a i Organka, którego – podobnie jak nową Ritę – wyprodukował Jacek Antosik. – Ta płyta to szczery spust – puentuje Przybysz. O klanie wiolonczelistów, intuicji i ucieczkach: od siostry zakonnej, od siostry rodzonej, od absolutu i drewnianych pytań – to wszystko i jeszcze więcej w szczerej rozmowie, tuż przed koncertem 25 kwietnia w Stodole.

 

rita-pax

Zdjęcie: mat. prasowe

 

Przemysław Bollin: Gdzie się poznaliście?
Paulina Przybysz: W Szkole Muzycznej, mieszczącej się przy ul. Miodowej w Warszawie. Tam poznałam braci Zalewskich, Paweł był starszy o rok, Piotrek młodszy o dwa lata, więc nie spotykaliśmy się często. Wszyscy byliśmy na wiolonczeli, więc było łatwo o kontakt. Coś musi być że w Sistars tez było troje wiolonczelistów i ta sytuacja się powtarza, myślę że mamy jakieś skróty myślowe jeśli chodzi o wrażliwość na jakiś rodzaj melodyki, frazy, jakiś wspólny korzeń. A niedawno dowiedziałam się, że moja córka dostała się do tej samej szkoły, i też na wiolonczelę. Klan się powiększa (śmiech).

 

Powrót do szkoły.
Tak, i ta sama dyrektorka.

 

A jak było z tobą i Zalewskimi po szkole. Drogi się rozeszły czy trzymaliście kontakt?
W szkole nie było na to czasu. Mała miodowa była o tyle super że była zintegrowana, siedziało się tam od 8 do 16. A jak rozeszliśmy się po szkołach średnich i chodzisz po normalnej szkole do muzycznej to masz mało czasu na życie towarzyskie. Większość wolnego czasu spędzałam w autobusach. Chłopaków na nowo po latach znalazłam na Myspace.

 

Jesteś dzieckiem myspace’a!
Jestem (śmiech). Pamiętam, że jak czytałam opis zespołu indie rockowego, to myślałam, że są z Indii (śmiech). Miałam kilka piosenek i odezwałam się do chłopaków. Czułam, że się dogadamy.

 

Dlaczego?
Usłyszałam jak ludzie wychowani w klasyce grają rocka z wyczuciem, bitelsowskim urokiem i poszanowaniem dla wszystkich tych aspektów muzyki które mnie wówczas i do dziś poruszają. Pracowałam z przeróżnymi muzykami, kolektywami i producentami, i z moją siostrą i bez mojej siostry. I dopiero w Ricie Pax odnalazłam poczucie takiej aż rozluźnionej wrażliwości.

 

Czułaś to na pierwszej Ricie, czy teraz?
Już wtedy to miałam. Po drodze była zmiana perkusisty [obecnie gra Jerzy Markuszewski – pb], ale znamy się z liceum muzycznego i grałam z nim, więc też nie było problemu.

 

Lubisz polegać na sprawdzonych ludziach?
Tak, ale jak potrzebowałam ostatnio nowego perkusisty w jednym składzie i prześledziłam nazwiska tych, którzy obracają się w podobnej stylistyce, to ten krąg był zacieśniony. Jesteśmy dużym obszarem geograficznym, ale muzyków jest niewielu.

 

Potrzebujesz szybkiego zastępstwa – co robisz?
Dostaję namiary od znajomego, oglądam filmiki młodych gniewnych na YouTubie.

 

Młodych zdolnych muzyków jest mało, czy o nich nie słychać?
Mam nadzieję, że to drugie. Dobiegam 30-tki i o wielu mogę nie wiedzieć. Zawsze pracowałam z starszymi od siebie – bo dość szybko zaczęłam i obok było dużo starszych, mądrzejszych. Teraz gram z rówieśnikami, a co będzie później? Może się wezmę za dzieci (śmiech).

 

Mam młodszego o dziesięć lat brata i powiem, ci – a jesteśmy w podobnym wieku – że pokolenia Youtuberów nie rozumiem.
A na czym to polega?

 

Idziesz z pomysłem na kanał/program/koncert do domu medialnego i próbujesz to sprzedać. Jak ci się uda, dostajesz od nich zaplecze do produkcji odcinka/serii, a z klików i reklam dostajesz wynagrodzenie.
Tylko jak się przebić w tym gąszczu? Wydaje nam się, że wszystko można – z perspektywy twórców – ale trafić do odbiorcy już trudniej.

 

Jak się odnajdujesz w cyfrowym świecie?
Chciałabym być poza, ale wtedy wiele rzeczy mnie omija. Na przykład, za cholerę nie zdążysz kupić biletu na koncert Flying Lotus. Jedziesz na kajaki, wracasz do domu, dowiadujesz się, że przyjeżdża taki gość, chcesz kupić bilet, a tu Sold Out. Wtedy sobie myślisz: – Aha, czyli muszę być w tym internecie.

 

Kto prowadzi profil Rita Pax?
W większości ja, ale nie jest to dla mnie wygodna sytuacja. Wolę generować dźwięki, niż zainteresowanie nimi. Przeraża mnie ta rzeczywistość. Czasem chciałabym się wyprowadzić na Bali i siać ryż (śmiech).

 

No tak, słyszałem, że jesteś dość radykalna. W diecie na przykład.
Tak, jestem weganką, ale nie jest to dla mnie radykalne w żaden sposób.

 

W domu nie jadło się mięsa?
Nie mieliśmy mięsa w domu. Mama jest wega, a tata nie przynosił go do domu.

 

To jest pierwszy przypadek kiedy ktoś z mojego pokolenia nie staje się weganinem, a przejmuje go po rodzicu.
Moja mama stała się wegetarianką, a ja przeszłam na niego w wieku ośmiu lat. To wynikało z tego, że mama chorowała na astmę i szukała innych rozwiązań. Spotkała znachora, który zalecił jej 30-dniową głodówkę. Po dwudziestu dniach wyglądała jak śmierć, ale nigdy później do mięsa nie wróciła. Pamiętam jak na zielonej szkole powiedziałam Pani Wychowawczyni, że jestem wegetarianką i nie jem mięsa: – Jak to? Zadzwonię do twojej mamy! Od tamtej pory uświadomiłam sobie, że naprawdę nią jestem i to był koniec mięsa.

 

Ludzie mają problem z mówieniem głośno o swoich poglądach.
Teraz weganizm i wegetarianizm są już bardziej popularne.

 

Ale nie w szkole. Tam trudno być innym.
Pamiętam jak Siostra Zakonna powiedziała mi, że jak jesteś wegetarianką, to pewnie należę do sekty. To była moja ostania lekcja religii. Potem chodziłam na etykę – przynajmniej mówiło się o platonizmie i relatywizmie i mogłam się wyszaleć. A tam? Modlitwy i modlitwy. W przedszkolu też byłam z siostrami zakonnymi – to był dopiero hardkor. Siostry wyżywały się na dzieciach.

 

Poszłaś w buddyzm?
Aż tak to nie, nie lubię definiowania się względem grupy religijnej ale chodziłam na medytację, tzw. odosobnienia. Odbywało się to w Koreańskim Ośrodku Zen. Nie odzywaliśmy się dziennie przez półtorej godziny i jedliśmy z jednej miseczki –było to bardzo budujące. Nie opierało się to na dogmacie, chodziło raczej o osiągnięcie konkretnego stanu ducha. Nie mam potrzeby bycia w jakiejś religii, nie mam potrzeby absolutu. Jedynie zgłębiania siebie i swoich emocji. Na pewnym etapie życia zdałam sobie sprawę, że przez sztukę określam siebie i nie potrzebuję więcej, żeby to dopowiadać.

 

Bije od ciebie spokój.
Spokój łamany przez zmęczenie po kwestiach typu: „Dlaczego nie ma cię na Spotify?”, „Dlaczego nie ma cię w Empiku?”. Podświadomie czuję, że nie powinno mnie tam być. Można nabyć naszą płytę w wersji cyfrowej – w różnych sklepach – a dodatkowo na naszej stronie w wersji CD. Myślałam o dystrybucji, ale to ryzykowna rzecz, bo trudno przewidzieć ile egzemplarzy się sprzeda, a w tym momencie nie mogę sobie pozwolić na nerwowe ruchy. Za dużo popełniałam ich w przeszłości. Jest dużo rozwiązań promocyjnych, o których myślimy.

 

Jest też dużo nowości w warstwie muzycznej. To pierwsza tak rockowa płyta, z twoim udziałem.
Przez ostatnie lata moja głowa otwierała się na wiele rzeczy. W dzieciństwie jedynym białym wykonawcą była Bjork – ale i to koło gitar nie leżało. Urodziłam się w czarnej muzycznie rzeczywistości, gdzie walały się takie a nie inne winyle.

 

Jak wtedy nazywałaś rocka?
To była dla mnie muzyka dżu-dżu – hałaśliwa, głośna, od której bolały mnie uszy. Byłam wtedy w Szkole Muzycznej, grałam Bacha, Ellę Fitzgerald – wszystko było ‘pure’, lotne i płynne, z dużą ilością improwizacji wokalnej. W wieku 15 lat zaczęłam jeździć na warsztaty jazzowe do Puław, poznałam jazzmanów – pchało mnie w tę stronę. Ale mój wujek co jakiś czas podrzucał Dead Brains i Living Colour. Mówiłam „fajne, fajne” i wracałam do jazzu i soulu.

Dużo zawdzięczam mojego chłopakowi [Jacek Antosik – pb], który stopniowo wprowadzał mnie w ten świat. Powoli pokazywał mi Becka, Blur, teraz śledzę wszystkie ruchy Damona Albarna. Płynnym przejściem z soulu do rocka był dla mnie The Black Keys. Dan śpiewa bez ozdobników i podjazdów, ale ma bardzo soulową frazę. Polubiłam też przestery w gitarach, które kojarzą teraz nie kojarzą mi się ze zniszczeniem a z czymś naturalnie organicznym.

 

Czytałem publikacje na temat Rity i zauważyłem, że nie palisz się do mówienia o sensie śpiewanych przez siebie słów.
To zależy czy pytania są drewniane. Lubię rozmowy z drugim człowiekiem, ale uważam że o samej muzyce nie powinno mówić się zbyt wiele. Fajniejsze są cudze interpretacje piosenek, niż autora. Jasne, chciałabym przeczytać wywiad ze Stevie Wonderem, który wytłumaczyłby mi o czym są jego utwory, o czym dokładnie. Z drugiej strony wiem, że jemu – jako artyście – zależałoby na tym, żebym doszła do tego sama.

 

To dość powszechna opinia (śmiech).
Była kiedyś taka seria BBC z filmami Hitchcocka i dwa utkwiły mi w pamięci. Każdy odcinek zaczynał się tym, że reżyser siedział za biurkiem i tłumaczył, kawałek po kawałku, o czym to będzie. A potem działo się dokładnie to, co powiedział, a że to były kryminały, więc zdradzał powód śmierci bohaterów od razu (śmiech).

 

Spoilery to kiepska rzecz, ale ja o czym innym. Gdy na przykład śpiewasz o seksie w „Divine High” to wszystko jest dobrze, czujesz się pewnie i lekko. Gorzej jak trzeba o tym tekście powiedzieć obcemu facetowi? Krępuje cię to?
Nie, po prostu książki bez ilustracji są lepsze. Czasem się boję, że słuchacz może nie zadać sobie trudu dogłębnej analizy tekstu, chociaż wiem, że z tekstami anglojęzycznymi tak jest. Miałam tak z nowym Kendrickiem Lamarem. Przesłuchałam pierwszy raz i miałam „wow”, za drugim razem zaczęłam się bujać, a teraz słucham już tekstów. To jest fajne i nie chciałabym nikomu tego odbierać.

 

Podajesz przykład Lamara, ja pomyślałem o D’Angelo…
Widziałam takie wklejki z napisem „Zajebista płyta – kompletnie nie wiem o co chodzi”.

 

Jest świetna, on się z tego nie tłumaczy, wpuszcza tylko, że ta muzyka ma kontekst społeczny. Chodzi o wskazówki.
Dobrze, to dam ci kilka. „Old Transport Wonders” jest rozgrzeszeniem. Mówi o życiu i śmierci, ale na zasadzie wydechu, dobra, „whatever works”. Te piosenki opisują mój stan duszy. Przepracowując temat śmierci i trudności z zaakceptowaniem pewnych zdarzeń napisałam „Dead Bleeding Pride”. Fajnie jeśli komuś wpasuje się to w sytuację.

 

Podobne tematy porusza twoja siostra na płycie „Prąd”. Jakbyście rozwijały się osobno, ale szły równolegle, w tym samym kierunku.
Jesteśmy skazane na takie odbijanie się w sobie. Trochę pracujemy razem, trochę osobno, oglądamy się na siebie – idziemy paralelnie. Płyty nie powinny być kreacyjne, powstałe z musu bo ktoś wygrał talent show i teraz szybko, szybko, póki Pani Krysia o nas pamięta. Powinny być szczerymi spustami. Nie mam pojęcia o czym będzie następna, na razie z tą się borykam.

 

Boicie się porównań?
Czego tu się bać? I tak każda moja recenzja kończy się porównaniem, jak wypadam na tle mojej siostry.

 

Wkurza cię to?
Tak, bo nie mogę być osobnym bytem. Rita Pax to nie tylko ja, ale i chłopcy, którzy grali w innych składach. Porównajmy album do ich dokonań, a nie tylko do mnie. Wiem z czego to wynika, dlatego czasem chciałabym rozpocząć karierę w np. w Czechach gdzie można by posłuchać nas jako nowy zespół jakim naprawdę jesteśmy naprawdę abstrahując od wszelkich uwarunkowań. Byłoby miło gdyby najpierw ktoś usłyszał muzykę i jeśli ona by go zainteresowała to zacząłby odkrywać jakieś ciekawostki biograficzne. Wiem że to nie realne ale tak ci się zwierzam z pewnego rodzaju ciężaru.

 

To jest siła sióstr.
Ludzie mają tak wyrobioną opinię, że nic już nie jest w stanie ich zaskoczyć.

 

Oj, „Old Transport Wonders” zaskoczyła i dziennikarzy i mojego fryzjera, a nawet mojego 50-letniego wujka, który jest fanem Jacka White’a. Tym albumem otworzyłaś nowy rozdział w swojej karierze. Jak ktoś tego nie widzi, to nie jest dobrze, ale coś po drodze zgubił. W tamtym roku równie nowatorski był dla mnie „Organek”.
(Błysk w oku) Bo to ten sam producent, mój narzeczony [Jacek Antosik – pb]. Album „Głupi” dostał właśnie nominację do Fryderyka – jestem z niego bardzo dumna. Miksowany był w naszej piwnicy.

Pozostaje życzyć wam podobnego przyjęcia. Do zobaczenia w Stodole.

 

Rozmawiał: Przemysław Bollin

Zobacz też inne wydarzenia

7-9.07.2015, Katowice, OFF Festival 28.04.2015, WARSZAWA, CAFE KULTURALNA, OLIVIER HEIM 11.04.2015, WARSZAWA, KLUB BASEN, TELEFON TEL AVIV DJ SET