LAIF » RECENZJA: Modest Mouse – Strangers To Ourselves (Sony Music Polska)

RECENZJA: Modest Mouse – Strangers To Ourselves (Sony Music Polska)

Strangers_to_Ourselves_cover

✮✮✮✮✮☆☆☆☆☆

Grudzień przyniósł dla fanów indierocka niesamowicie ekscytującą wieść – po ośmioletniej przerwie od wydania ostatniej płyty(„We Were Dead Before the Ship Even Sank”) zespół Modest Mouse zapowiada swój szósty album utworem „Lampshades of Fire”. 20 stycznia przypominają o sobie singlem pt. „Coyotes”. Trzeciego lutego serwują nam trzeci numer – „The Best Room”, a trzynaście dni później pieczętują wstępną promocję utworem „The Ground Walks, with Time in a Box”.

Minęło osiem lat. W czasach spiętrzenia informacji wydaje się, że minęło lat osiemset(„Czas zap….dala jak nawijał Lee Majors”). Od ośmiu lat z Modest Mouse widywałem się raczej rzadko, a jeżeli do tego dochodziło, to raczej w chwilach sentymentalnego uniesienia albo w nawrotach nostalgii za utraconym. I nagle przychodzi wiadomość: widzimy się siedemnastego marca. Zastanawiam się co po ośmiu latach u chłopaczyn słychać i jedocześnie odpowiadam sobie na pytanie – raczej nic ciekawego. Siedemnastego marca stoję na peronie i tak jak reszta zgromadzonych czekam na transport do pracy. Ostrożnie wciskam „play”(na moim odtwarzaczu jest to „uruchom gracza”) i czuję się jakbym na progu wejścia do pociągu spotkał starego kumpla, z którym dzieliłem wiele intymnych chwil, który chce podzielić się ze mną bagażem nowych, ciężkich doświadczeń, których raczej nie będę potrafił już słuchać. I rzeczywiście. Po pierwszych minutach „Strangers to Ourselves” czuję, że ktoś mi leje kluchy do ucha. Chcę wysiąść na pierwszej lepszej stacji, zadzwonić do roboty i powiedzieć, że babcia mi umarła – wracam do domu. Niestety nie ma tak łatwo. Nie jedną babcię już tak uśmierciłem. Słucham dalej. Staram się skoncentrować na ostatnich sekundach pierwszej nudnej historii, docenić jej płynność i przyswoić narracje głównej melodii – bezskutecznie. „Lampshades of Fire” – drugi kawałek z płyty, z którym zapoznałem się już w grudniu nie napawał mnie entuzjazmem i nie zapowiadał przełamania nudy. Utwór ten jest jak przypomnienie mało ciekawej anegdoty z przed ośmiu lat, potwierdzenie wyczerpania materii. Słychać w nim wszystko to, co było charakterystyczne na „We Were Dead Before the Ship Even Sank” i wszystko to, co uczyniło z Modest Mouse relikt przeszłości. Nad następnymi propozycjami kompozycyjnymi ciężko jest się skupić. Jest to muzyka mdła, muzyka, która nie przeszkadza skoncentrować się na skręcaniu szafki lub myciu naczyń. Po jedenastu minutach pojawia się kontrowersyjny „Pistol”, napędzany motoryką rodem z Matthew Dear’a, ale prezentujący się raczej jako karykatura muzyki współczesnej, kreślona przez dinozaura indierocka. Na szczęście „Strangers to Ourselves” ma też solidne momenty. Jednym, a być może jedynym takim momentem jest „The Ground Walks, with Time in a Box”. Jest to pulsująca ekstatyczność, instrumentalne pasaże i gęsta energia, której brakuje na reszcie płyty. W dalszej części albumu pojawiają się rubaszne kompozycje takie jak „ Sugar Boats” i recykling przeciętnych riffów z przeciętnym efektem końcowym. Kolejnym pozytywem może być tylko mocno gitarowe „The Tortoise And The Tourist” oraz singiel „Coytes”. Jest to ballada, która zahacza o sztampowe rozwiązania grupy, ale omija pretensjonalne tony i w miarę przyjemnie się jej słucha. Niestety wszystko po chwili zapada w niepamięć. Największym problemem albumu nie jest jego skrajna słabość. Problemem jest fakt, że jest nijaki. Wszystko wtórne, wszystko marne.

Dobrze było znów się z chłopakami spotkać. Co prawda były to chwile smutne i nudne, ale dobrze wiedzieć, że żyją . Już nie wiele nas łączy i okazuje się, że czas jest bezlitosny nawet dla najbardziej przenikliwych umysłów, a godzina razem jest za długa o jakieś pięćdziesiąt minut. Wszyscy zostaniemy dziadami, albo umrzemy w odpowiednim momencie .

„If you read this page, than that’ll be your death”

By then it was too late

And you wound up on an island of shells and bones that

bodies had left

And the one thing you taught me

’bout human beings was this

They ain’t made of nothin’ but water and shit”

Tracklista:

1. Strangers to Ourselves

2. Lampshades on Fire

3. Shit in Your Cut

4. Pistol (A. Cunanan, Miami, FL. 1996)

5. Ansel

6. The Ground Walks, with Time in a Box

7. Coyotes

8. Pups to Dust

9. Sugar Boats

10. Wicked Campaign

11. Be Brave

12. God is an Indian and You’re an Asshole

13. The Tortoise and the Tourist

14. The Best Room

15. Of Course We Know

Tekst: Janusz Wiercioch

Zobacz też inne wydarzenia

21.03.2015, WARSZAWA, KLUB BASEN, JUNGLE 26-28.06.2015, Białystok, Halfway Festival 06.05.2015, WARSZAWA, KLUB MIŁOŚĆ KREDYTOWA 9, PORTICO – BEFORE FESTIWAL TAURON NOWA MUZYKA 2015