LAIF » RECENZJA: The Prodigy – The Day Is My Enemy (Mystic Production)

RECENZJA: The Prodigy – The Day Is My Enemy (Mystic Production)

The Prodigy - The Day Is My Enemy HOSPCD005 (800x800)

✮✮✮✮✮✮✮✮☆☆

 

Noc jest ich przyjacielem

Zaczynali na początku lat 90., gdy kultura klubowa zaczynała kwitnąć i początkowo byli zespołem elektroniczno-… tanecznym. Każdy zna klasyki “Firestarter” czy “Smack My Bitch Up”, które zdefiniowały zespół The Prodigy w świadomości szerszej publiki. Dziś przyszedł czas na nowy rozdział w ich historii – album zatytułowany “The Day Is My Enemy”.
Materiał na nowy, i zarazem pierwszy od 6 lat, krążek zespołu powstawał w nocami w studio Liama Howletta (to ten, który wygląda najnormalniej z całej trójki) przez około cztery miesiące. To właśnie noc jest punktem wyjścia i ryzą, w ramach której będzie toczyć się narracja wokół “The Day Is My Enemy”. Według Liama nie ma lepszej pory na tworzenie muzyki The Prodigy. I nie ma także lepszej pory na jej słuchanie. Jeśli komuś się wydaje, że nowy materiał nadaje się jako tło w porannej podróży do pracy lub szkoły, to z góry pragnę uprzedzić, żeby nie psuć sobie przyjemności z odsłuchu – otóż nocą wchodzi najlepiej! Zresztą pełną moc – tak myślę – wydobędziemy słuchając wykonania na żywo (gdzie o odpowiednią atmosferę i energię zadba zapewne Kaith Flint – ten najmniej normalny w zespole), co też jest podkreślane na każdym kroku przez The Prodigy. Sprawdzimy to na pewno podczas ich występu na Open’er Festiwal.

A jest to zespół ewidentnie nastawiony na koncerty, i doskonale to słychać niemal w każdym utworze z “The Day Is My Enemy”. Album został zaprojektowany tak, aby podczas gigów sztos poganiał drugi sztos, a publika nie miała nawet wolnej chwili na wykonie prawidłowego oddechu.
Na otwierającym tytułowym utworze słychać wyraźnie artefakty ostatnich romansów tego rave’owego trio z muzyką rockową. Pojawienie się gitar było niezbędnym elementem w kampanii budującej wizerunek zespołu i jego poszczególnych członków jako gwiazd rock’n’rolla (czy innych superstars). Ale wracając do utworu: jest on adekwatnym elementem do rozpoczynania koncertowej setlisty. Perkusyjna partia imitująca strzały z karabinów oraz przetworzone cyfrowo wstawki wokalne Martiny Topley-Bird (tak, tej od Tricky’ego), stwarzają wrażenie nieco zawieszonego i przygotowującego do walki – niczym pieśń bojowa.

Przechodząc do “Nasty”. Nie dziwi mnie wybór tego utworu na pierwszy singiel. Hicior to przeokrutny i wkręcający się w głowę po każdym odsłuchaniu co raz mocniej. Klasyczyny przykład jak powinien wyglądać koncertowy banger: jest charakterystyczna melodia, agresywny, nieco łamany rytm i zbiór łatwych do zapamiętania haseł, które pozwolą publice na aktywne uczestnictwo z udziałem swoich aparatów mowy, krzycząc co chwila z wściekłością “Nasty, nasty!”. Jeśli ktoś nie widział, to teledysk do tego jest wart obejrzenia.

“Rebel Radio” brzmi trochę jak próba zdefiniowania punkowego ducha w ramach elektroniki granej na żywo, gdzie w jednym miejscu znajdziemy agresywną, brudną perkusję, cyfrowe wokalizy w stylu lo-fi i śladowe ilości motywów orientalnych.
Ciekawie w zestawieniu prezentuje się “Ibiza” z gościnnym udziałem Sleaforda Modsa. Utwór jest dissem na DJ-ów, którzy do swoich występów używają jedynie laptopa, tracków na pamięci USB, i nie więcej niż dwa palce (z czego jeden co chwila wędruje do góry oznajmiając, że ten drugi za chwile wciśnie jakiś przycisk).

“Rok-Weiler” byłby godnym następcą “Nasty”, lecz w tym przypadku jest to brzmienie mniej radiowe, ale i posiadające wiele elementów, które z powodzeniem wpisałyby go do listy bangerów. Agresywna, pędząca ścieżka perkusyjna, wykrzykiwane miarowo hasła, dość charakterystyczne melodie – można odnieść wrażenie, jakby The Prodigy sięgnęło do swoich korzeni, ale ubrane w jeszcze większą wściekłość i energię.
Melodii nie brakuje także na “Beyond The Deathray”. Dopiero po kilku odsłuchach, przy okazji właśnie tego utworu, zdałem sobie sprawę, że wcale tych wokalnych wstawek, które dzieciaki będą wykrzykiwać na koncertach, tak mało nie jest. To uspokoiło mój sceptycyzm, czy oby na pewno nowy album spełnia swoje podstawowe założenie: rozpieprzanie scen na całym świecie w drobny mak.

“Rythm Bomb” nagrany wspólnie z Flux Pavilion, jakby z definicji samej tej współpracy, powinien być trackiem ostatecznym tej płyty, a jest tylko solidną, choć bardzo agresywną i brudną pozycją, która płynnie łączy elektroniczną rytmikę i rockową zadziorność.
Zawieszony charakter, podobnie jak w przypadku otwierającego utworu, posiada także “Roadblox”. Doskonała baza pod ewoluujące koncertowe wypełniacze.
Do orientalnych motywów, buńczucznych okrzyków i ciężkich gitarowych riffów powracamy na “Get Your Fight On” i “Medicne”, przy czym ten drugi zaskakuje lekkością przejść między częścią zakrawającą na dobry pop a absolutnie wkręcającym motywem przedstawiającym elektronikę w fazie połowicznego rozpadu.

Na albumie odnajdziemy jeszcze trzy utwory: “Destroy”, “Invisible Sun” oraz zamykający i będący jednocześnie ostatnim singlem przed premierą płyty – “Wall Of Death”. Co więc dostajemy w ofercie od nowego The Prodigy? Stare dobre The Prodigy! Nie jest to co prawda sięgnięcie do swoich opartych na czystej elektronice i klubowym charakterze korzeni, ale nie można nie zauważyć drzemiącego w tych kolesiach starego dobrego ducha rave, którego sprawnie zakodowali w nowym, wybitnie krojonym na koncertowe potrzeby, albumie.
Brak ewolucji w stylu, gdzie w dzisiejszych czasach większość zespołów zmienia się i sięga w różne rejony gatunkowe, dla jednych może być oznaką stagnacji, dla drugich – rewolucją. Wybór co do tego pozostawiam każdemu z osobna, ale przedtem polecam przesłuchać płytę – co najmniej kilkanaście razy. I koniecznie nocą.

 

Tracklista:

1. The Day is My Enemy
2. Nasty
3. Rebel Radio
4. Ibiza feat. Sleaford Mods
5. Destroy
6. Wild Frontier
7. Rok-Weiler
8. Beyond the Deathray
9. Rhythm Bomb feat. Flux Pavilion
10. Roadblox
11. Get Your Fight On
12. Medicine
13. Invisible Sun
14. Wall Of Death

 

Tekst: MudHo

Zobacz też inne wydarzenia

25.04.2015, WARSZAWA, MIŁOŚĆ KREDYTOWA 9, FLIRTINI & RIMMEL GANG: FKJ (LIVE) 20.08. 2015, Warszawa, Miłość, Mary Komasa 13.08.2015, Sopot, Zatoka Sztuki Beach Club, GusGus