LAIF » RELACJA: CLARK, MOORYC, C.H.DISTRICT W BASENIE

RELACJA: CLARK, MOORYC, C.H.DISTRICT W BASENIE

 

Na nieszczęście dla niektórych z czytelników nie da się pisać o muzyce i koncertach, nie wspominając czasami ogólniej o zjawiskach panujących na rodzimej scenie. Na nieszczęście tych, którzy lubią czytać tylko proste i łatwe opisy minionych wydarzeń zacznę inaczej – od starego, dobrego, polskiego narzekania. Bo jak inaczej można zareagować na fakt, że na warszawskie koncerty dwóch fantastycznych, polskich składów poprzedzających Clarka przyszła znikoma garstka ludzi? Jak inaczej skomentować fakt, że w snobującej się na polską i lokalną muzykę Warszawie o godzinie 21:00 (czyli dokładnie wtedy, kiedy zaczynał C.H.District) klub Basen świecił pustkami, a na płycie pod sceną nie było ani jednej osoby? Prawda jest taka, że rodzime „rozgrzewacze” jakościowo i muzycznie w niczym nie ustępują pola zaproszonemu przez Nową Muzykę importowi, a chciałoby się nawet postawić śmielszą tezę.

 

Występ Clarka w warszawskim klubie Basen

Występ Clarka w warszawskim klubie Basen

 

 

Grający od niedawna znowu w pojedynkę Mirek Matyasik aka C.H.District niedługo będzie obchodził pełnoletniość swojej kariery muzycznej, a jego dorobek muzyczny może sprowadzić rumieniec wstydu na policzki mniej płodnych artystów. Jego transowa elektronika o ciemnym zabarwieniu i industrialowych zapędach musiała być dosyć oczywistym wyborem przy poszukiwaniu rozgrzewki przed Clarkiem. Matyasik w niecałą godzinę zbudował prawdziwie dynamiczną fabułę koncertu. Zaczął od powolnych, miarowych i skwierczących dziwacznymi przesterami pejzaży, by powoli rozkręcać zarówno tempo, jak i nastrój swojego występu. Mimo chłodnej, mało przystępnej stylistyki produkowanych przez niego dźwięków, uwagę na koncertach przykuwają zawsze starannie dopracowane melodie i harmonie, które grają w jego muzyce, jakkolwiek zabawnie by to nie brzmiało, pierwsze skrzypce. Dodatkowym atutem, sprawiającym, że na jego koncercie trudno się nudzić, są niekonwencjonalne w obrębie muzyki elektronicznej wielokrotne zmiany rytmu w obrębie jednego utworu. Rozpoczynający się powolnymi, kroczącymi uderzeniami numer za chwilę podbijany jest przez artystę lekko hip-hopowym rytmem, żeby na końcu przejść w break-beat albo klasyczne cztery na cztery. W Basenie w mojej opinii Matyasika trochę poniosło pod koniec (może pod wpływem gwiazdy wieczoru), co odbiło się na słuchaczach kilkuminutowym, łupiącym po czaszce, dosyć monotonnym bitem. Ogólne wrażenie pozostawione przez C.H.District było jednak bardzo pozytywne, a jego koncert pokazał jak doświadczonym muzykiem jest mózg tego projektu.

Muzykiem, na którego czekałem najbardziej był kolejny solowy producent polskiego pochodzenia, chociaż niestety mieszkający od jakiegoś czasu w Berlinie. Mowa tu o Moorycu, którego koncertów mógłbym słuchać co miesiąc (pod warunkiem, że nie będzie wstydził się śpiewać). Ponad pół roku po znakomitym występie podczas Nowej Muzyki i nietypowym DJ-secie w stołecznych Niedorzecznych mój apetyt sięgnął zenitu, a Maurycy nie zawiódł. Rozpoczął od spokojniejszych kompozycji ze świeżo wydanej EP-ki „Take ‘Em All”, ale niedługo później dane nam było usłyszeć między innymi genialną kolaborację artysty z Douglasem Greedem, „Siamese Twins By Choice”. Nawałnica wspaniałych harmonii, głębokie brzmienie, połamane, nieoczywiste rytmy, a wszystko to spięte niewymuszonym wokalem Mooryca – dla mnie osobiście producent ten zbliża się do perfekcji. Jak przystało na człowieka zatopionego w kontrolerach, tranzystorach i święcącym ekranie laptopa nie jest on oczywiście najbardziej charyzmatycznym frontmanem, ale przecież nie o to w muzyce elektronicznej chodzi. Skromne „dziękuję” wystarczyło za cały kontakt z publicznością, szczególnie, gdy zabrzmiały utwory z debiutanckiego długograja „Roofs”. Na pierwszy ogień poszedł zbudowany na pianinowej pętli „Powerless”, wspinający się na energetyczne wyżyny w przejmującym refrenie. Chwilę później cały (trochę już wtedy pełniejszy) Basen zakołysał się do znakomitego „Jupiter”. Jedyny element, którego często brakuje mi na koncertach Mooryca, to harmonie wokalne, co w Basenie zostało częściowo naprawione dzięki zsamplowanemu drugiemu głosowi, wtórującemu wokalowi na żywo. Ostatnie kilkanaście minut seta artysta wypełnił bardziej tanecznymi kompozycjami, wśród których znalazły się też jego remiksy cudzych utworów. Publiczność rozochociła się na tyle, że nie chciała puścić go ze sceny, ale reguły koncertów rozgrzewających w Basenie są nieubłagane i Mooryc ustąpił miejsca gwieździe wieczoru.

Po katowickim koncercie Clarka miałem dosyć mieszane uczucia i podobnie było w piątek w Basenie. Ten świetny, poszukujący producent jest mistrzem dosyć hałaśliwej, aczkolwiek niepozbawionej chwytliwych rozwiązań melodycznych elektroniki i to bez dwóch zdań słychać było podczas stołecznego koncertu. Po wykręconym w precel intro, Clark swoim zwyczajem zaczął niczym torpeda pruć przez katalog swoich wydawnictw. Od wyczekiwanych staroci pokroju połamanego „Growls Garden”, przez materiał z ostatniej płyty, do najnowszych, niewydanych jeszcze kawałków z „Rave Flame EP” – nikt nie mógł poczuć się poszkodowany. Nie zabrakło wybitnie imprezowego „Unfurla”, przy którym w klubie nie pozostała chyba ani jedna nieprzytupująca noga, nie zabrakło najnowszego, odwołującego się do rave’u „Silver Sun”, brzmiącego niczym „Animals” Minilogue na randce z wczesnym The Prodigy. Za plecami producenta szalały świetne, monochromatycznie zielone wizualizacje, oparte na ilustracji z okładki ostatniego albumu.

Nie wszystko jednak wyglądało i brzmiało tak różowo. Po pierwsze – nie sposób było nie zauważyć, że brzmieniowo Clark zaczyna powoli zjadać własny ogon. Rave’owe wstawki nie ukryją faktu, że używa on wymiennie kilku brzmień syntezatora, a do stojącego dumnie po lewej stronie stołu Minimooga (który wymiarowo jak na dzisiejsze czasy nie jest bynajmniej w formacie mini) nachyla się w czasie koncertu może ze trzy razy. Z kolei koncertowe wykonanie pochodzącego z ostatniego albumu „Winter Linn” jeszcze bardziej uwypukla fakt, że jest to kalka brzmieniowa dawniejszego „Alice (Redux)”, tylko odarta z co ciekawszych melodii i sampli. Zapętlenie w inspirowanej własnymi kompozycjami stylistyce brzmieniowej można byłoby jednak wybaczyć, gdyby nie koszmarne, parominutowe eskapady w czysty, niczym nie zmącony łomot. Od producenta tej klasy i renomy spodziewałbym się naprawdę ciekawszego pomysłu na pobudzenie publiki niż cuchnący na kilometr prostackim hard-stylem basowy bęben, zapętlony w niekończące się galopady na cztery czwarte.

Tym sposobem dochodzimy do konkluzji, którą po uważnym przeczytaniu powyższych rewelacji na pewno jesteście w stanie wysnuć bez mojej pomocy. Warto wpadać na sam początek koncertów, bo możemy zostać w ten sposób nie tylko pozytywnie zaskoczeni, ale i znaleźć dla siebie nowych, muzycznych guru. Takich, którzy niekoniecznie zarabiają kokosy w wielkich wytwórniach, ale dzięki temu nie mają też ciśnienia na powtarzanie się bez końca i nie boją się poszukiwań.

Tekst: Kajetan Łukomski (Avtomat)

Zobacz też inne wydarzenia

27.03.2015, WARSZAWA, KLUB BASEN, WHOMADEWHO 19.03.2015, WARSZAWA, KLUB BASEN, JULIA MARCELL I POLA RISE 18.06.2015, WARSZAWA, Pardon, To Tu, Jozef van Wissem