LAIF » RELACJA: Elliphant, Purple, Global Digers w Basenie

RELACJA: Elliphant, Purple, Global Digers w Basenie

Sam stempel jakości festiwalu Nowa Muzyka zapowiadał, że koncerty w ramach cyklu Before Festiwal będą wydarzeniami wartymi uwagi. Takimi właśnie mikrofestiwalami były koncerty Elliphant i Purple w Katowicach oraz Warszawie. 

17

Koncert Elliphant w warszawskim klubie Basen, zdjęcie: Shots Of Sound/Maciek Suchorabski

Szwedka wystąpiła zresztą podczas ostatniej edycji Nowej Muzyki, porywając do dzikiego, frenetycznego tańca całą publiczność zgromadzoną pod główną sceną. Pochodzący z Teksasu Purple zdążyli z kolei zyskać już uznanie tak potężnych opiniotwórczych magazynów jak Kerrang! czy NME. Całość klamrą tanecznego brzmienia spod znaku global bass (basowa, elektroniczna muzyka z wszelkich zakamarków świata) spiął kolektyw Global Diggers. Dzięki tym ostatnim panom parkiet warszawskiego Basenu zaczynał właśnie zapełniać się nieśmiało podrygującymi do potężnych basów słuchaczami, gdy dotarłem na miejsce.

Nie jest to normalną sytuacją po godzinie 21:00 w typowo koncertowym klubie, a więc temperatura od początku była wysoka. Bardzo szybko sięgnęła ona punktu krytycznego, gdy na scenę wparowało trio Purple, towarzyszące Elliphant w jej europejskiej trasie. Śpiewająca perkusistka, Hanna Brewer, od razu przyciągała wzrok stanikiem ozdobionym niezliczoną ilością podrygujących w rytm muzyki, kolorowych korali oraz nietuzinkową mimiką. Z kolei basista i śpiewający gitarzysta z szelmowskim błyskiem w oku słaniali się po scenie, jak przystało na prawdziwych rockmanów. Ale to nie aspekt wizualny jest w tym zespole ważny. Eksplozję energii wśród publiczności wywołała ich pozbawiona kompleksów i wstydu mieszanka surf-rocka, kalifornijskiego punka i brzmień wahających się od pochodnej Rage Against The Machine do pełnego rubasznego, nieokrzesanego humoru szaleństwa a la Red Hot Chili Peppers. Ich muzyka nie jest głęboka i do tego miana nie pretenduje, ale, do jasnej Anieli, ich płytka, imprezowa odmiana brudnego rocka idealnia nadaje się na koncerty. Niespodziewane zmiany tempa, przesterowany do granic możliwości bas, dwa wokale – ściana tych zwariowanych dźwięków od samego początku zjednała im całą zgromadzoną pod sceną publikę. Machająca włosami jak opętaniec z wywieszonym ozorem Hanna intonowała piskliwe refreny kojarzące się z The B-52’s, a gitarzysta Taylor Busby wtórował skandowanymi wysokim krzykiem rymowankami o chorobach wenerycznych, imprezowym alkoholizmie i innymi wesołymi dykteryjkami. Wybrzmiały fantastyczne, schizofreniczne Leche Loco, Thirteen czy wesołkowate DMT. Mimo, że zwykle nie obracam się w takiej stylistyce, to Purple zrobili na mnie (i nie tylko na mnie) olbrzymie wrażenie. Lekkość z jaką splatają w jedno tyle rozbieżnych inspiracji, w dodatku świetnie się przy tym bawiąc, przypomina najlepszych didżejów, którzy do tego całą operację przeprowadzają na otwartym organizmie.

Po niezbyt długim, ale bardzo intensywnym rozgrzewaczu przyszedł czas na gwiazdę wieczoru. Elliphant i grający z nią DJ Pelle przejęli władzę nad Basenem, ale oni z kolei postawili na stopniowanie ekscytacji. Pierwsza część koncertu, zainaugurowana bujającym Purple Light, składała się w dużej części z nowego materiału pochodzącego z EP-ki One More i delikatniejszego materiału z długogrającego debiutu artystki. Poleciał prawie balladowy numer tytułowy, poleciało dedykowane fanom Save The Grey. Nie minęło jednak dużo czasu, a promieniująca z ubranej w kusy top Elli energia zaczęła znajdować ujście w bardziej tanecznych, podbitych mięsistym basem kompozycji z Look Like You Love It. Charakterystyczna barwa głosu Szwedki i lekko jamajski akcent znany jest najlepiej właśnie z tych nagrań i to przy nich publiczność wpadała w najmniej kontrolowany, taneczny szał. Z tej EP-ki usłyszeliśmy prawie wszystkie numery, ze skandowanym, trapowym protest-songiem Revolusion i wyprodukowanym przez Skrillexa masywnym hymnem pokolenia długich kciuków na czele (Only Getting Younger, w którym w nawijce pomógł DJ Pelle). Ciekawym zabiegiem, który ekipa Elliphant przejęła od wykonawców typowo soundsystemowych, jest granie skróconych wersji większości utworów, co pozwala na zmieszczenie w półtoragodzinnym koncercie większości wartego zagrania materiału. Dzięki temu zwolennicy każdego etapu krótkiej, acz płodnej kariery Szwedki mogli zabawić się przy swoich ulubionych numerach. Nie zabrakło więc również melodyjnych hitów z długograja, które pozwoliły odpocząć zarówno publice jak i wykonawcom pomiędzy wyczerpującymi zestawami cięższego kalibru. Wybrzmiały wszystkie single – zarówno funkujące Music Is Life, spokojniejsze Shoot Me Down, jak i największy do tej pory komercyjny sukces Elliphant – Down On Life, którego refreny śpiewał z nią cały Basen. Prawdziwe szaleństwo zapanowało jednak dopiero przy przypominającym muzyczną epifanię Live Till I Die, podczas którego artystka zaproponowała, że skoczy w tłum. Podobno był to dopiero drugi skok w publiczność w karierze, a pierwszego dokonała ledwo poprzedniego dnia, w Katowicach. Z szerokim uśmiechem i rozłożonymi ufnie rękami pożeglowała więc nad głowami pierwszych rzędów, uszczęśliwiając tym niejednego fana, ale dosyć szybko lądując z powrotem na scenie, żeby wykonać do końca ten podnoszący na duchu utwór. Jej niezaprzeczalna charyzma sceniczna w połączeniu ze świetnie sprawdzającymi się na żywo kompozycjami sprawiają, że naprawdę warto zobaczyć tę kulę energii na żywo.

Kiedy Elli zeszła ze sceny, wiadomo było, że to jeszcze nie koniec. Znana z długich bisów artystka tym razem wykonała jednak tylko szaleńcze Boom Your Head, co pewnie sprawiło publice lekki zawód. Po przeszło dwugodzinnym koncercie, jaki zagrała podczas Nowej Muzyki pozostawiło to poczucie niedosytu, które jednak szybko zostało zastąpione racjonalizacją. Ta młoda, drobna dziewczyna gra podobnie wyczerpujące koncerty dzień w dzień i na każdym z nich praktycznie wyciska z siebie wszystko. Jeśli nie chcemy, żeby po trzech latach koncertowania zeszła ze sceny na zawsze, musimy się przyzwyczaić do nieco krótszych występów. Ja osobiście chciałbym ją jeszcze zobaczyć na polskich scenach, a w dodatku szaleńczy taniec kompletnie odebrał mi dech w piersiach, więc od razu po bisie grzecznie skierowałem się do baru, żeby uzupełnić elektrolity przed after party autorstwa Global Diggers, które od razu po koncercie rozgorzało na parkiecie.

 

Tekst:Kajetan Łukomski (Avtomat)
Zdjęcie:Shots Of Sound / Maciek Suchorabski/ https://www.facebook.com/shotsofsound?fref=ts

Zobacz też inne wydarzenia

8-12.07.2015, Lublin, Wschód Kultury – Inne Brzmienia Art’n’Music Festival 26-28.06.2015, Białystok, Halfway Festival 03.06.2015, SOPOT, KLUB SFINKS700, MOUNT KIMBIE/URBAN ZOO