LAIF » RELACJA: OFF Festival 2016 (dzień 2)

RELACJA: OFF Festival 2016 (dzień 2)

 

Tekst: Kajetan Łukomski (Avtomat), zdjęcia: Krzysztof Plebankiewicz
 
TUTAJ przeczytasz relację z pierwszego dnia festiwalu.
 
GOAT
Sobotę rozpocząłem największą niespodzianką festiwalu i, z perspektywy czasu, najlepszym koncertem w jego ofercie. Mający na koncie zaledwie dwie EP-ki kwartet Goat podczas OFFa zerwał czapki z głów i sprawił, że publiczność niemalże powyskakiwała z butów. Psychodeliczny klimat, jaki stworzyli na scenie Experimental jest praktycznie nie do opisania. Jestem pewien, że instrumentalna, połamana do granic możliwości rytmicznie muzyka, którą zaprezentowali wyznaczy na długie lata kierunek rozwoju muzyki instrumentalnej i rocka w ogóle. Gdyby nie to, że widziałem muzyków na scenie, nie byłbym w stanie zdecydować, jakie instrumenty zostały użyte i czy w ogóle są to dźwięki akustyczne, a nie syntetyczne. Brawurowe zmiany rytmu i tempa przywodziły na myśl geniuszy math-metalu Meshuggah, ale zostały ubrane w tak soczyste i niespotykane brzmienia, że porównanie to z gruntu traci sens. Po niecałej godzinie tej pierwotnej, transowej energii miało się ochotę cofnąć czas i po prostu posłuchać Japończyków z Goat raz jeszcze.
 

 
FIDLAR
Casus FIDLAR, podobnie jak grających poprzedniego dnia Clutch, jest dla mnie wyjątkowo tajemniczy. Nawet uzbrojony w wiedzę, że OFF stawia na kompletny eklektyzm gatunkowy nie byłem w stanie zracjonalizować obecności tego zespołu na głównej scenie inaczej niż sentymentem organizatorów do klasycznego kalifornijskiego punka, z całym jego wymuszonym luzactwem i ostentacyjnie lekceważącym podejściem w pakiecie. Czemu jednak nie został w ich miejsce zaproszony ktoś, kto tę stylistykę pcha do przodu? Wystarczy obejrzeć koncert teksańskiego składu Purple, który podobne brzmienia wprowadza na zupełnie inny poziom. Niech za komentarz wystarczy, że gwoździem do trumny tego pretensjonalnego koncertu był już otwierający go cover ‘Sabotage’ z repertuaru Rage Against The Machine.
 
ISLAM CHIPSY
 
ISLAM CHIPSY
Egipcjan z Islam Chipsy spotkało na tegorocznym OFFie wyjątkowe szczęście – z powodu odwołania koncertu ojca chrzestnego grime’u, Wileya, mieli możliwość zagrania swojego seta drugi raz, o najlepszej porze i na dużej scenie. To jednak ten pierwszy koncert, zagrany w blasku zachodzącego słońca na scenie Electronic Beats skradł moje serce. Poczynając od składu (dwa zestawy perkusyjne plus klawiszowiec), przez stylistykę muzyczną (arabskie rytmy, zagrane w punkowo-bandyckim stylu na niskobitowych syntezatorach) po stylizację (tu odsyłam do klipu ‘Bad Girls’ M.I.A.) Islam Chipsy byli kompletnie nieortodoksyjni. Porywające do tańca rytmy, wwiercające się w ucho melodie i nieustające galopady palców klawiszowca po klawiaturze zostały dodatkowo podbite niesamowitym dystansem do siebie i czystą radością z prezentowania swojej muzyki. Nawet najzatwardzialsi introwertycy byli w stanie dostroić się do tej eksplozji życiowej energii.
 

 
ATA KAK
Pochodzący z Ghany Ata Kak był kolejnym wielkim rozczarowaniem festiwalu. Promowany podkreślającym afrykańskie korzenie opisem koncert epatował dźwiękowym kiczem i, paradoksalnie, na wskroś zeuropeizowaną warstwą muzyczną. Charyzma sceniczna artysty w tym przypadku niewiele zdziałała – kanciasta rytmicznie warstwa instrumentalna odwołująca się do najgorszych momentów skundlonego big-beatu i płytkiego funky skutecznie wypędziła mnie z namiotu sceny Experimental po kilku utworach.
 
JAMBINAI
 
JAMBINAI
Koreańczycy z Jambinai to z kolei następne odkrycie OFFa. Ich filmowa, rozimprowizowana odmiana progresywnego rocka, wpadajacego momentami w metalowe zagrywki jest podwójnie intrygująca za sprawą wykorzystania tradycyjnych, koreańskich instrumentów. Zarówno instrumentalistka grająca na olbrzymim, strunowym gayageum, wydającym dźwięk przypominający japoński shamisen, jak i ta obsługująca smyczkowe haegeum tworzą rdzeń hipnotycznego stylu Jambinai, który dopełniony jest potężnymi brzmieniami sekcji rytmicznej. O ile w przypadku mniej kontemplacyjnych koncertów OFFa czuło się wyraźnie ich fizyczność, tak Jambinai pozwalali przy swoich dźwiękach odpłynąć, wręcz rozpuścić się w momencie. Niezwykle wciągająca godzina, która w Polsce na pewno zaowocuje dużym zainteresowaniem nowym albumem zespołu.
 
GUSGUS
 
GUSGUS
Jako, że GusGus widziałem przed OFFem już trzykrotnie, moim ambitnym planem było posłuchać w tym czasie wirtuoza saksofonu, Orlando Juliusa. Już po kilku taktach znakomicie nagłośnionego seta GusGus ten plan został zweryfikowany – nie było siły, która mogłaby oderwać mnie od tak soczyście brzmiącego występu. Reprezentujący islandzki kolektyw Biggi Veira i Daníel Ágúst Haraldsson zaprezentowali niedługi, ale jak zwykle mięsisty kawał tanecznej elektroniki. Bezbłędny, soulujący wokal Daníela tym razem został wsparty przez śpiewającą z sampli Earth, dzięki czemu, ku mojemu zaskoczeniu, usłyszeliśmy również te bardziej klasyczne utwory, jak na przykład znakomity hit sprzed ponad 14 lat, ‘David’. Nie sposób było jednak przy kolejnym z rzędu koncercie tej formacji dojść do konstatacji, że większość ich utworów oparta jest na identycznym schemacie strukturalnym i rytmicznym, co sprawia, że często nawet świetnie rozeznany w repertuarze fan musi poczekać do pierwszej zwrotki, żeby rozpoznać konkretny numer. Nie zmienia to faktu, że wyjątkowa lekkość zespołu w pisaniu chwytliwych syntezatorowych riffów skutkuje prawie zawsze eksplozją ekstazy wśród publiki i nie inaczej było podczas tegorocznego OFFa.
 

 
FUMAÇA PRETA
Dzika energia i wokalna furia emanująca z Fumaça Preta w teorii powinny stanowić idealne zamknięcie sobotniego wieczoru festiwalu, a jednak czegoś w tym frenetycznym miksie zabrakło. Może fakt, że główny wokalista był jednocześnie perkusistą i to momentami potrafiło zachwiać latynoską motoryką utworu, która powinna przecież ciągnąć cały zespół za sobą? Może fakt, że oprócz surowej energii zespół nie miał wiele do zaoferowania pod względem kompozycyjnym i melodyjnym? A może zadziałało zwykłe zmęczenie po tak potężnej porcji wrażeń i portugalsko-wenezuelski projekt miał po prostu pecha grać o porze zwykle kojarzonej z elektronicznymi afterparty? Faktem jest, że niewiele osób z publiki wytrwało do końca koncertu i w związku z tym jego krzywa energetyczna też opadała wraz z upływającym czasem i ulatniającymi się słuchaczami.

Zobacz też inne wydarzenia

25.04. 2015, WARSZAWA, KLUB STODOŁA, OPEN STAGE, RITA PAX 13.08.2015, Sopot, Zatoka Sztuki Beach Club, GusGus 11.04.2015, WARSZAWA, KLUB BASEN, TELEFON TEL AVIV DJ SET