LAIF » RELACJA: OFF Festival 2016 (dzień 3)

RELACJA: OFF Festival 2016 (dzień 3)

 

Czy OFF przeżywa kryzys wieku średniego? Z poziomu scen i widowni plotki o znacznie niższym budżecie wydały się mocno przesadzone. Jeśli rzeczywiście tak było, to nie odbiło się to znacząco na artystycznym poziomie festiwalu, za co już należą się oklaski dla organizatorów.

 


Oszczędzanie widać było w małych, ale dosyć ważnych szczegółach. Niewiarygodne wydaje się, żeby w godzinę największego ruchu przez bramki kilkunastotysięcznego festiwalu tylko sześciu ochroniarzy zostało oddelegowanych do przeszukiwania plecaków i kontroli osobistych, a tak niestety było. Podobny problem spotkał chcących dostać się pierwszego dnia na pole namiotowe. Powstałych kolejek na pewno nie muszę opisywać. Nie zachwycała też ilość przenośnych toalet.
Wielkim pozytywem za to okazała się strefa gastronomiczno-konsumpcyjna. Przegląd oferowanych atrakcji kulinarnych zadowoliłby każdego, ilość barów skracała czas oczekiwania na upragnionego drinka, a mnogość stoisk z płytami i modą była wręcz oszałamiająca.
Nie do końca zrozumiały był dobór tematów spotkań i widocznie niezadowoleni ze swojej obecności na nich goście, ale przecież wszystko to jest tylko dodatkiem do głównego dania festiwalu, które zaserwowane zostało jak zwykle sprawnie i z polotem. Niesmak z powodu wyjątkowego pecha we frekwencji najbardziej oczekiwanych artystów, który towarzyszył festiwalowi od początku został zmyty różnorodnym i wykwalifikowanym wyborem tych mniej znanych zespołów. Jestem pewien, że pozostaną one na długo w kręgu zainteresowań muzycznych tegorocznych festiwalowiczów.

 

Tekst: Kajetan Łukomski (Avtomat), zdjęcia: Krzysztof Plebankiewicz

 

TUTAJ przeczytasz relację z pierwszego dnia festiwalu.
TUTAJ przeczytasz relację z drugiego dnia festiwalu.
 

 
JÓGA
Młodziutkie trio Jóga na scenę OFFa nie miało daleko, jako że samo pochodzą z Katowic. Ich eteryczny, elektroniczny pop idealnie wpasował się we wczesne godziny festiwalu, kiedy to publiczność jest jeszcze na tyle wyciszona, że słucha uważnie. Leniwie snujące się rytmy kolejnych numerów podbite falującą gitarą stanowiły jednak zaledwie dopełnienie wyeksponowanego wokalu Rafała. Technicznie i pod względem emocji włożonej w występ nie można mu nic poważnego zarzucić, natomiast po kilku utworach naszło mnie przemyślenie, że coraz więcej wokalistów znajduje sobie jakiś sprytny, wokalny „patencik”, żeby wyróżnić się z tłumu. W tym przypadku raziło mnie nieco nadużycie przełączania głosu w falset po co drugiej zaśpiewanej nucie i śpiew na ciągłym przydechu, co skutecznie odwracało uwagę od atmosfery i naprawdę porządnych kompozycji, których Jódze nie brakuje.
 

 
LAUDA
Małżeńtwo Król współpracuje ze sobą muzycznie już od dłuższego czasu, ale dopiero w tym roku projekt Lauda wypłynął na szersze wody pod względem koncertowym. Ich muzyczne pocztówki z wakacji złożone z nagrań terenowych i dźwięków instrumentów przepuszczonych przez szeregi efektów perfekcyjnie wpasowała się w stylistykę sceny eksperymentalnej. Intymna atmosfera koncertu została spotęgowana tym, że Królowie po prostu uklękli wśród swojego sprzętu, żeby mieć jak najwygodniejszy dostęp do niego, co spowodowało, że prawie cały namiot ludzi po prostu siedział i słuchał. Dla jednych była to nostalgiczna podróż w lata dzieciństwa i beztroskiego hasania po polach, dla innych ścieżka dźwiękowa do medytacji, ale co do jednego można było się zgodzić – tych intrugujących dźwięków najlepiej słucha się właśnie na żywo, w pełnym skupieniu.
 

 
BYE BYE BUTTERFLY
Podczas koncertu Bye Bye Butterfly pod trójkową scenę przyciągnęły mnie ledwo dwa umieszczone przez formację w internecie utwory i miłość do psychodelicznego grania spod znaku Polpo Motel, macierzystej formacji Daniela Pigońskiego. Nie było niespodzianką, że jego zapętlające się klawiszowe zagrywki nadawały koncertowi zespołu charakterystycznego wytrawnego smaku. Słodki, klasycznie wykorzystywany głos Oli Bilińskiej momentami przypominał późniejsze dokonania Anneke Van Giersbergen, a całość brzmiała jak śpiewane memuary podrośniętej Alicji w Krainie Czarów.
 

 
KERO KERO BONITO
Przekonanie, że japońska kultura nijak nie łączy się z europejską czy amerykańską jest tak głęboko zakorzenione, że trudno sobie wyobrazić taką udaną hybrydę muzyczną. A jednak jest w słodziutkim szaleństwie Kero Kero Bonito coś, co przyciągnęło większość OFFowej publiki pod scenę Electronic Beats i ich tam zatrzymało. Brytyjczycy postawili na proste, syntezatorowe kompozycje odwołujące się do gier wideo, sceny hip-hopowej i house, okraszone dzięcięcym głosikiem Perry, wyśpiewującym dadaistyczne teksty o mówiących żabach i odrabianiu lekcji. Takie poczucie humoru najwyraźniej sprawdziło się jako znakomity moment oddechu między na wskroś poważnymi wykonawcami – wyciągająca co i rusz inny pluszowy rekwizyt wokalistka nie musiała dwa razy powtarzać tekstu „If you don’t move, the shark’s gonna steal your shoes”. Drogi panie Rojku, w przyszłym roku czekam na japoński BabyMetal.
 

 
KSIĘŻYC
Istnieje nieduża grupa zespołów, której do stworzenia odpowiedniej atmosfery potrzebna jet odpowiednia przestrzeń. Księżyc zalicza się właśnie do nich – festiwalowa otoczka i przebijający z innych scen dźwięk nie pozwoliły temu mistycznemu widowisku zrobić tak dużego wrażenia na słuchaczach jak, na przykład, ich koncert w kościele. Znakomite wokalistki, operując brawurowo dysonansem i niejednokrotnie śpiewając w dziwacznym, koślawym kanonie czarowały i czarowały, ale zaczarować im było trudno. Nawet minimalistyczna, oparta na powtarzanych frazach muzyka nie była w stanie zasłonić faktu, że podobne misteria nie powinny rozgrywać się wśród rozbawionego piwem tłumu.
 
Kaismos
 
KIASMOS
W świetle odwoływanych hurmem na ostatnią chwilę koncertów, Kiasmos jawili się jako prawdziwi bohaterowie. Ólafur Arnalds pojawił się bowiem na scenie u boku Janusa Rasmussena mimo pękniętego żebra by, jak sami to ujęli, zagrać jedyny i wyjątkowo ważny dla nich z puli odwołanych z tego powodu koncertów. Ten, kto widział już ich koncerty wie, że są to znajomicie wyreżyserowane spektakle audiowizualne, w których muzyka, światło i obraz tworzą fabularny majstersztyk. Obok nieskazitelnych, głębokich dźwięków i wzniosłych szczytów energetycznych seta to właśnie ten sposób prowadzenia muzycznej narracji jest ich flagowym atutem. Mawia się, że muzyka klubowa istnieje po to, żeby się przy niej zapomnieć i poczuć samotność w tłumie otaczających ludzi. Przy Kiasmosie wygląda to nieco inaczej – czuje się wielką, organiczną wspólnotę.

Zobacz też inne wydarzenia

28.03.2015, WARSZAWA, PALLADIUM, FISZ EMADE TWORZYWO MAMUT 20.08. 2015, Warszawa, Miłość, Mary Komasa 15.08.2015, Warszawa, Lost Pool