LAIF » RELACJA: Red Bull Music Academy Weekender Warsaw 2016

RELACJA: Red Bull Music Academy Weekender Warsaw 2016

 

Red Bull Music Academy Weekender w Warszawie od kilku lat pozostaje jedną z najbardziej progresywnych brzmieniowo stołecznych imprez muzycznych. W zeszłym roku zwolennicy elektronicznych brzmień mieli przyjemność posłuchać tam m.in. takich cymesów jak Cid Rim, Dorian Concept, Evian Christ czy Mumdance. W tym roku Weekender rozbudował listę wykonawców jeszcze bardziej, a niektóre nazwiska mogły naprawdę przyprawić o szybsze bicie serca.
Tekst: Kajetan Łukomski (Avtomat)
JAAA!
Główną część festiwalu otworzyło trio JAAA!, czyli swoista supergrupa złożona z członków takich projektów jak HOW HOW, Contemporary Noise Quartet, Napszykłat czy Daktari. Autorzy jednego z ciekawszych tegorocznych debiutów płytowych nie zawiedli i na żywo – brzmienia, które teoretycznie można by porównywać do Moderat czy Atoms For Peace zostały jednak zagrane z typowym dla grupy polotem i fantazją, a pomysłom aranżacyjnym nie było końca. Warto wspomnieć, że mimo trudności akustycznych i nieokiełznanego echo na Scenie IV Piętro, JAAA! zabrzmieli tam najlepiej ze wszystkich kolejnych zespołów.

Jaaa! perform during the Red Bull Music Academy Weekender in Warsaw, Poland on May 20, 2016

Jaaa! , fot. Michał Murawski / Red Bull Content Pool

 

ZEBRA KATZ
Ten amerykański queer-raper pojawił się na międzynarodowym radarze po wydaniu znakomitego albumu DRKLNG, a od tamtego czasu był w Polsce już kilkukrotnie. Jego pełne autoironii widowisko pomyślane było chyba jako świetna rozgrzewka przed bardziej znanymi nazwiskami, ale prawda jest taka, że dla wielu był to najlepszy występ wieczoru. Minimalistyczne, podbite masywnym basem brzmienia i satyryczne teksty w połączeniu z dzikim, prawie zwierzęcym zachowaniem rapera porwały do zabawy całą scenę na 4. piętrze PKiNu. Oprócz znanych dobrze numerów z debiutu czy duetu z Hervé usłyszeliśmy też bardziej hałaśliwe, wręcz noise’owe kompozycje z nowej EP-ki, które budzą apetyt na dalsze jego poczynania.

Zebra Katz performs during the Red Bull Music Academy Weekender in Warsaw, Poland on May 20, 2016

Zebra Katz, fot. Michał Murawski / Red Bull Content Pool

 

STORMZY
Zeszłorocznym, fantastycznym występem Mumdance i Novelista RBMA Weekender rozpoczął inwazję brytyjskiego grime’u na polskie sceny, dlatego Stormzy, który cytuje przecież Wiley’a i Skeptę jako swoich scenicznych „ojców”, był wielką nadzieją tegorocznej edycji. Tym bardziej niezrozumiała była skucha w postaci intro didżeja, który bełkocząc o brytyjskiej scenie grime’owej puszczał coraz to bardziej amerykańskie brzmienia, aż do momentu, w którym dla wygłodzonej ciekawszych brzmień publiczności zaczął grać na wskroś radiowe numery z udziałem Justina Biebera, Major Lazer, itp. Niesmak po tym wstępie próbował naprawić Stormzy i w momentach, gdy odnosił się do rodzimej stylistyki nawet mu się to udawało. Chwytliwy „Not That Deep”, duet z Lethal Bizzle w postaci bujającego „Dude” czy oparty na znanym całej scenie bicie „Shut Up” zadziałały świetnie, a energia Stormzy’ego wypełniała całą salę, aczkolwiek efekt był za chwilę niweczony zamerykanizowanym, płaskim trapem. Nic dziwnego, że wiele osób nie doczekało finiszu jego koncertu i przeniosło się na scenę w Barze Studio, gdzie grał już zdecydowanie ciekawszy RAU.
SAMIYAM
Ten przedstawiciel legendarnej już wytwórni Hyperdub znany jest studyjnie z dziwacznego połączenia hip-hopu z rozwiązaniami rodem z free jazzu, ale jego set podczas RBMA Weekender Warsaw okazał się być niespodzianką. Pełzające, mroczne pasaże zimnej elektroniki połączone z połamaną, hip-hopową elektroniką działały jak hipnotyzer, utrzymując publiczność w transie.

Samiyam performs during the Red Bull Music Academy Weekender in Warsaw, Poland on May 20, 2016

Samiyam, fot. Michał Murawski / Red Bull Content Pool

 

KANGDING RAY
Od czasu, kiedy Kangding Ray wystąpił na małej scenie płockiego Audiorivera, Polacy pokochali jego czwarty album, „Solens Arc”. Nie inaczej jest z zeszłorocznym „Cory Arcane”, który Francuz promował koncertem podczas Weekendera. Nastrojowo oświetlona sala Teatru Studio i świetne nagłośnienie sprzyjały jego pulsującemu, mrocznemu techno, a sam artysta, usytuowany wśród analogowych syntezatorów, sekwencerów i efektów, wyglądał na wyjątkowo zadowolonego z reakcji publiki. O ile jednak brzmieniowo trudno mu coś zarzucić, to brakowało w jego koncercie jakiegoś pierwiastka ludzkiego i zróżnicowania.
RHYTHM BABOON
Jako jeden z czołowych przedstawicieli niezbyt popularnych jeszcze w Polsce brzmień juke/footwork i wytwórni Polish Juke, za pomocą swojego seta na Weekenderze Rhythm Baboon zaczął piąć się po szczeblach kariery. Rozpoczynając wielogodzinną hegemonię tych gatunków na scenie w Barze Studio, producent, którego nowy materiał ma ukazać się już nakładem U Know Me Records, zaprezentował solidną dawkę chicagowskich klimatów, przeplatając ją pasującymi tempem rodzynkami rodem ze sceny brytyjskiej.

Rhythm Baboon

Rhythm Baboon, fot. Paweł Zanio / Red Bull Content

SONAR
Nowy, interdyscyplinarny projekt muzyczny Sonar Soula miałem przyjemność już zobaczyć w mniejszym składzie na poznańskim Spring Breaku, dlatego na otwierający kolejny dzień Weekendera koncert stawiłem się punktualnie. Siłą projektu wtedy wydawał się być fakt, że każdy zajmuje się w nim swoją działką – wokalistka tylko śpiewa, bębniarz bębni, tekściarz pisze teksty. Na Scenie IV Piętro pojawił się pełny skład Sonar, uzupełniony o dwuosobową sekcję dętą, kwartet smyczkowy i Mateusza Holaka. O ile kameralny, czteroosobowy skład zadziałał wcześniej w klubowym kontekście jak machnięcie różdżką, tak tym razem mam wrażenie, że muzycy wzięli się bez koniecznej w takich przypadkach szczypty dystansu i koncert wypadł zwyczajnie nużąco. Nie pomagała fatalna akustyka pomieszczenia ani bardzo stonowanyrepertuar. Nawet singlowa „Vaga” została zagrana w skróconej wersji i jakby bez przekonania. Instrumentaliści oczywiście zagrali perfekcyjnie, podobnie rzecz miała się z Leną, ale zabrakło w tym wszystkim lekkości i ikry. Najbardziej kuriozalnym elementem były jednak instrumentalne interludia, utrzymane w dziwnie dobranym, impresjonistycznym stylu przełamanym zagrywkami rodem z disneyowskich filmów.

Sonar perform during the Red Bull Music Academy Weekender in Warsaw, Poland on May 21, 2016

Sonar, fot. Michał Murawski / Red Bull Content Pool

 

JESSY LANZA
Kanadyjska wokalistka i producentka jakoś nigdy specjalnie nie porwała mnie w swojej studyjnej odsłonie – jej dreampop wydawał mi się wtórny brzmieniowo i zbyt mocno inspirowany dokonaniami Grimes. Ku mojej niespodziance, na żywo zabrzmiał o wiele ciekawiej, szczególnie jeśli chodzi o materiał z wydanego niedawno albumu „Oh No”. Nieco pretensjonalną manierę sceniczną Lanza nadrabiała selektywnym brzmieniem analogowego sprzętu, żywą perkusją i zaangażowanym wykonaniem wokalnym.

Jessy Lanza performs during the Red Bull Music Academy Weekender in Warsaw, Poland on May 21, 2016

Jessy Lanza, fot. Michał Murawski / Red Bull Content Pool

 

IBEYI
Długo czekałem na polski koncert sióstr z Ibeyi , ale czekanie opłaciło się w trójnasób. Ich pełen niesamowitej wrażliwości koncert, podbity soczystymi, synkopowanymi rytmami djembe i cajonu, był perfekcyjny w każdym calu. Instrumentami wiodącymi były oczywiście wybijające się nad prostymi aranżacjami głosy sióstr, przeplatające się w fantastycznych harmoniach, czyste jak z maszyny, a jednak tak pełne duszy. Oprócz numerów z debiutanckiego albumu dziewczyny pokusiły się też o kilka wykonań a capella, śpiewając pieśni przypisanych do nich po urodzeniu orisza, czyli duchów opiekuńczych plemion joruba. Niejednokrotnie w oku słuchaczy mogła zakręcić się łza, czy to podczas smutnego, zwiewnego „Ghosts”, czy opłakującego zmarłą, trzecią siostrę „Yanira”. Wszystko to, otulone w genialną akustykę Teatru Studio, zabrzmiało tak monumentalnie, a jednocześnie krucho, że nie sposób było pozostać nieporuszonym.
SEVDALIZA
Przyznam, że ta irańsko-holenderska wokalistka była dla mnie głównym gwoździem programu, jako że obie jej dotychczasowe EP-ki gościły w moich głośnikach wyjątkowo często. Po znakomitym koncercie Ibeyi jeszcze bardziej obawiałem się rozczarowania jej występem, ale okazało się, że robi ona po prostu coś diametralnie innego. Bosonoga artystka rozpoczęła koncert wijąc się na scenie we frenetycznym współczesnym tańcu, uwodząc publikę powoli, acz skutecznie. Jej świetny głos brzmi o wiele mocniej na żywo, z rzadka tylko zmieniając się w pełen oddechu śpiewo-szept z nagrań studyjnych. Nie zabrakło numerów z EP-ek, chociaż pierwsza z nich została według mnie potraktowana trochę po macoszemu, nie zabrakło duetu ze STWO, „Haunted”, którym rozpoczęty został koncert. Potężne brzmienia basów, przygaszone klawisze i kontrapunkty perkusjonaliów wprowadziły na 4. piętrze atmosferę zadymionego klubu, a Sevdaliza z rozbrajającą szczerością i bezpruderyjnością wiła swoją pajęczą pułapkę na serca warszawskiej publiki. Widać było, że czuje się na scenie jak ryba w wodzie i właśnie to, w połączeniu z czystością brzmień otaczających jej głos sprawiło, że jej starania nie trwały długo i większość słuchaczy wyszła z jej koncertu lekko otumaniona, lecz szczęśliwa. Kto spodziewałby się tego po dawnej profesjonalnej koszykarce?

Sevdaliza performs during the Red Bull Music Academy Weekender in Warsaw, Poland on May 21, 2016

Sevdaliza, fot. Michał Murawski / Red Bull Content Pool

 

ROBOT KOCH
Ten znakomity niemiecki producent był prawdopodobnie największym zagranicznym nazwiskiem, które znalazło się na liście wykonawców tegorocznego Weekendera. Niezliczone produkcje dla innych artystów, fantastyczne albumy solowe oraz te nagrane jeszcze z Jahcoozi dowodzą jego profesjonalizmu i elastyczności. Jednak jeślli ktoś nastawiał się na typowo producencki set, to mógł poczuć się lekko zawiedziony. Koch jest klasycznym przypadkiem producenta, który z powodu nowych, otwartych dla niego furtek biznesowych i finansowych odchodzi od klubowych i eksperymentalnych brzmień na rzecz klasycznych w strukturze piosenek, zdominowanych przez wynajętych wokalistów. O ile jego zeszłorocznemu albumowi, „Hypermoment” , udaje się balansować na cienkiej granicy między awangardowym electropopem a pościelowym kiczem z list przebojów, to podporządkowany wokalistce i żywym smyczkom koncert w Warszawie tę granicę niestety przekroczył. Niuansy brzmieniowe i jego producencki geniusz miał przestrzeń wydostać się spod tej hegemonii tylko momentami, szczególnie w numerach z tych mniej piosenkowych EP-ek, jak „Tsuki” czy „Unpaved”.
PEV + KOWTON
Prawdziwymi herosami klubowych brzmień zostali Peverelist i Kowton, grający wspólnie pod nazwą Pev + Kowton. Ich ponętna, synkopowana odmiana napędzanej dubowym basem elektroniki była jednym z najświeższych setów klubowych, jakie słyszałem od bardzo dawna. Połamane rytmy wprowadziły na parkiet nową, futurystyczną jakość, a niespodziewane naloty przesterowanych brzmień czy dudniące perkusjonaliami załamania bitu miały przypilnować, żeby klubowicze się nie nudzili. Całość skąpana była w technicznych, do bólu selektywnych brzmieniach, które wybrzmiały wyjątkowo satysfakcjonująco na potężnym nagłośnieniu Baru Studio.

Zobacz też inne wydarzenia

15.08.2015, Warszawa, Lost Pool 16.04.2015, WARSZAWA, KLUB BASEN, MARY KOMASA 18.06.2015, WARSZAWA, Pardon, To Tu, Jozef van Wissem