LAIF » RELACJA: Stary człowiek i Sónar

RELACJA: Stary człowiek i Sónar

 

Jeżeli chcesz posłuchać muzyki to idziesz na koncert, chcesz się upić, pokręcić, poobijać, skończyć nie wiadomo gdzie nad ranem, jedziesz/idziesz na festiwal. Naprawdę? Niezupełnie.

Sónar w Reykjaviku jest festiwalem zaprzeczeń. Tu wszystko się przecież nie zgadza. Sónar to festiwal muzyki elektronicznej z Barcelony. Odbywający się gdzieś w okolicy czerwca. Słońce, lato, ciepło, Hiszpania. Nawet morze nie to, chociaż jakieś jest i tu i tam. Ale tu? Tu jest przecież lód, śnieg i noc polarna. Oczywiście wiadomo, że festiwal jako marka „posprzedawał się” do wielu miast i odbywa się w kilkunastu miejscach. Ale z tą wyspą jest jakoś dziwnie.

 

i09i213_6256_img_sonar2015_generica

 

Pierwszy raz jadąc na Islandię zazwyczaj z rosnącym zdziwieniem weryfikujemy zasłyszane historie. Po pierwsze gdzie te lodowce. Od Reykjaviku daleko, więc jeśli od razu nie pojedziemy na dłuższą wycieczkę, to raczej mamy je tylko na zdjęciach lub w planach. A dookoła widoki jak na Lanzarote. Czyli miało być biało, a jest czarno.

Po drugie, miało być obłędnie zimno a jest ciepło. A jak już pada to deszcz, nie śnieg. Nie chcę w tym momencie własnoręcznie zmieniać pogody na Islandii, ale po prostu piszę o swoich doświadczeniach. Ja tak miałem.

Po trzecie, przecież tam jest monstrualnie drogo. No fakt. Ale tych pieniędzy wcale nie trzeba wydawać. To co, że piwo kosztuje w knajpie prawie 30pln, jeżeli w każdej knajpie co najmniej trzy godziny dziennie są happy hours i wtedy wychodzi połowę taniej. A kompletną niespodzianką jest kupowanie alkoholu w strefie bezcłowej… ale po przylocie, a nie przed odlotem. I to jest jeszcze tańsze. A poza tym nie trzeba pić piwa.

Zatem, Islandia, kraj nie tyle kontrastów co ciągłych weryfikacji.
A to tylko trzy spośród wielu przykładów, takie z brzegu.

Sónar, jak chyba i kilka innych festiwali odbywa się w budynku Harpy. Czyli wielkiej i imponującej architektonicznie i logistycznie budowli koncertowej, z kilkoma salami, bardzo dobrym programem koncertów muzyki poważnej, seminariami, sympozjami, hajlajfem. I nagle ta cala przestrzeń otwarta jest dla bądź co bądź małolatów, bo moim zdaniem średnia wieku na Sónarze kształtuje się w okolicy niepełnej dwudziestki. Od początku unosi się zapach przemyconego piwa. Wszystkie szpary w ścianach, za paprotkami, pod miejscami do siedzenia wypełnione są upychanymi w tajemnicy przed ochroną kurtkami, bo szatnia jest tu wyjątkowo droga. Przepraszam za te finansowe wkręty, ale temat dla Islandczyków w czasach wychodzenia z kryzysu jest częsty i obecny.

 

sonar_reykjavik_2015_mahala_marcet

Harpa; zdjęcie: Mahala Marcet

 

A drugi temat to alkohol. Dalej nie wejdę. Poczekajmy do piątku.

Pierwszy dzień, czwartek, był na rozgrzewkę. Zrozumiałe. Raczej lokalne gwiazdy czy komety.
Tu należy wrócić do początku snutej opowieści, koncert czy festiwal? Bo jak trochę bardziej koncert to nie da się zobaczyć wszystkiego, lepiej od razu zdecydować się na dwóch, trzech wykonawców inaczej wszystko zleje się w głowie w jeden dźwięk.

No ale w końcu. Samaris, zespół chyba jednej płyty, albo dwóch ep’ek, chociaż mógłby wydać kilka. Bardzo młodzi. To dość charakterystyczne dla islandzkiej sceny. Dużo zespołów czy talentów pokazuje się już na poziomie szkoły średniej. I od razu są znani dla wszystkich. A to dlatego, że po prostu prawie wszyscy Islandczycy się znają, bo jest ich tak mało. Przesadzam oczywiście. Ale muzycy znają się wszyscy, od dziecka. Tak jak oni. Szybko zdobyli bardzo ważną nagrodę, stali się nadzieją… i tak już trwają chyba ze trzy czy cztery lata. Na koncercie raczej nuda. Bo ile można przyglądać się fajnej sukience dziewczyny snującej się za klawiszem i raz po raz dogrywającej coś na klarnecie. Styl na DiY i w kompilacji instrumentów, i w wyglądzie. Sami kupujemy sobie kable, sami nauczyliśmy się je podłączać i sami kupujemy materiały z jakich szyjemy sobie sukienki i koszule. To jest takie artystyczne i oryginalne. To trochę złośliwe co piszę, ale to właśnie pomyślałem patrząc na nich tego wieczora. Potem przeczytałem wywiad i wszystko się potwierdziło. Zresztą dziwne nie jest. Aczkolwiek kiedy widzisz entą osobę wyznającą ten oryginalny styl zaczynasz się denerwować. Zamykasz oczy i masz nadzieję, że jak wokalistka wreszcie się odwróci to nie okaże się, że ma oczy wymalowane w pasek jak Daryl Hannah w „Łowcy androidów”. Nie! Ale za to ma małe diody przyklejone do paznokci. Skąd one wszystkie biorą te same pomysły? Z internetu? Ale przecież sami wymyślają swój styl. Coraz mniej to rozumiem.

 

sonar2015_anitabjork_samaris1

Samaris; zdjęcie: Mahala Marcet

 

Kolejną dość typową lokalną wadą jest zbyt wyraźne skojarzenie z Björk. Trochę głos, trochę nużące artystowskie patenty. To już jest tak jakby u nas wszystkie nowe zespoły grały jak Bajm, a wokalistki śpiewały jak Kozidrak. Strasznie narzekam. To chyba dlatego, że gnanie samochodem autostradą do Berlina o świcie i potem lot przez pół Atlantyku nie powinny zakończyć się tego samego dnia w Harpie. I to zaledwie po jednym kawałku pizzy i dwóch piwach.

Nie pomaga nawet krótka przerwa na spacer po wszystkich piętrach i opanowanie imprezowej logistyki na dzień następny, przypisanie sal do wydrukowanego planu, odnalezienie najkrótszej drogi przejścia, próba znalezienia patentu na ominięcie kolejek, określenie odległości i innych współrzędnych.

Nie pomaga też powrót do sali znanej z występu Samaris. Której już nie ma. Jest Todd Terje. Ale w tym momencie czuję, że długo tu nie postoję. Koncert ładny, piosenki ładne. Zupełnie się takich nie spodziewałem. Nikt nie tańczy, może jeszcze nie tańczy. Taka trochę elektroniczna kraina łagodności. Ale zainteresowanych odsyłam do internetu., nic więcej powiedzieć nie mogę. Pułapki festiwalowej część pierwsza. Tego dnia mogłem zobaczyć co najmniej 10 koncertów. Sin Fang, Uni Stefson, Mankan, Balsamic Boys… Jeszcze w samolocie układałem plan. A teraz myślę już tylko o tym żeby wreszcie iść spać. I idę.

 

10995937_624955594272214_6948579662365886713_n

Todd Terje, zdjęcie: Joseph Mattos-Hall

 

Wracając do łóżka rzucam okiem na Harpę z oddali. Ktoś miał bardzo fajny pomysł. Na ogromnej szklanej fasadzie migają światła. Wygląda to tak jakby lewy skraj budynku grał w ping ponga z prawym. Niestety zabrakło zorzy polarnej, ale i tak zapamiętam ten moment.

Dzień drugi. Ponieważ jesteśmy na Islandii a nie w Katowicach trzeba do listy zajęć dołączyć jakiś lokalny przysmak. Jeden z moich ulubionych. Opuszczony basen geotermalny w Seljavellir. Najstarszy basen na Islandii, 120km od Reykjaviku, półtora kilometra za małą wioską. I odkąd wioska zrobiła sobie basen bliżej, ten jest tzw. opuszczony. Chociaż w lato ruch w nim większy niż w tej wiosce przez cały rok pewnie.

 

11075796_10206482484805911_737192555_n

Stary człowiek i basen, zdjęcie: arch. prywatne

 

To trochę tak jak dobry koncert. Jedziesz długo samochodem. Potem jeszcze kawałek na piechotę. Tym razem woda wezbrała w przecinającym drogę strumieniu, więc zaliczyć trzeba było przeprawę po oblodzonych kamieniach lub zdjąć buty. Po półgodzinie skakania po oblodzonych kamieniach, zdjąłem. No ale potem dalsze rozebranie się do gaci w okolicy zera stopni i wskoczenie do ciepłej wody spływającej z gór, bezcenne. To jak zanurkowanie pod sceną na koncercie Sick of it all kiedy grają „Scratch the surface”. Kto wie ten wie.

W takim basenie można też spróbować dryfować leżąc na plecach. Nie jest to łatwe, ale jak już złapie się balans to bardzo relaksuje. Zimno z góry, ciepło z dołu. I w ten sposób, w tym stanie znajdujemy się wieczorem na pierwszym koncercie w Harpie.

Fufanu. Właśnie tak powinno słuchać się tej grupy. Unosząc się na powierzchni wody. To taki nie do końca pasujący rekwizytami do reszty koncert. Gitary, perkusja, stały wokalista, a nie gość zaproszony akurat teraz na trasę. Coś między Jesus and Mary Chain, a Ravonettes. Tego mi też brakowało, stary jestem, elektronika w nadmiarze mnie męczy. Natomiast Fufanu jest naprawdę warte zapamiętania. Dobry, hipnotyczny, sunący jak walec po rozgrzanym asfalcie koncert. Pewnie w okolicy połowy roku wydadzą płytę. Warto być czujnym. Jeden z lepszych islandzkich zespołów w tym roku.

 

 

Tego samego dnia dostanę też to na co powoli zaczynam mieć już alergię. Sophie. Czyli produkt w – „kupujący to, kupili również tamto”… Bardzo fajne. Bardzo ładna dziewczyna. Bardzo ładne światło i obrazki. Ale nic więcej oprócz absolutnie profesjonalnego mixu xero wielu innych, których słyszeliśmy wcześniej. I genialnie ocierająca się o wioskowe disko stylizacja całości. Fryzjerki z Kopavogur były zachwycone.

 

sophie

Sophie, zdjęcie: Mahala Marcet

 

I te fryzjerki nie pojawiły się tu przez przypadek. Mamy już piątek. Dużo więcej publiczności i wrażenie jest takie jakby wszystkie okoliczne wieśniary (przepraszam, ale musiałem nieco ironicznie, ale jednak użyć tego określenia) stawiły się na głośny sygnał. One tu są i tańczą dla mnie. Islandzka fryzjerka najczęściej jest całkiem wysoka. Ma długie blond włosy. Dużą pupę. Lekko zamglone oko podkreślone grubą czarną kreską. Co najmniej jedną pierś lekko wysuwającą się spod, najczęściej czarnego outfitu. I co najmniej dwóch satelitujących tancerzy, o głowę niższych, bekających piwem ze sklepu ze świnką w logo. W związku z tym idę do podziemi. Na poziomie garażu mamy scenę gęstego densu. Tu nie ma live act’ów. Tu są DJ’je.

 

Nina Kraviz, Thor, Biggi Veira

W zasadzie z mojej perspektywy, osoby coraz częściej myślącej o emeryturze, wrzuciłbym wszystko do jednego worka. Tu się liczy to że jest w miarę ciemno. Sufit jest nisko a dźwięk jest naprawdę dobry. Jeżeli wchodzą basy a ściany podziemnego betonowego schronu drżą… to wiedz, że organizatorzy i wykonawcy znają się na rzeczy. Wszyscy lecą tym samym patentem. Wolniej, szybciej i potem grubsze łupnięcie. Bam bam bam, chwila zjazdu na uspokojenie, i znowu. W tym miejscu nic się nie zmieni do soboty, a właściwie do „nad ranem” w niedzielę.

 

11002502_622609064506867_5768116766728379364_n

Nina Kraviz, zdjęcie: Mahala Marcet

 

Dużo ciekawszym, najciekawszym jest sala z miejscami do siedzenia. Nieduża, kameralna, ze świetną akustyką. Tam są ambitniejsze projekty. To tam kilka miesięcy wcześniej zobaczyłem w trakcie AirWaves bardzo ciekawy polski zespół, o którym pojęcia nie miałem, BNNT. Nieźli wariaci festiwalowi terroryści. Ale o tym przy innej okazji.

To miejsce jest trochę jak Warszawska Jesień muzyki tanecznej. Konkretna muzyka bazująca na eksperymencie z dźwiękiem a nie łapaniu siły zwrotnej od tańczącego tłumu.
Tego dnia trafiłem na AMFJ i Royal. Oba hasła pierwsze słyszę, ale oba wysłuchuję w pełnym skupieniu od początku do końca. Inteligentni Islandczycy absolutnie panujący nad formą. Z pomysłem. Tak jakbym posłuchał dwóch bardzo dobrze odegranych płyt. W tej sali pojawia się szacunek do słuchanych dźwięków. Potem się dowiaduję, że jeden z dwóch muzyków Royal grał w kilku najlepszych obecnie islandzkich grupach. A drugi jest jeszcze bardziej znany, aczkolwiek mniej udzielający się na po bokach. Ale to w sumie normalne, tu się przecież wszyscy znają, jak przed wojną w Biłgoraju.

Żeby zacząć ostatni dzień festiwalu i nie odpaść zbyt wcześnie, przychodzę późno. Ale z konkretnym planem. Yung Lean & Sad Boys. Miałem ochotę na trochę nowego, połamanego hip hopu. Oczywiście znowu okazało się, że pewne rzeczy brzmią zupełnie inaczej na płycie niż na żywo. Na żywo zabrakło już wystudiowanego spowolnionego tempa. Nic dziwnego, trudno na tym zapanować kiedy w kilku gości chodzi się na różne strony po scenie i permanentnie łapie zaczepny kontakt z publicznością. Zdecydowanie bardziej wolę tę manierę w wykonaniu Elliphant. A może po prostu w naturalny sposób jestem bardziej wrażliwy na zaczepki intrygującej dresiary z toną energii niż kilku podrostków stylizujących się na dilerów. Skończyło się na tym, że ponieważ chciałem ich posłuchać, bo w paru miejscach w internecie było napisane, że warto i że idzie nowa siła w rapie, to znalazłem sobie wygodne miejsce pod ścianą, żeby posłuchać leżąc. Niestety, chyba chłopcy mnie nie kupili, ponieważ po bliżej nieokreślonym czasie obudził mnie ochroniarz upominając, że tu się nie śpi.

Zdecydowanie. W tej sali tej nocy się nie spało, a finałem był Skrillex. Coś jest w tym drobnym człowieczku. Nie wiem co, chyba po prostu szczery marketing. Mgiełka undergroundowego kulturalnego globalizmu. Dzień wcześniej grał w Gdańsku, więc powiew światowego snobizmu spod znaku Harmony’ego Korine’a i imprez w Miami (na które zresztą wybierał się za tydzień) można sobie odpuścić. Jeśli koniki Pony brałyby LSD, to pewnie są to koncerty dla nich. Totalnie dopasowane pod dźwięk wizualizacje. Epickie animacje z budżetem przewyższającym pewnie sumę za jaką udałoby się sprzedać prawa do Bolka i Lolka i całe łódzkie studio Semafor. Choreografia efektu wizualnego dopięta do ostatniego guzika. Kiedy wskoczyć na stół i poskakać jak dziwna postać z filmu sci-fi. Kiedy zeskoczyć. Kiedy odpalić wyrzutnie sprężonego dymu. Kiedy oślepić laserami. Pewnie nawet Grotowski przyznałby rację, że robi to wrażenie. Sam postałem z pół godziny próbując zrozumieć jak długo można patrzyć i słuchać wciąż tego samego i mieć wrażenie absolutnej świeżości. I za to przed Skrillerem pełen pokłon.

 

skrillex_2_sonar_reyjkavik_2015_mahala_marcet

Skrillex, zdjęcie: Mahala Marcet

 

Był też jeden fajny patent. Zmusił całą salę do padnięcia na kolana. Wyciszył dźwięk. Po czym na raz dwa trzy cztery dał sygnał do wyskoku i w tym momencie odpalił te wszystkie swoje efekty. Konik Pony byłby w siódmym niebie i może nawet nie chciał wracać.

 

skrillexjumps

Skrillex, zdjęcie: Mahala Marcet

 

Tego dnia naprawdę spodobał się Kindness. Chociaż na końcu poczułem się trochę oszukany. Podobał mi się dlatego, że był to po prostu rzetelny koncert z fajnymi piosenkami, kompozycjami. Były zwrotki, były refreny. Był zespół, granie na żywo, nawet z domieszką fragmentów improwizacji. No i były dwie wokalistki. Kelela i Ade. A zwłaszcza jedna z nich (niestety nie wiem która, które imię) ale powinno się ją zameldować w Sevres jako wzorzec „ruszania się” na scenie. Niby nic specjalnego, ale wizualnie petarda.

 

11034243_631249286976178_2853573974114910287_n

Kindness, zdjęcie: Joseph Mattos-Hall

 

W Kindness zdziwiło mnie natomiast coś innego. Nigdy o nim ani jego nie słyszałem. Ponieważ występ podobał mi się bardzo, naturalnym było, że od razu sprawdziłem go na Spotifaju. No i co? No absolutnie coś innego. Zero scenicznej energii, zero rozpoznawalności piosenek. Jakby dwa zupełnie inne światy, jakby nazwa ta sama, a zawartość odmienna. I jest w tym coś charakterystycznego. Te jednoosobowe projekty skupione wokół jednej osoby. Ale tylko osoby. Kiedyś były to niezwykłe osobowości, a teraz? Nie wiem jak nazwać to zjawisko. W zależności od miejsca koncertu, dobranych muzyków, wokalistek całość brzmi zupełnie inaczej. Trochę jak w tytule filmu ”Czy leci z nami pilot?”.

A a propos festiwali można przerobić (skądinąd idiotyczne) powiedzenie, że z rodziną najlepiej wygląda się na zdjęciu. Festiwal najlepiej wygląda w internecie kiedy jarasz się line up’em. Jeszcze zanim kupisz bilet i zorganizujesz sobie transport. Łudzisz się, że poskaczesz na pięćdziesięciu koncertach, a potem nudzisz się na czterech, zasypiasz na piątym, a najbardziej spodobał ci się ten, na który wcale się nie wybierałeś. Jednak jedno jest fajne, jakieś wrażenie czy odkrycie zostaje potem na całe życie. Więc warto. Mimo wszystko.

 

Tekst: Tomek Nalewajek

Zobacz też inne wydarzenia

21.05.2015, WARSZAWA, KLUB BASEN, Sóley25.04.2014, WARSZAWA, CAFE KULTURALNA, KRÓL17.08.2015, Warszawa, Plac Defilad, Shamir