LAIF » RELACJA: Waves Bratislava – połów diamentów

RELACJA: Waves Bratislava – połów diamentów

 
Stolica Słowacji jest bardzo niepozornym miastem. Jego tajemniczą aurę odkryli twórcy kinowi, kręcąc tu jeden z filmów o przygodach Jamesa Bonda – „W obliczu śmierci”; potem „Peacemakera” i śmiesznych horrorów. Niedawno odbywał się tam przegląd muzycznych talentów: – Upadek muru berlińskiego nie załatwił sprawy. Wciąż mamy Europę Zachodnią i Wschodnią. Waves ma być próbą zatarcia tej różnicy – zapowiadali organizatorzy. Z jednej strony zagrał tu Mike Skinner z The Streets, z drugiej neurotyczna Litwinka Alina Orlova. Nie zabrakło także polskich reprezentantów, a jeden z nich – zespół Bokka, był headlinerem wydarzenia.
 
Tekst: Przemek Bollin
 
Dobra czołówka, świetna muzyka i narastające tempo akcji, a przede wszystkim mocny początek. Tak to się robi na Waves! Spieszę samochodem przez autostrady polskie, czeskie i słowackie. Tracę cenną godziny na kolejne korki na zwężonych do jednego pasa dróg; w końcu dojeżdżam na przedmieścia Bratysławy. Tu, znowu korek. Szlag, dlaczego? Po prawej stronie na poboczu stoją cztery radiowozy. Podjeżdżam bliżej – otwarte drzwi sportowego audi; obok zakuty w kajdanki kierowca. Need for Speed w realu? Niezły początek weekendu.

 

17 Wav15 Daniela Benková

Waves Bratislava, fot. Daniela Benková/ mat. prasowe

 

Wybrałem się na festiwal samochodem, bo Czesi i Słowacy mają dobre drogi – taką opinię usłyszałem od serdecznego znajomego i postanowiłem to sprawdzić. Jeśli i Wy macie taką pokusę, to pamiętajcie, że na drogach naszych sąsiadów obowiązują winiety. Jadąc, jak ja, z Gliwic do Bratysławy, musicie nabyć winietę do Czech i na Słowację – tak dla jasności, nawet jeśli jedziecie czeską autostradą przez kilkanaście minut. Przy okazji – uważajcie na prędkość, bo znajomy dostał 200 Euro mandatu i nawet nie było mowy o targowaniu się z policjantem – co za czasy. Swoją drogą nie wierzę, że nie biorą w łapę, ale nie, nie miałem okazji sprawdzić. Następnym razem spróbuję – jeśli punkty w ogóle mi na to pozwolą. Jeszcze wtręt o walucie. W Czechach mają koronę, ale na stacjach benzynowych akceptują też euro; tylko resztę wydają już w koronach. W małych sklepach i na prywatnych stacjach LPG ten trik już nie przeszedł, więc zostaje Wam deal w lokalnym kantorze lub wizyta na korporacyjnym petrol station – wedle uznania. Tyle notatek z podróży.

 

20 Wav15 Michal Lukáč

Waves Bratislava, fot. Michal Lukáč/ mat. prasowe


 
08 Wav15 František Halás

Waves Bratislava, fot. František Halás/ mat. prasowe


 
 
Festiwal typu showcase, a Waves do takich należy, odbywa się na zasadzie „z drzwi do drzwi”; muzycy grają o tej samej porze, a my mamy odwieczny problem czy wybrać talent ze Szwajcarii, czy objawienie z Estonii. Na 12 scenach odbyło się 120 koncertów, z których przynajmniej cztery byłe wykonane na najwyższym poziomie, który może w przyszłości zapewnić tym zespołom miano gwiazdy. Do tego jednak długa droga, kolejne festiwale, przeglądy i bitwa o kontrakt, zresztą nie tylko z wytwórnią, ale przede wszystkim z agencją koncertową. Bo niby dlaczego nie oglądamy tych młodych zdolnych w Polsce? Bo należą do brytyjskich agencji koncertowych, które proponują stawki grubo ponad stan i spory procent stawki zostaje w kieszeni agenta, dużo mniejszy zaś idzie na konto muzyka.
 
Zatem showcase to nie jakiś tam przeglądzik, z którego nic nie wynika, ale poważna rzecz, która może odmienić los anonimowej kapeli z zapomnianego kraju. Może i z zewnątrz wygląda to na imprezę branżową, pełną zblazowanych ludzi, którzy przyjeżdżają tu dla własnych korzyści – może, ale z dokładnie tych samych zjawili się tu muzycy. Jedni bez drugich niewiele zrobią i to rodzi łatwość komunikacji. Przykładem była próba zaczepienia mnie przez Reina Kutsara, menedżera Indgrid Lukas i Mari Kalkun. Trzy pytania: kim jestem, co robię i czy przyjdę na koncert jego ludzi. Szybko się okazało, że zna polski rynek festiwalowy: – Tauron Nowa Muzyka? Ania Kopaniarz? – pytał retorycznie.
 
W drodze między jednym klubem a drugim, trwały nieustanne rozmowy o wrażeniach i cichych faworytach do miana największego odkrycia Waves. Jedną z nowo poznanych osób była Barbora Šubrtová – odpowiedzialna za booking zagranicznych artystów na United Islands w Pradze. Miałem okazję spędzić z nią kilka godzin i poobserwować rzeczy, na które zwraca uwagę w występie na żywo.
 
– Ważne są emocje i kontakt z publicznością – mówiła, komplementując występ Oliviera Heima. Zadanie miał niełatwe, bo przydzielono mu scenę w Polish Insitute Bratislava. Mimo 15 osób pod sceną grał tak, jakby przed nim stał gęsty tłum. Wcześniej widziałem go na Spring Breaku, gdzie przyszła przeszło setka ludzi i zachowywał się podobnie. Zawsze grać swoje, bez względu na okoliczności – to cechuje profesjonalistów. Oby doceniono go również na Wyspach, a okazji do tego nadarzy się już w listopadzie, kiedy to ukaże się tam znany polskiej publiczności album „A Different Life”. Mimo że mieszka w Polsce od pięciu lat, to jego muzyka większe zainteresowanie wzbudziła w Wielkiej Brytanii. „Pisał o nim The Guardian, DIY Magazine, HUH Magazine, Wonderland Magazine i wiele innych” – wymienia jego menedżer Radek Chudzio. Za tym poszły koncerty na The Great Escape i Liverpool Sound City, gdzie został uznany za jednego z dziesięciu najciekawszych artystów. Czemu Londyn a nie Warszawa? – Ta muzyka bardziej wpisuje się w brytyskie trendy i gusta – argumentuje Chudzio.
 

 
Po wymianie wizytówek Šubrtová chwilę później znowu była głodna wrażeń. Ona wie, że w tym całym festiwalu chodzi o to, by zdążyć przed innymi. Żeby jak najwięcej płotek wpadło w twoje sieci, zanim złapie ich rekin, poważny gracz, który podniesie stawkę i ustali procent prowizji. Ona musi być przed nim, zabookować i wracać z uśmiechem do domu. Przykładem Pablo Nouvelle, na którego Czeszka czekała najbardziej. Niestety. Rekiny były pierwsze. – Nie ma szans, żeby niebiletowy festiwal konkurował z nimi. Oni życzą sobie setki tysięcy funtów za duże nazwisko i kilkadziesiąt za ledwie debiutującego – mówiła na gorąco. To zupełnie jak z piłkarzami. Kto pierwszy złowi Lewandowskiego, ten zarobi na dom letniskowy w Alpach.
Duże wrażenie zrobiła także Alina Orlova, która miała przyjemność grać w najbardziej profesjonalnej sali z możliwych – ale to już nie taka debiutantka. Na Litwie ma status gwiazdy, a i w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej radzi sobie coraz śmielej. W Polsce grała m.in. w Gdańsku. Nic dziwnego, że dali jej najlepszą scenę, bogatą w technikę jakiej próżno było szukać na większości występów na całym festiwalu. Światło, akustyka i nastrój były na scenie Teatru Miejskiego (MDPOH) dostępne na wyciągnięcie ręki i co bardziej świadomy muzyk korzystał z tego ile wlezie. Orlova odnalazła się w tym bez problemu, udowadniając, że skala jej głosu i talentu może aspirować do największych, łącznie z Tori Amos, którą zresztą przypomina – i wokalnie i w ekspresji na scenie.
 

 
Swoje zrobił także Mike Skinner, którego DJ set otwierał cały festiwal w piątkowy wieczór. W klubie Nu Spirit nie zabrakło repertuaru The Streets i zabawnej konferansjerki prowadzącego. Królowały evergreeny z lat 90., Kendrick Lamar i skrajne reakcje. Muzyczny bigos jednych przyprawił o mdłości, inni rechotali w najlepsze i choć jednych i drugich bolały brzuchy, to po autorze hitu „Blinded by the Light” można się było spodziewać czegoś więcej.
 

 
Z kręgu debiutantów najbardziej dał się zauważyć austriacki duet Leyya, który szturmem wdarł się na europejską scenę i z powodzeniem podbija kolejne showcase’y. Jest to muzyka elektroniczna na głos i gitarę lub loop jest u nas pełno, ale z tłumu podobnie ubranych dziewczyn i chłopców oni wyróżniają się nerwem, a wszelkie braki nadrabiają nastoletnią naturalnością. Tego nie można im odmówić. Oby trzymali to jak najdłużej.
 

 
Po przeciwległej stronie mapy muzyki alternatywnej leży i pachnie Ingrid Lukas. Fascynuje ich zoologia i botanika, a gdyby mogli, to by na scenie urządzili sobie Święto Wiosny, albo topienie marzanny. Ale co by nie być złośliwym – jest w tym tyleż formy, co i talentu, więc jeśli tylko wytrzymacie na ich koncercie zagajenia o kontekście utworu, będącego metaforą potwora z głową smoka, szyją węża i płetwą rekina, to stawiam dobre wino. Przedziwni ludzie, zwłaszcza wokalistka, która momentami zachowuje się jak postać tytułowa z filmu „Moja macocha jest kosmitką”.
 

 
Trzecim typem na debiut festiwalu jest słowacki zespół, uważany za jedno z największych odkryć minionego sezonu. Nazywają się Fresh Out Of The Bus i mają pojęcie o tworzeniu ładnych i zgrabnych melodii. Czy to odkrywcze? Nie i co z tego? Jeden ze znajomych dyrygentów powiedział, że zdarza mu się słuchać muzyki rozrywkowej. – Każdy utwór może być ciekawy, wszystko leży w kwestii wykonania. Jak jest nudny, to przełączam. Nie ma złego gatunku muzyki, są tylko utwory nudne lub po prostu złe – tłumaczy. Słowacy zdali ten test celująco.
 

 
Waves Bratislava obfitował w zdarzenia niezwykłe, kilka zaskoczeń – jak blisko Polakowi do Słowaka – szczególnie gdy zmęczenie sięgnie zenitu i jeden z nich nagle zaniemoże [językowo, ruchowo lub finansowo nawet – przyp. z życia]. Stolica naszych sąsiadów, a zwłaszcza Centrum, to okolica nieprzyjazna samochodom, więc jak planujecie jechać tam na czterech kółkach, to róbcie to busem. Taniej, bezpieczniej, a i głowa wolna od zmartwień. A festiwal? Takiej burzy mózgów u fanów muzyki – bez względu na to, czy to gryzipiórek, grajek czy gawędziarz – dawno nie widziałem. A jeśli przy tym dodać, że takie rzeczy dzieją się, żeby odkryć kolejnego Jamiego Woona, który grał tu w przeszłości, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby przyjechać tu za rok i spróbować złowić kogoś nowego, zanim podpłyną rekiny.

Zobacz też inne wydarzenia

21.03.2015, WARSZAWA, KLUB BASEN, JUNGLE 22.03.2015, Warszawa, Klub Mózg, Pierwszy Warszawski Salon Ambientu 19.03.2015, WARSZAWA, KLUB BASEN, JULIA MARCELL I POLA RISE