LAIF » WYWIAD: Tomas Høffding z WhoMadeWho – Czułem się jak Mickey Rourke

WYWIAD: Tomas Høffding z WhoMadeWho – Czułem się jak Mickey Rourke

Kobieciarz, rock’n’rollowiec i muzyk z powołania. Poznajcie Tomasa z WhoMadeWho, który 25 marca wystąpi z zespołem w katowickim Mega Clubie, dzień później we Wrocławiu i 27 marca w Warszawie. Jaki pogląd na granie na żywo i dlaczego lubi wracać do Polski? W rozmowie z Laifem Høffding przybliża kulisty tworzenia i bycia w zespole.

 

wmw

WhoMadeWho

 

Przemysław Bollin: Pracowałeś kiedyś w korporacji?

Tomas Høffding: Nie! Nie dałbym rady. Od zawsze pracowałem jako muzyk. Wyjątkiem była praca w sali zabaw dla dzieci, ale miałem wtedy kilkanaście lat. Potem była tylko muzyka.

 

Biuro – to brzmi, jak piekło na ziemi. Przynajmniej tak to wygląda w waszym klipie do „Running Man & The Sun”.

Trudno jest mi sobie wyobrazić siebie w takim miejscu. Jestem szczęściarzem, że udało mi się zostać muzykiem i utrzymywać się z grania. Nie ma szans, nie odnalazłbym się w biurze. To jest inny świat.

 

Pochodzisz z Roskilde, gdzie odbywa się jeden z najważniejszych festiwali muzycznych w Europie. Kiedy po raz pierwszy na nim byłeś?

Miałem 14 lat. Byliśmy małymi chłopcami w długich włosach. Pierwszy alkohol i papierosy, bez kontroli rodziców. Czułem się, jakbym był z The Beatles – słuchasz muzyki i wszystko ci wolno. Ale nie pytaj mnie o koncerty. Byłem nietrzeźwy i wchodziłem w świat rock’n’rolla.

 

Nie mów! Dziewczyny i te sprawy?

Bez komentarza (śmiech).

 

Już wtedy wiedziałeś, że chcesz być muzykiem?

Zawsze chciałem nim być. Marzyłem o tym od dziecka. Śpiewałem sobie co rano, wydurniałem się z wymyśloną gitarą, a potem zacząłem grać. Najpierw na pianinie, potem na gitarze. W wieku 14 lat założyłem zespół i nagrałem coś na kształt Motörhead. Chciałem grać na wielkiej scenie, być gwiazdą rocka.

 

WhoMadeWho niewiele ma z tym wspólnego.

Marzenia szybko się weryfikują. Rok, czy dwa lata później wiedziałem, że nie chcę grać super technicznie, że taka forma muzyki mi nie odpowiada. Dużo bardziej interesuje mnie komponowanie w grupie przyjaciół. Nagrywamy razem, podróżujemy po świecie, gramy przed kilkoma tysiącami dziewczyn – czasem bardzo gorących. Czego chcieć więcej?

 

Który moment tworzenia lubisz najbardziej?

Sam początek. Demo, czyste pomysły. Kiedy zaczynasz nową rzecz, jest wiele nietrafionych idei. Wtedy zdarza się jedna, która wstrzymuje ci oddech. Z nudy i bezproduktywnego siedzenia w studio, dostajesz takiego kopa do pracy, że przez kilka godzin nie możesz dojść do siebie. To piękne uczucie. Potem przychodzi proza życia i dwutygodniowa praca nad utworem. Dobry pomysł daje zapał, bez tego nie da się tworzyć.

 

Lubicie improwizować?

Bardzo. To nieodłączny element naszej muzyki.

 

Zdarza wam się dyskutować o tym, co macie zrobić?
Albo gadasz, albo grasz. Nie można robić dwóch rzeczy jednocześnie. Nie wiem jak jest w innych zespołach, ale dla mnie gadanie w studiu to strata czasu. Muzyka jest czymś niewytłumaczalnym i opiera się na emocjach. One nie mają prawa łączyć się z racjonalnym myśleniem. To są dwa oddzielne światy.

 

Pieprzyć matematykę.

O tak! Dobrze powiedziane.

 

A propos. Na waszym koncercie w Paryżu jeden z was wystąpił z napisem na klacie: „Fuck me”. Który to taki odważny?

To byłem ja, ale nie ja malowałem (śmiech). A tak serio, to chodzi o dialog z publicznością. To nie tak, że gramy swoje i nie zwracamy uwagi na ludzi. Chodzi o rozmawianie muzyką, jak w filmie. A ten wybryk z Paryża? Jeszcze lepiej było w Meksyku: 20 tys. ludzi pod sceną, piekielnie gorąco. Trzeba było jakoś schłodzić dziewczyny, więc polewałem je z góry szampanem, jak w filmie dla dorosłych. Czułem się jak młody bóg (śmiech).

 

Albo jak Mickey Rourke!
(śmiech). Ale tylko ten młody. Zapaśnik nie pasowałby do mojego zespołu.

 

WhoMadeWho, to dobry pomysł na biznes?

Bardzo zły (śmiech). Jakbyśmy byli materialistami, to już dawno rzucilibyśmy to w cholerę. Jeśli chcesz robić dobrą muzykę, to zapomnij o dostatku.

Czemu to robisz?

My naprawdę kochamy robić muzykę, wszystko inne jest tego efektem. Bez prawdziwej pasji tworzenia, nie możesz być artystą. Prędzej czy później znudzi cię, i wkurwi bieda.

 

Jesteście stabilnym związkiem/zespołem?

Metaforycznie nazwałbym nas „związkiem pełnym namiętności”. Z pozoru stabilny, a każdy pieprzy się z kimś na boku. Mimo to, jak przykładne małżeństwo, co wieczór siadamy razem do kolacji.

 

Z przejściami, ale szczęśliwie?

Nie robimy niczego, czego byśmy nie chcieli.

 

Za kilka dni wystąpicie na trzech koncertach w Polsce. Lubicie do nas wracać?

Macie piękne dziewczyny i wspaniale, spontanicznie reagujecie na muzykę.

 

Niezła laurka. Do zobaczenia w Katowicach.

 

 Tekst: Przemysław Bollin

Zobacz też inne wydarzenia

16-20.06.2015, Oświęcim, Life Oświęcim Festival 27.03.2015, WARSZAWA, KLUB BASEN, WHOMADEWHO 25.04. 2015, WARSZAWA, KLUB STODOŁA, OPEN STAGE, RITA PAX