LAIF » WYWIAD: Dzieło dwóch kumpli, rozmowa z Janusem Rasmussenem/ Kiasmos

WYWIAD: Dzieło dwóch kumpli, rozmowa z Janusem Rasmussenem/ Kiasmos

 

Z okazji wielkiego otwarcia warszawskiego klubu Smolna mieliśmy okazję usłyszeć kilka ugruntowanych na elektronicznej scenie importów muzycznych. Jedną z zaplanowanych niespodzianek okazał się set didżejski połowy duetu Kiasmos, czyli Janusa Rasmussena, znanego również wcześniej ze składu Bloodgroup. W hotelowym lobby kilka godzin przed swoim setem, próbował ubrać w słowa mało uchwytne idee, jakie towarzyszą tworzeniu muzyki w duecie z Ólafurem Arnaldsem.
 
Tekst: Kajetan Łukomski (Avtomat)
 

kiasmos_djset_presspic

fot. mat. prasowe


 
LAIF: W ciągu ostatnich dwóch lat odwiedziliście z Kiasmos Polskę wielokrotnie, zaczynasz się już do nas trochę przyzwyczajać?
 
Janus: Nie do końca. Tym bardziej że właściwie każdy nasz koncert w Polsce odznacza się jakąś wyjątkową atmosferą, coś fajnego zawsze wisi w powietrzu.
 
Bardzo ładnie wyuczona odpowiedź profesjonalnego muzyka, 10 na 10 punktów (śmiech). W takim razie inaczej – czy sądzisz, że Polacy i Islandczycy mają coś wspólnego, coś, co sprawia, że Wasza muzyka wyjątkowo dobrze rezonuje w polskich uszach?
 
Wydaje mi się, że dużo Polaków mieszka na Islandii, wielu z nich dobrze znam. Może i jest między nami jakiegoś rodzaju połączenie. Kiedy tu przyjeżdżam, czuję się bardzo przytulnie. No i macie Prince Polo, które na Islandii jest hitem wszechczasów (śmiech).
 
Jak poznaliście się z Ólafurem? Pierwsze ślady Waszej wspólnej działalności to aranże smyczków na drugiej płycie Bloodgroup, „Dry Land”.
 
Poznaliśmy się dużo wcześniej. Po pierwszym albumie Bloodgroup rozpoczęliśmy islandzką trasę koncertową, a Ólafur pojechał z nami jako dźwiękowiec. Nagłaśniał koncerty w takim klubie w centrum Reykjavíku, w którym często grywaliśmy i podobało nam się, jak wykręca nasze brzmienie. On z kolei znał i lubił to, co gramy, więc wybór był oczywisty. Podczas trasy bardzo zaprzyjaźniliśmy się ze sobą.
 
Czy pomysł na granie w duecie pojawił się już wtedy?

 
Tak, Kiasmos to był całkiem wczesny pomysł, chcieliśmy zabrać się za muzykę po swojemu. Właściwie to chyba sprawiło, że zostaliśmy przyjaciółmi – obaj chcieliśmy robić klubową muzykę, rozmawialiśmy o tym dużo, ale żaden z nas nie miał zielonego pojęcia jak się za to zabrać (śmiech). Po trasie spotykaliśmy się często na gin z tonikiem i w końcu zdecydowaliśmy, że wykorzystamy ten czas produktywnie. Wtedy wszystko się zaczęło.
 

Czy Wasze gusta muzyczne w dużej mierze się pokrywają? A może każdy z Was przynosi ze sobą coś zupełnie innego?

 
Właściwie to nasze gusta są całkiem kompatybilne, obaj jesteśmy bardzo otwarci na różne brzmienia, często w busie słuchamy nawet najnowszych popowych hitów. „O, jest taka nowa piosenka Katy Perry!” (śmiech). Po prostu obaj jesteśmy tym tematem żywo zainteresowani. Z drugiej strony każdy z nas ma charakterystyczne dla siebie odpały na konkretny rodzaj muzyki.
 
Czyli w tej materii nie ma miejsca na większe konflikty. A jak to jest z Waszymi osobowościami?
 
Ólafur pochodzi z bardzo poukładanego środowiska, ma wszystko bardzo dobrze zaplanowane, ja natomiast jestem trochę bardziej chaotyczny. Czasami przynoszę do studia tonę rónych pomysłów, każdy z innej bajki, a on, biedak, musi się przez to przekopywać i to systematyzować. Dzięki niemu nie spędzamy długich nocy na gdybaniu, bo to on mówi: „ej, musimy zacząć to aranżować”. On z kolei przy mnie staje się trochę bardziej spontaniczny, co też pewnie wychodzi mu na dobre. Ważne, że obaj, jako producenci, wiemy, kiedy wychodzi nam coś dobrego, a kiedy nie. Jeśli dany numer albo motyw nie do końca nam pasuje, to obaj potrafimy powiedzieć: „No trudno, dzisiaj nie zadziała się magia”. To ciekawe, ale poza Kiasmos żaden z nas nie robi takiej muzyki. Ólafur gra z Nilsem Frahmem i innymi muzykami, ale ten rodzaj wrażliwości powstaje tylko między nami dwoma.
 
Wracacie czasami do tych nieudanych dzieci, żeby postawić je na głowie i zamienić w złoto? Janus: Tak, kilka numerów z albumu powstało dokładnie w ten sposób. Wróciliśmy do starych pomysłów i zauważyliśmy, że jeśli podejdzie się do nich inaczej, powstają naprawdę mocne rzeczy.
 
W duecie pracuje Ci się świetnie – tęsknisz za pracą w zespole? Janus: Tak, zawsze ciągnęło mnie do grania zespołowego. Sam produkuję dużo dla popowych artystów i komponujących wokalistów, ale nie do końca lubię pracować zupełnie sam. Mam wtedy wrażenie, że w tej muzyce jest za dużo mnie, staje się zbyt egocentryczna i hermetyczna. To bywa trochę zbyt intensywne (śmiech). Poza tym praca z innymi ludźmi jest o wiele szybsza, inspirujecie się sobą nawzajem, podrzucacie sobie pomysły, jest w powietrzu jakaś chemia. Liczy się ten moment, kiedy ktoś gra w tle jakieś improwizacje, a Ty pstrykasz palcami i wołasz: „O, to było to! Zagraj to jeszcze raz!”. Od tego zaczynają się kształtować świetne utwory. Tęsknię też za tą energią na scenie – wszyscy w Bloodgroup mieliśmy rockowe korzenie (ja zaczynałem w zespole metalowym), więc sceniczne szaleństwo mieliśmy we krwi. Ostatnimi czasy widzę zbyt dużo zespołów, które na scenie są chłodne i odseparowane zarówno od publiki, jak i własnej muzyki, bardzo mnie to nudzi.
 
Macie plan powrócenia do Bloodgroup?
 
Raczej nie, ta przerwa po „Tracing Echoes” może rozciągnąć się w nieskończoność. Większość członków Bloodgroup robi teraz co innego, nie wszyscy nawet mieszkamy w tym samym kraju. Planuję natomiast kilka innych niespodzianek. Chciałbym wydać swoją autorską muzykę.
 
Nie boisz się, że będzie zbyt intensywna? (śmiech)
 
Prawdopodobnie! (śmiech) To będzie miks wszystkiego, co lubię, ale pewnie będę musiał odnieść się do zewnętrznych, obiektywnych obserwatorów, żeby nie przesadzić.
 
Myślisz, że wrócisz kiedyś do śpiewania? W tym lub w innych projektach?

 
Nie chcę mówić ani tak, ani nie, może po prostu jeszcze nie dotarliśmy do tego miejsca, w którym umiemy wykorzystać mój wokal tak, żeby pasował do Kiasmos. Musimy po prostu eksperymentować dalej, aczkolwiek na pewno miałbym z tego wielką frajdę. Jeśli któryś z utworów będzie tego potrzebował, to na pewno prędzej czy później na to wpadniemy. Czas pokaże. Pisząc nowy album na pewno chcielibyśmy skoncentrować się bardziej na sposobie grania tego materiału na żywo, tego jak sprawdzi się on podczas koncertów.
 
Czy Twoje sety didżejskie mocno różnią się stylistycznie od tego, co gracie z Kiasmos?
 
To po prostu miks numerów, które ja i Ólafur lubimy, nie ma w tym jakiejś głębszej idei. Mamy wspólny Dropbox, w którym wymieniamy się najlepszą muzyką, na jaką się natkniemy, a wierz mi – jest to dosyć szeroki zakres. Nigdy nie chciałbym zagrać całego seta podporządkowanego jednemu gatunkowi.

Zobacz też inne wydarzenia

22.03.2015, Warszawa, Klub Mózg, Pierwszy Warszawski Salon Ambientu 29.04.2015, WARSZAWA, KLUB HYDROZAGADKA, SUN GLITTERS I PLATONICK DIVE 12.04.2015, WARSZAWA, KLUB BASEN, VOO VOO