LAIF » WYWIAD: Editors – zakochani w synthpopie

WYWIAD: Editors – zakochani w synthpopie

 
Elliot Williams, gitarzysta i klawiszowiec Editors, przybliża kulisy powstania „In Dream” – pierwszego albumu w pełni wyprodukowanego wyłącznie przez zespół; przybliża postać wokalisty Toma Smitha i o mówi o tym, jak odnalazł się w grupie światowego formatu.
 
Tekst: Przemek Bollin, Zdjęcia: Rahi Rezvani

 

ed2222

 

Przemek Bollin: Jesteś świeżo po ukończeniu drugiej sesji nagraniowej z Twoim udziałem. Czujesz się już pełnoprawnym członkiem Editors?
 
Elliot Williams: Myślę, że koledzy już przy pierwszym albumie pozwolili mi poczuć się dobrze, nauczyli wielu rzeczy, w studio i na trasie. Tym razem cały zespół brał udział w pracy nad „In Dream”; towarzyszyły temu dużo większe emocje, a praca nad nowymi utworami miała bardziej eksperymentalny charakter.
 


To pierwsza płyta wyprodukowana bez pomocy producenta z zewnątrz. Kto odpowiadał za komponowanie muzyki?

 
Każdy z nas, ale to Tom [Smith, wokalista – przyp. Autora] inicjował pracę nad utworami. Siadał do pianina, pisał teksty, proponował melodie, a my obudowywaliśmy go swoimi pomysłami i partiami instrumentalnymi.

 
Co sprawiło Wam najwięcej problemów w tym trybie pracy?
 
Zapamiętanie wszystkich technicznych ustawień, jakie towarzyszyły pierwszemu nagraniu. To bardzo trudne, gdy musisz godzić trzeźwość umysłu technika, a jednocześnie oddawać się emocjonalnemu graniu; jeśli za bardzo odpłyniesz i nie wciśniesz „rec.”, to wszystko na nic. To bardzo prozaiczne, ale prawdziwe. Byliśmy zdani na siebie, oczywiście z własnej woli. Kiedy wyjechaliśmy do Szkocji, nie przypuszczaliśmy, że takie sytuacje mogą tak bardzo rozpraszać. Kiedy jesteś muzykiem, skupiasz się na graniu, a resztę przyjmujesz za oczywistość – to tak nie jest. Nic samo się nie zrobi i boleśnie się o tym przekonaliśmy.
 

Jaki był Twój udział przy tym albumie?
 
Pracowaliśmy w Szkocji razem, w jednym pomieszczeniu, nie mieliśmy indywidualnych zadań, chociaż oczywiście bardziej odpowiadałem za gitary i programowanie elektroniki. Nie brałem za to udziału w pracy nad partiami perkusyjnymi. Każdy robił to, co potrafił najlepiej.
 

Rok temu ukazał się Twój solowy album Y.O.U. „Heavy Crown”, który – podobnie jak „In Dream” – wypełniony jest elektroniką. Dla mnie, jako fana Editors, to nowość. Te pomysły wychodziły od Ciebie?
 
Ja elektroniką interesuję się od zawsze, ale reszta zespołu też nigdy jej nie unikała. Jasne, że „In Dream” nie jest klasycznym albumem rockowym; postanowiliśmy pójść w nieco inną stronę i efekty tego są fascynujące dla nas wszystkich. Owszem, zajmowałem się programowaniem elektroniki na płytę, ale reszta składu też doskonale się w tym odnalazła.
 

To najbardziej elektroniczny materiał w dyskografii zespołu.
 
Prawdopodobnie tak, ale nie zapominałbym przy tym o innych elementach. Muzyka powstała do tego, co napisał Tom – więc reszta układała się pod jego propozycje. To prawda, że kilka utworów rzeczywiście można określić „najbardziej elektronicznymi w historii zespołu”, ale nie brakuje tu również klasycznego brzmienia, znanego z poprzednich płyt.
 

Często chodziliście na kompromisy, czy to jednak Tom Smith mówił ostatnie słowo w czasie dyskusji nad brzmieniem? Zdecydowanie jest on liderem zespołu, ale nie próbuje nas rozstawiać po kątach (śmiech). Każdy zna swoje miejsce i dobrze się uzupełniamy. Myślę, że Editors to demokratyczny zespół.
 
Jego bycie liderem sprowadza się do tego, że jest on twarzą zespołu, ale poza kadrem każdy jest tu tak samo ważny i ma tyle samo do powiedzenia – to bardzo ułatwia pracę nam wszystkim.
 

Editors od lat słynie z pięknych, jasnych melodii i w tym kontekście na uwagę zasługuje „Ocean of Night” i znakomity singiel „No Harm”. Kto jest autorem muzyki do tych utworów? Należy mu się duże piwo.
 
(Śmiech). Autorem wszystkich melodii na płytę jest Tom i to jemu należą się te gratulacje. To znakomity wokalista, który w pracy korzysta zarówno z metody improwizacji, jak i wcześniejszego przygotowania. Potrafi dopasować się do każdej sytuacji i swobodnie korzystać z emocji, jakich dana piosenka potrzebuje. Praca z nim to czysta przyjemność.
 

Intro „The Law” przypomniało mi dziś o „Black Celebration” i „Music for the Masses” Depeche Mode. Czy te płyty towarzyszyły Wam w pracy w studio?
 
Jesteśmy dużymi fanami synth popu i oczywiście znamy te i inne klasyczne albumy tego gatunku. Może nie zabieraliśmy ich do studia, w formie fizycznej kopii, ale pewne rzeczy po prostu pamiętamy; ten rodzaj, sposób tworzenia melodii [prezentuje przykład] „tuu-duu-tu-du-tu”. Jesteśmy przede wszystkim słuchaczami i kochamy tamten okres w historii muzyki, zwłaszcza takie grupy jak Yazoo czy The Human League – podobał mi się ich styl. Mocno inspirowaliśmy się tamtymi czasami i na pewno można to usłyszeć w tych dźwiękach.

 
ed1
 

W tym utworze gościnnie pojawiła się Rachel Goswell ze Slowdive – to duże nazwisko w świecie alternatywy.
 
Tak, to znakomita wokalistka i świetny zespół; drugi wśród moich ulubionych, obok My Bloody Valentine, którzy są na podobnie wysokim poziomie.
 

„In Dream” imponuje również pod względem oprawy graficznej, czego próbkę można zobaczyć w teledysku „No Harm”.
 
Mieliśmy dużo szczęścia, że trafiliśmy na Rahiego Rezvani. To niebywałe, jak potrafi patrzeć na muzykę, jak wiele przy tym odkrywać. Pracowaliśmy z wieloma fotografami, ale nigdy nie spotkaliśmy kogoś takiego. Nasza współpraca była zderzeniem, bardzo intensywnym; chcę powiedzieć, że dla mnie jest on geniuszem. Jest odpowiedzialny za wszystko: od fotografii przez oprawę graficzną albumu aż po wspomniany przez Ciebie klip. Artysta kompletny.

 

 

Ciekawi mnie bardzo zestawienie trzeciego i czwartego utworu, w kolejności: „Forgiveness” i „Salvation”. Czy to dyptyk?
 
Masz na myśli jedną historię w dwóch utworach?
 


Tak, dla osoby wierzącej przebaczenie jest konieczne do zbawienia, więc naturalnie połączyło mi się to w całość.

 
Trudno mi się wypowiadać w tej kwestii, musiałbyś zapytać Toma.
 

Tom?!
 
(Śmiech). Zapytam go o to przy najbliższej okazji. On odpowiada za teksty i zamysł w kwestii kolejności i historii, jaka się z tego tworzy. Nie rozmawiałem z nim na ten temat, ale to ciekawa uwaga. Sam chciałbym się teraz dowiedzieć, czy masz rację.
 

Zawołajmy razem.
 
(Śmiech).
 

Jak tytuł albumu „In Dream” ma się do kariery Elliota Williamsa? Editors to zespół światowego formatu – jak się w nim odnalazłeś i jakie cele stawiasz sobie teraz?
 
Rzeczywiście, praca w takim zespole to za każdym razem wychodzenie naprzeciw dużym oczekiwaniom. Chciałbym, żebyśmy w przyszłości powtórzyli proces nagrywania własnymi siłami, bez obecności osób trzecich. To bardzo odciąża, gdy nikt nie mówi ci co i jak masz robić; pracujesz jak chcesz i okazuje się, że sam potrafisz o to zadbać.
 
Niebawem ruszamy w trasę, ale póki co skupiamy się jeszcze na promocji nowej płyty i odliczamy dni do premiery [rozmawialiśmy 1 września – przyp. Autora]
 
Przygotowujecie specjalną oprawę wizualną?
 
Właśnie nad tym pracujemy. Pochłania to ogromne koszty, ale efekt będzie powalający. Będziecie mogli to zobaczyć i ocenić na naszych koncertach w Polsce.

Zobacz też inne wydarzenia

03.06.2015, GDAŃSK, KLUB B90, PRESIDENT BONGO (GUS GUS)20.03.2015, WARSZAWA, KLUB BASEN, CLARK – BEFORE FESTIWAL TAURON NOWA MUZYKA 201522-23.06.2015, Poznań, Warszawa, Nothing But Thieves