LAIF » Wywiad: – GusGus to moja religia.

Wywiad: – GusGus to moja religia.

Założyciel jednej z najbardziej uznanych marek w Islandii, wielbiciel melodyjnego techno i najwyższej jakości popu: – Myślenie o muzyce jako produkcie to błąd – stwierdził. Nie zbiera płyt, nie kolekcjonuje winyli, ale niezmiennie szuka dobrej muzyki. O karierze solowej nie myśli: – GusGus to część mnie. Nie wyobrażam sobie niczego innego. 

Poznajcie Biggiego Veirę.

 

yrGROaqEJDv1-original

Gus Gus, od lewej: Högni Egilsson, Stephan Stephensen, Biggi Veira, Daníel Ágúst Haraldsson; Zdjęcie: mat. prasowe

 


Co to jest GusGus? To nieprzewidywalna elektronika, niebanalne melodie, skaczący po kolegach z zespołu Daníel Ágúst i koncerty, na których odkrywa się ich muzykę na nowo. To zespół, który na dziewięciu płytach zmienił się bardziej niż Frodo w trylogii Tolkiena. Zaczynali od trip-hopu, a gdy moda na niego minęła, zaczęli szukać inspiracji w housie i niemieckim techno. Krytyka muzyczna, zakochana w ich „Polydistortion” z 1997 r., po premierze „Attention” zaczęła kręcić nosem, ale Biggi Veira i President Bongo nie przejmowali się tym wcale. Pierwszy z nich w rozmowie z LAIF-em przyznał, że przez te wszystkie albumy, od 2002 r. do teraz, szukał recepty na przebój i znalazł go wreszcie. Mowa o „Arabian Horse”, pierwszej płycie wydanej nakładem niemieckiej wytwórni Kompakt, a to marka znana i doceniana niczym Coca-Cola. Dowody na przebojowość GusGus można znaleźć na stronach Beatportu, w archiwach UK TOP20 i u waszego lokalnego didżeja. Zapytajcie go na początek o „Need In Me”, „Over” i niezapomniany „Believe”.

O jakości ich muzyki świadczą od dawna koncerty: – Lubię ich płyty, ale live to zupełnie inna jazda. Na żywo są nie do poznania – usłyszałem po jednym z ich występów w 2008 r. Od tamtej pory nie grają pierwszych albumów: – Nie będziemy już wracać do trip-hopowych korzeni – zapewniają. W to miejsce wstawiają kolejne tech-house’y i melodyjne IDM-y, których nie brakuje na „Mexico”, najnowszej płycie zespołu. Po zeszłorocznej trasie koncertowej w Polsce, chłopaki z Gus Gus wracają do nas latem – 13 sierpnia zagrają imprezę na plaży w Klubie Zatoka Sztuki w Sopocie. Z tej okazji przypominamy Wam nasz wywiad z mózgiem zespołu – Biggim Veirą, gdzie opowiada o kulisach powstania płyty „Mexico” i sympatii do polskich fanów.

 

9jnSXiRRU6dC-original

Biggi Veira; Zdjęcie: mat. prasowe

 

 

Przemysław Bollin: Pamiętam wasz koncert z 2008 r., na festiwalu Global Gathering w Poznaniu. Od tamtej pory odhaczacie kolejne polskie miasta. Macie w naszym kraju sporą rzeszę fanów…
Biggi Veira: W Polsce gra się naprawdę dobrze. Świetnie reagujecie na muzykę.

 

Trudno nie określić „Forever” jako części nowego rozdziału w waszej karierze. Poszliście w stronę piosenkowatości.

Nie jest to mój ulubiony album, wolę instrumentalne utwory, a tam była ich tylko połowa. Reszta to były kawałki z wokalem. Dużo było w tym tech-house’u, ale całości sporo jeszcze brakowało.

 

Na „Forever” występuje temat seksualności, który powraca na „Mexico”, w „Obnoxiously Sexual”. O jakim rodzaju seksualności w nim mowa?

Na pewno nie o fizycznej. Na „Forever” mówiliśmy o sensualności, energii pomiędzy dwojgiem ludzi. Jest to rodzaj seksualności, ale niedosłownej. Dla mnie generalnie muzyka nie wynika z ciała, ale z duszy.

 

Na „Mexico” zaskakuje „God-Application”. Brzmi jak połączenie M83 z muzyką Koop.

Rzeczywiście ten utwór różni się od pozostałych. Normalnie pracujemy nad kompozycją, zaczynając od instrumentaliów, dopiero potem dodajemy partie wokalne. Tutaj było inaczej. Przyszedł do mnie Högni Egilsson (wokalista GusGus – aut.) i powiedział, że chciałby sam popracować nad samplami. Kombinował po swojemu, bo zrezygnował z techno i house’u. Szukał czegoś nowego tak długo, aż trafił na ten właściwy bit, który teraz słychać w „God-Application”.

 

Zazwyczaj ty komponujesz. Spodobało ci się to, co zrobił?

Było w tym trochę r’n’b, trochę elektro i przypominało „Attention” (album GusGus z 2002 r. – aut.), zwłaszcza singiel „Desire”. Wtedy graliśmy w większym składzie, czerpiąc z siebie nawzajem. Proces powstawania „Mexico” przypominał raczej sesję do „Arabian Horse”, kiedy wokale dokładaliśmy na samym końcu. Tym razem pozwoliliśmy sobie na luz tworzenia i na testowanie różnych wariantów, co wyszło nam na dobre.

 

Po egzotycznie brzmiącym „Arabian Horse” kierujecie naszą uwagę na Meksyk. Co was zainspirowało w kraju Majów?

Potrzebowaliśmy zmiany po nagraniu najlepszego albumu w karierze, bo tak oceniam „Arabian Horse”. Jest bardzo finezyjny, a jego brzmienie dojrzewało już od wcześniejszej „24/7”. Jednak po każdym spełnieniu i zmęczeniu po trasie koncertowej, zaczynasz czuć głód czegoś nowego. Zapragnąłem wtedy czegoś technicznego, z grubym bitem i parkietowym potencjałem i z tego zrodziło się „Mexico”. Nie mam jeszcze na tyle dystansu, żeby przyjrzeć się i ocenić nową płytę z boku. To przyjdzie z czasem.

 

W GusGus tworzysz zarówno ładne, uporządkowane, jak i brudne dźwięki. W którą stronę poszedłbyś, gdybyś miał nagrać album solowy?


Cóż, chyba… (Po dłuższej chwili) To dziwne. Nie mam pojęcia. Nigdy o tym nie myślałem. Może dlatego, że GusGus to część mnie. Nie robię tu niczego wbrew sobie, więc wychodzenie z zespołu po to, by zrobić płytę solową, byłoby bez sensu.

 

Wydaliście drugi album dla niemieckiego labelu Kompakt. Kawałek „Airwaves” brzmi jak ukłon w stronę niemieckiego techno. Który z twórców tamtej sceny wyróżnia się na tle kolegów z branży?

Trudno mi kogokolwiek wskazać. Podobało mi się techno z 2004 r., kiedy Booka Shade wydała „Memento”. Techno było wtedy tak melodyjne, że grali je w co drugim klubie – to było inspirujące. Dziś wszystkiego jest więcej, od gatunków, przez style, po najrozmaitsze mieszanki. Nie ma w tym nic złego, ale to już nie to. Dlatego nie sądzę, by „Mexico” było szczególnym ukłonem dla techno roku 2014. Nie ma się komu kłaniać.

 

Mówisz o melodyjności, której na „Arabian Horse” było całe mnóstwo, wystarczy wspomnieć porywający singiel „Over”. Byłbyś świetnym producentem popowym.

Sam pop to byłaby dla mnie męka. Oczywiście śledzę nowe trendy w muzyce, ale prawdziwe tworzenie opiera się na czymś innym. Cały czas trzeba mieć świadomość proporcji. Stworzenie przeboju o potencjale popowym to balansowanie między odpowiednim brzmieniem, trafnym tekstem a melodyjnością. Trzeba być bardzo sprawnym technicznie, żeby to się udało. Myślenie o muzyce jako produkcie to ślepy zaułek.

 

Jest jedna rzecz, która łączy Meksyk i Polskę – głęboka wiara w Boga. Poruszacie ten temat w „Believe” z 1997 r. O jakiej wierze w nim mowa?

Na pewno nie poruszamy w nim kwestii religijności, nie mówimy w nim także o poglądach politycznych, które często towarzyszą wierze. Ten utwór mówi o sferze duchowej, którą dla nas jest muzyka. Rozmawiamy o bardzo ważnej kwestii, ale ja traktuję religię jako przestrzeń poznawczą. Każdy musi znaleźć własną drogę i odpowiedź na to, co nazywa Bogiem i czym on dla niego jest.

 

Rozmawiał: Przemysław Bollin

Zobacz też inne wydarzenia

28.04.2015, WARSZAWA, CAFE KULTURALNA, OLIVIER HEIM 12.04.2015, WARSZAWA, KLUB BASEN, VOO VOO 08.05.2015, WARSZAWA, KLUB BASEN, HVOB