LAIF » WYWIAD: H.O.S.H. : „Moja muzyka ma posuwać brzmienia elektroniczne do przodu”

WYWIAD: H.O.S.H. : „Moja muzyka ma posuwać brzmienia elektroniczne do przodu”

 

Pochodzący z Hamburga H.O.S.H. (Diynamic / Stil vor Talent / Kindisch) to jeden z najciekawszych reprezentantów nowoczesnej muzyki house.
W 2005 roku założył wraz z innymi producentami: Mladenem Solomunem and Adriano Trolio swój własny wspólny label Diynamic Music.

 

Przed występem w stołecznym klubie Smolna, H.O.S.H. opowiada mi o występach w egzotycznych miejscówkach na różnych kontynentach, wspólnym mieszkaniu z Solomunem, zaletach Hamburga, respekcie dla niemieckiej house’owej Starej Szkoły i założeniu własnego klubu…
 

Tekst: Artur Wojtczak
 

13600138_1213952895302516_6738108161005694273_n

zdjęcie: mat. prasowe


 

Artur Wojtczak: Przyleciałeś właśnie do Warszawy prosto z Emiratów Arabskich. Jaka była wczoraj impreza? Czy rave’y w miastach takich jak Dubaj, Kijów, czy Szanghaj to wciąż swego rodzaju egzotyka czy raczej przyszłość kultury klubowej?
 

H.O.S.H. : Impreza była naprawdę fajna, ale oczywiście to nieporównywalne z klubami europejskimi, jest zwyczajnie inaczej, inna atmosfera, okoliczności. Wszyscy są tam niebywale bogaci, bawią się inaczej. Trzeba się do tej atmosfery dopasować. I nie znaczy to, że impreza jest zła.
 

A grałeś już też w Azji? Jak to się różni od grania na starym kontynencie?
 

Tak, grałem np.  w Indiach. I tam też było ciekawie, tak samo zresztą jak w  Ameryce Południowej. Grałem też na Bali i było wyjątkowo. To też inna publiczność, różniąca się od tej nowobogackiej w Arabii Saudyjskiej. Ale cenię sobie zbieranie takich doświadczeń i ekspansję muzyki tanecznej na inne kontynenty.
 

 Mieszkałeś wspólnie z Solomunem w wynajętym mieszkaniu. Czy wtedy wzrosło Twoje zainteresowanie brzmieniami house i techno? Inspirowaliście się wzajemnie?

 

Tak, mieszkaliśmy razem i zdecydowanie obopólnie się inspirowaliśmy. Ale muzyki house i techno zacząłem słuchać wiele lat wcześniej. Wszystko się jednak fajnie złożyło w  czasie, bo mieliśmy wspólne cele i zapatrywania na muzykę, a zwłaszcza na założenie wspólnego labelu. Wspólnie gotowaliśmy, dyskutowaliśmy i postanowiliśmy powołać do życia DIYNAMIC, który miał pokazywać światu muzykę, która posuwa brzmienia elektroniczne do przodu.
 


 


Wciąż jesteście przyjaciółmi?

 
Tak, jak najbardziej! A nasz label ma już ponad 10 lat. Widujemy się teraz co prawda rzadziej, ale taka jest specyfika naszego zajęcia obfitującego w podróże. Oraz faktu, że ja przeprowadziłem się do Hiszpanii.
 

Twoje miasto rodzinne – Hamburg – zostało uznane w jednej z ankiet za ulubione miasto do mieszkania przez Niemców. Znalazło się też w Top 20 najbardziej przyjaznych miast do mieszkania na świecie. Jak się żyje i imprezuje w Hamburgu?
 

Ja nie urodziłem się co prawda w samym Hamburgu, ale bardzo długo tam mieszkałem. To rzeczywiście miejsce wyjątkowe. U mnie sprawy potoczyły się tak, że jakiś czas temu wyjechałem z  żoną do Hiszpanii, bo stamtąd ona pochodzi. A ja osobiście uwielbiam ten kraj – pełen słońca i miłych ludzi. Hamburg długo mnie inspirował, bo zawsze była tam aktywna scena taneczna i hip-hopowa. Samo portowe miasto jest piękne, ale pamiętajcie: gdy zaplanujecie tam wyjazd, liczcie się z faktem, ze pogoda nie będzie nadzwyczajna! (śmiech).
 

Z Hamburga pochodzą wielcy bohaterowie house’owego Old-Skoolu: Boris Dlugosch i Mousse T. Czy czasami gdzieś się razem graliście lub spędzaliście czas? A może chodzicie innymi drogami i wspólne imprezowanie dotyczy bardziej chłopaków z Kollektiv Turmstrasse?
 

Boris Dlugosch i Mousse T. mają mój ogromny szacunek za to, co zrobili dla sceny niemieckiej i światowej. To znakomici producenci. Od czasu do czasu gdzieś na siebie wpadamy: czy to na lotnisku czy w klubie. Zresztą ja kiedyś pracowałem w sklepie płytowym i tam częstym gościem był Boris Dlugosch. Dziś pewnie częściej mam do czynienia z chłopakami z Kollektiv Turmstrasse – zwłaszcza, że jesteśmy przecież w jednej wytwórni.
 


 


W 2014 założyłeś swój własny klub w Hamburgu: Villa Nova. Jak do tego doszło? I czemu został niestety zamknięty?

 

Przejąłem ten klub od Solomuna i Magdaleny w 2014, którzy nie chcieli się już w to angażować. Ja w tamtym czasie już tez byłem jedną nogą poza Hamburgiem – planując wyjazd do Hiszpanii. I tym samym nie miałem wystarczająco czasu, by się temu przedsięwzięciu poświęcić. Tak więc popełniłem błąd już na początku, nie będąc zbyt często na miejscu, tracąc nad tym kontrolę. Miałem oczywiście swego partnera biznesowego, z którym robiłem z sukcesem m.in. festiwal „Gruenanlage” na północy Niemiec. Tak więc dałem mu wolna rękę i sfinansowałem całość. Nie wchodząc w szczegóły, reszta poszła zupełnie nie po mojej myśli, zaczęły się nieporozumienia i  finalnie bankructwo klubu. Nauczyłem się wtedy, ze klub to też biznes i trzeba go kontrolować na bieżąco, nie ufać ślepo. I trzeba być na miejscu, poświęcać temu czas, by się rozwijało.  Nie powstrzyma mnie to od nowych projektów, ale będę zdecydowanie ostrożniejszy.
 


 


Twoja muzyka określana jest jako nadająca się zarówno do klubu jak i radia. Co jest dla ciebie istotniejsze: szacunek undergroundu czy sięganie do szerokich mas słuchaczy?

 

Robię muzykę, jaką czuję. I to też się zmienia. Czasem brzmienie jest może bardziej popowe, np. w remiksach, bo taki był chwilowy trend. Ale ogólnie to chcę produkować rzeczy, jakie mi się podobają. Ani komercyjnie ani bardzo niszowo, gdzieś pomiędzy. Nie kieruję się względami sprzedażowymi.
 

Jakie są Twoje ulubione klubowe klasyki – płyty, które grasz od lat i zawsze działają na parkiecie?
 

Tak na szybko trudno mi się zdecydować i wybrać 3 spośród tylu! Ale może zaproponuję 2. Jako pierwszy to coś ze „starej szkoły”: Rhythim Is Rhythim „Strings Of Life”
 


 

oraz „Hale Bopp” Der Dritte Raum, wciąż totalny banger!
 

Zobacz też inne wydarzenia

06.04.2015, WARSZAWA, KLUB BASEN, MØ10.06.2015, WARSZAWA, MIŁOŚĆ, SLOW MAGIC27.06.2015, Warszawa, Cafe Kulturalna, Crocodiles