LAIF » WYWIAD: Heiko Laux : „W techno wszyscy dostrajają się do tej samej częstotliwości na parkiecie”

WYWIAD: Heiko Laux : „W techno wszyscy dostrajają się do tej samej częstotliwości na parkiecie”

 

Heiko Laux – filar niemieckiego techno od lat 90., szef labelu Kanzleramt odwiedził w maju Warszawę, by zagrać w klubie Smolna. W wywiadzie opowiada o początkach kultury techno, imprezach rave w kultowym Omenie we Frankfurcie, emocjach na parkiecie i podczas odsłuchiwania muzyki, muzyce pop, która utorowała drogę brzmieniom klubowym i jednoczeniu się w muzyce.
 

Tekst: Artur Wojtczak
 

SONY DSC

Zdjęcie: residentadvisor.net

 

Artur Wojtczak: Heiko, określiłeś kiedyś house’owy klasyk Farleya Jack Master Funka z 1986 roku ‘Love Can’t Turn around’ jako płytę, która wywarła ogromny wpływ na Twoje życie I kreatywność muzyczną. Jakie jest Twoje zdanie na temat współczesnej muzyki house i techno? Czemu oba gatunki idą teraz właściwie oddzielnymi drogami?
 

HEIKO LAUX: Płyta Farley Jackmaster Funka z pewnością jest nadal jedną z najważniejszych w historii muzyki. Energia, jaką wtedy ze sobą niosła była nie do opisania,. To była pewna nowa fala nowych brzmień. Nie jestem już specjalistą w house, ale oba te gatunki wciąż się rozwijają. Wcześniej techno i house były oczywiście jeszcze bliżej siebie, podobnie jak hip-hop. Obecnie głębokie i kreatywne techno jest wg mnie jednym z najciekawszych sposobów wyrażania emocji w muzyce.
 

 

Twój label Kanzleramt jest na rynku od 1994 roku. Gdy spoglądasz wstecz: jak oceniasz początki i stan obecny rynku muzycznego? Jak wpłynął na niego proces cyfryzacji?
 

Nowe czasy i cyfryzacja były i są zarówno szansą jak i zagrożeniem dla małych labeli. Pliki cyfrowe maja to do siebie, że ich dystrybucja jest prosta, nie tak skomplikowana i wymagająca nakładu finansowego i logistycznego jak winyle. Natomiast kiedyś było tak, że sprzedawałeś na początku lat dwutysięcznych 5000 egzemplarzy danej płyty, która była rynkowym sukcesem, a teraz plik z popularnym nagraniem ściągany jest legalnie 500 razy. To inne liczby, inna liga. Większość plików rozprzestrzenia się nielegalnie. Pewnie aż 90%. Trochę tracą też na znaczeniu labele, albo uściślając: są traktowane po macoszemu przez cyfrowych dystrybutorów. Bo ci nie pozwalają np. na wyszukiwanie muzyki po wytwórni. A to bardzo niekorzystne, bo przecież kultura taneczna to fani konkretnych labeli, tak filtrujemy muzykę wg swoich gustów, tak szukamy nowości. Tymczasem Spotify ma inną politykę i ignoruje mnie jako właściciela wytwórni, który chce ją i jej nowe wydawnictwa promować.
 


 

Mieszkałeś w Bad Neuheim, około 35 km od Frankfurtu. Jak wspominasz początki ery techno i słynne rave’y w klubie Omen? Czy było tak, jak w utworze Danny’ego Tenaglia „Better days”?( When I look back into the days – the better days. Things have been so smooth. People were dancing, people were smiling. The music was pumping. There was a feeling. Life was a party, the party was life”)
 

Rave’y w klubie Omen były z pewnością czymś niewiarygodnie inspirującym i zostawiającym ślad na całe życie, to miejsce to istna legenda. Czy teraz jest lepiej? Też jest dobrze, ale ciężej znaleźć coś dobrego (śmiech). Natomiast wciąż spotykam ciekawych, głodnych prawdziwej muzyki młodych ludzi. I oni to czują, mają w sobie to, co wspominał Danny Tenaglia. Tylko ich okoliczności dorastania w muzyce są inne. Ja biegałem kiedyś do sklepu płytowego i odsłuchiwałem setki płyt, które zresztą już na mnie czekały, bo sprzedawca znał doskonale mój gust i wybierał je dla mnie. Tego uczucia nie zastąpi żadne filtrowanie Beatportu (śmiech).
 

W 1998 roku odbyła się ostatnia największa ”Love Parade”. I to był jej koniec, bo była tak wielka, ze nie dało się już pójść dalej, rozwijać jej. Kult się skończył, bo nie mógł rosnąć. Ja jestem już starym wyjadaczem i nikt nie przekona mnie tekstem typu: „ten kawałek to prawdziwy nowy cud”. Ja mam już niemal skazę, bo jak słuchasz tysięcy utworów, to patrzysz na to z innej perspektywy. Po 30 sekundach masz nadzieję, ze ten kawałek rozwinie się i kiedyś przyprawi o ciarki tysiące osób w klubie. I często nic się nie dzieje … Wtedy włączam następny.

 

Czytałem twoje pozytywne zdanie o płytach popowych z lat 80. , które zawierały też instrumentale i tzw. dub-mixes. Czy to był faktycznie początek kultury techno?
 

Absolutnie tak. W latach 80. pojawiały się świetne płyty zawierające doskonale miksy typu dub czy właśnie instrumentale. Tak miała np. Madonna z Jellybeanem…
 

I Shepem Pettibone, który miksował też dla Pet Shop Boys…
 

Tak, dokładnie! Shep robił bardzo futurystyczne miksy, wynajdywał w popowych kawałkach bardzo awangardowe fragmenty I je utaneczniał. Brzmienie basu było funkowe, zbliżające się już do house’u. Podobnie było z Arthurem Bakerem. Te zespoły odkryły, że perkusistę można zastąpić drum-maszyną i stworzyć nową kreację. I to były zaczątki muzyki technicznej.
 


 

Podróżujesz po całym świecie: który kraj / miasto ma teraz najatrakcyjniejszą, najbardziej rozwibrowaną scenę techno?
 

Trudne pytanie… W Berlinie jest masa klubów, w których mogę się zagubić I zaszaleć. W piątek wychodzisz wieczorem i w sobotę już czujesz, że jesteś w klimacie imprezowym. Impreza trwa, szukasz nowych klubów i afterów. Berlin jest stolicą techno i nic tego nie zmieni, to fakt (śmiech).
 

Ale podoba mi się też to, co dzieje się w Polsce, macie fajną, świadomą publiczność. Gdy grałem ostatnio na festiwalu „Nagle Nad Morzem”, przyszło masę ludzi, pełen parkiet. I ludzie przychodzili słuchać i tańczyć, na samo wspomnienie tego wieczoru dostaję gęsiej skórki! To samo było w Gdańsku. Bo najważniejsza jest energia, jaka przynoszą ze sobą ludzie do klubu. Jeśli ktoś interesuje się muzyką i dla niej przychodzi, impreza w każdym miejscu na świecie będzie udana. A jeśli na parkiecie jednoczą się ludzie, to jest to piękne. Bo oni reprezentują pewną życiową postawę, pewne nastawienie do życia, są przyjaźni i otwarci. Jednoczcie się więc wokół techno, postulujcie o taką samą, pozytywną przyszłość. Współcześnie jesteśmy bombardowani negatywnymi wiadomościami, zmyślonymi newsami, tragediami. A w techno wszyscy dostrajają się do tej samej częstotliwości. Na parkiecie jesteś z powodu muzyki, nigdy nie jesteś sam. Zresztą ja sam przeżywam muzykę bardzo sensualnie. Lubię zredukowane miksowanie, aby pokazać wstępne idee twórcy – chcę by wszystkie brzmienia odkrywały się bardzo powoli. To co zawarte w tle, jest najciekawsze, jest swoistą obietnicą brzmienia, które się zaraz pojawi. Wtedy twój mózg sam wymyśla na parkiecie, jakie dźwięki za chwilę wybrzmią.
 

Opowiedz jeszcze o najbliższych planach: nowe wydawnictwa, występy na festiwalach…
 

Joell Mull i ja wydaliśmy właśnie płytę “Rooter”, to 12” na której są 4 kawałki. Ray Kajioka robi dobrą, bardzo zróżnicowaną muzykę i czekajcie na album od niego. Będzie też nowy Aleksander Kowalski. Co do festiwali, to kilka już mam za sobą, szczerze mówiąc to nie pamiętam, gdzie jeszcze gram – chyba na Melt, pewnie też Meksyk. Zapraszam was gorąco!
 

Zobacz też inne wydarzenia

16-20.06.2015, Oświęcim, Life Oświęcim Festival 06.05.2015, WARSZAWA, KLUB MIŁOŚĆ KREDYTOWA 9, PORTICO – BEFORE FESTIWAL TAURON NOWA MUZYKA 2015 26-28.06.2015, Białystok, Halfway Festival