LAIF » WYWIAD: Högni Egilsson – Szczęście i smutek wikinga

WYWIAD: Högni Egilsson – Szczęście i smutek wikinga

Dokładnie dwa lata temu w grudniu Högni Egilsson odwiedził Polskę ze swoim nowym, solowym akustycznym projektem. Teraz debiutuje z pięknym, solowym krążkiem „Two Trains” i wraca na trzy koncerty w Polsce. Wystąpi z trio, a na scenie towarzyszyć mu będzie także inny ex–członek GusGus – President Bongo. Z tej okazji wracamy do naszego wywiadu z Högnim z 2015 roku.
 
Wywiad ukazał się w 102. drukowanym wydaniu magazynu LAIF.
 

 
Z Högnim Egilssonem, najmłodszym muzykiem GusGus i założycielem zespołu Hjaltalín, spotykamy się przy okazji jego solowego projektu – cyklu kameralnych koncertów na pianino. Wygląda jak wiking, ale opowiada otwarcie o smutku, trudnych emocjach. I zarzuca swoimi długimi, blond włosami, upewniając się, czy dobrze wyglądają.
 
Tekst: Dorota Groyecka, zdjęcia: Liubov Gorobiuk
 
Dorota Groyecka: Nosisz się z zamiarem wydania solowej płyty?
 
Högni Egilsson: Tak, mam w zasadzie już gotowy album, który ukaże się w tym roku. To ciekawy materiał, dość śmiały, z bardzo szerokim spektrum dźwięków. Jest tam chór, orkiestra smyczkowa, ale całość oparta jest na elektronice, ma m.in. lekko acidowe podłoże. To zupełnie inna muzyka niż to, co wykonuję podczas solowej trasy koncertowej na pianino.
 
Czujesz, że trochę wyrastasz z zespołów, jesteś nimi zmęczony?
 
Nie wydaje mi się… Ale tak – solowy projekt to powiew wolności. W trasie koncertowej jestem tylko ja i instrument, który kocham. Trochę jakbym był w swoim salonie – właśnie przyszli goście, znajomi, a ja zagram im kilka piosenek.
 
Czy projekt koncertów tylko z pianinem jest bardziej autentyczny, ekshibicjonistyczny niż to, co robisz np. z GusGus?
 
Tak, w pewnym sensie. Jestem bardziej nagi, te utwory stają się moimi kostiumami, ubieram je na siebie. Z GusGus statek będzie płynął niezależnie ode mnie, mogę być pasywny do pewnego stopnia. Czasami, w natłoku zajęć, są takie występy, kiedy nie czujesz się w pełni obecny. Podczas solowej trasy jesteś sam odpowiedzialny za swoje zdrowie, zabawę, za powodzenie projektu. Bycie samemu stanowi więc większe wyzwanie. Wykonuję teraz piosenki, które są w większości zupełnie nowe dla publiczności, zdaję się na intuicję. Wytwarzają się podczas koncertu bardzo silne emocje – na Islandii, podczas jednego z występów, dziewczyna w pierwszym rzędzie rozpłakała się. Trzeba umieć z powagą, pewną elegancją coś takiego przyjąć. Łzy dodają koncertowi godności.
 

 
Kiedy na poważnie zacząłeś zajmować się muzyką?
 
Zacząłem się szkolić muzycznie już we wczesnym dzieciństwie. Muzyka była wokół mnie dzięki mojej rodzinie. Ojciec grał amatorsko na pianinie; wprawdzie rodzice rozwiedli się i nie bywałem u niego zbyt często, ale jednak tym przesiąkłem. Grał głównie jazz, i pamiętam, że jako dziecko tego nie znosiłem – ta muzyka była taka hałaśliwa. A matka w naszym domu puszczała tylko Bacha. Starszy brat natomiast grał na wiolonczeli. Sam uczyłem się gry na skrzypcach, ale w wieku 16 lat zrobiłem sobie roczną przerwę. I dopiero wtedy zacząłem odkrywać prawdziwą miłość do muzyki.
 
Poszedłem do artystycznego liceum w Reykjavíku i wstąpiłem do szkolnego chóru, skupiającego bardzo fajnych ludzi. Uczyłem się grać na gitarze, pisałem piosenki, grywałem w garażach u znajomych… Zacząłem słuchać bardzo różnej muzyki, nawet jazzu. No i potem założyliśmy Hjaltalín.
 
Zdobyliście dość szybko całkiem spory rozgłos na Islandii.
 
Tak, postrzegano nas jako nową jakość, powiew świeżości… Przemyciliśmy do popowych utworów całą gamę instrumentów łączonych raczej z muzyką klasyczną – klarnet, smyczki itd.
 
Przez pewien czas tworzyłeś muzykę do spektakli teatralnych?
 
Tak. Właśnie w tamtym okresie – kiedy właściwie nie wiedziałem za bardzo, co chcę dalej robić, poznałem jednego z chłopaków z GusGus…
 
Presidenta Bongo. Podobno wszystko zaczęło się od wspólnego rejsu na Karaiby?
 
Tak, to prawda. Zaprzyjaźniliśmy się i działaliśmy najpierw przy sztuce teatralnej. Później wspomniał, że pracują nad nową płytą, ale na początku nie byłem wcale zbyt zainteresowany. Czułem się wtedy bardzo pewny siebie, sukces Hjaltalín trochę uderzył mi do głowy.
 

 
Ale byłeś wcześniej fanem GusGus?
 
Tak, jasne, kiedy miałem 19-20 lat szalałem na ich koncertach.
 
W końcu trafiliśmy do studia, pokazali mi kilka utworów, ja nałożyłem na nie swoje melodie i te kawałki trafiły na album „Arabian Horse”.
 
I tak przyczyniłeś się do powstania, zdaniem wielu, jednego z najlepszych albumów GusGus.
 
GusGus urosło. Ten album przyciągnął do zespołu szerszą publikę. W Polsce przed „Arabian Horse” na koncerty grupy przychodziło około pięciuset osób, natomiast teraz przychodzi ich ponad dwa tysiące. W tym albumie jest jakaś głęboka, tajemnicza nuta. „Mexico” jest już inne, może bardziej futurystyczne.
 
Jak przeżyłeś odejście Bongo z zespołu?
 
To było bardzo smutne. W wywiadach mówiliśmy, że Stephan chciał zacząć robić swoje własne rzeczy, ale to oczywiście półprawda. Między chłopakami pojawiły się napięcia, problemy z dogadaniem produkcji czy tras koncertowych. Nie potrafili znaleźć sposobu na to, by ich sztuka wzajemnie się wspierała. To smutne, ale chyba jednak normalne… po 20 latach współpracy, prowadzenia firmy, dogadywania ciągle tych samych rzeczy, można się sobą zmęczyć. GusGus to zespół dużych osobowości. Tarcia są nieuniknione.
 
A Ty byłeś nowym, najmłodszym gościem w zespole. Jak się z tym czułeś?
 
Dobrze się bawiliśmy. Stephan to zabawny gość, czas nagrywania „Arabian Horse” to była naprawdę czysta radość. W studiu lał się szampan, imprezowaliśmy do rana, kręciło się wokół nas sporo ludzi, były dziewczyny. Ale ktoś mi powiedział kiedyś: „GusGus to zespół, do którego wszyscy pragną należeć, ale kiedy już się w nim znajdą, chcą się natychmiast z tego wykręcić” (śmiech).
 
I co? Chcesz ich zostawić?
 
Nie, nie. To w końcu nie moje słowa (śmiech).
 

 
Może Tobie jest łatwiej, bo masz drugi zespół, robisz solowe rzeczy – nie musisz aż tak polegać na projektach związanych z GusGus?
 
Być może. Ale GusGus to wspaniałe medium dla moich eksperymentów w sferze electropopu, techno. W studiu Biggiego są świetne modularne syntetyzatory – to daje ogromne możliwości dla moich kompozycji. Teraz pracujemy nad nowym albumem i myślę, że to naprawdę będzie coś wyjątkowego. Biggi ma obsesję na punkcie rave’ów z lat 90., wprowadza więc takie elementy na tę płytę. Ale GusGus został zbudowany na podstawach songwritingu, i tu właśnie wchodzimy Daníel i ja – piszemy piosenki, opowiadamy historie. Ja nie jestem wielkim fanem rave’u, więc pojawią się pewne tarcia. Ze sporów, różnic między nami wynikają ciekawe rzeczy. To widać na przykład w kawałku z płyty Mexico, „God Application” – smyczki pojawiają się zaraz przed bardzo wysokimi syntezatorami.
 
Jaki macie teraz plan działania?
 
Jak tylko wrócę na Islandię, siądziemy z GusGus do kilkudniowej sesji nagraniowej w małej chatce na odludziu. Mam tylko nadzieję, że będzie elektryczność i ogrzewanie. Pracujemy też nad niewielkim filmem dokumentalnym, uwiecznimy więc tych kilka dni.
 
Z Hjaltalín stworzyliście ścieżkę dźwiękową do filmu „Days of Gray”. To melancholijny film, mówiący o społeczeństwie, w którym nie wypowiada się słów. Muzyka musiała być tym ważniejsza dla odbioru całego obrazu?
 
Tak, to prawda, muzyka odgrywała tu rolę języka. Podczas kilku festiwali w Europie i m.in. w Meksyku braliśmy udział w specjalnych pokazach filmu, podczas których graliśmy na żywo – zarówno utwory ze ścieżki, jak i improwizacje. Mam nadzieję, że będziemy mogli pokazać coś takiego również w Warszawie. Bardziej zaangażowani w cały projekt byli pozostali członkowie zespołu, ja przychodziłem do studia nagrywać moje partie. Nie byłem w tamtym czasie zbyt stabilny emocjonalnie.
 
Po dwóch pierwszych albumach Hjaltalín, które były bardzo radosne, energetyczne, niemalże musicalowe, nastąpił trzeci – „Enter 4” – dość mroczny, pełen trudnych emocji.
 
Nie czułem się w tym okresie najlepiej. Zdiagnozowano u mnie zaburzenia dwubiegunowe. A więc okresy maniakalne przeplatały się z depresyjnymi, ale spomiędzy tych momentów, w których wydawało mi się, że rozpada się moje życie, wyrosła ciekawa muzyka. Zdecydowanie wpłynęło to na nastrojowość mojej twórczości.
 
Tworząc, cały czas nurzasz się w swoich emocjach.
 
Tak, próbujesz cały czas zrywać kolejne powłoki, chcesz zobaczyć życie w nowej odsłonie. W pewnym momencie chciałem więcej, dalej… nie znałem umiaru. Teraz uczę się korzystać z obfitości tego świata bez zatracania siebie. Kocham podróże, ale chcę też spędzać czas w domu. Staram się tak dużo nie imprezować – chodzę na basen, gram w koszykówkę. Wszystko to dobrze na mnie wpływa. Z Hjaltalín wracamy też do radośniejszych dźwięków. Wszystko zatacza krąg.
 

Zobacz też inne wydarzenia

20-23.08.2015, Katowice, Tauron Nowa Muzyka22-23.06.2015, Poznań, Warszawa, Nothing But Thieves4.07.2015, Sopot, Zatoka Sztuki, Skin