LAIF » WYWIAD: „Jak żyję, nie widziałem maskonura na Islandii” – Axel Flóvent

WYWIAD: „Jak żyję, nie widziałem maskonura na Islandii” – Axel Flóvent

 

Z młodym, świetnie rokującym islandzkim muzykiem, Axelem Flóventem, spotykamy się po występie w Warszawie w ramach serii koncertowej CHIMES DISCOVERS. Jest w trakcie swojej pierwszej międzynarodowej trasy, niedawno wydał EP-kę „Forest Fires”. „Jesteście świetną widownią. Na Islandii, podczas koncertów w barach wszyscy głośno gadają” – mówi Flóvent. Warszawska publika, mająca słabość do nordyckich artystów, siedzi zasłuchana.
 

Tekst: Dorota Groyecka
 

11921776_837918656278997_7519292336220203385_o

Axel Flóvent, fot. Sigga Ella


 

Dorota Groyecka: Pochodzisz z małego miasteczka, Húsavíku (ok. 2500 mieszkańców). To dość odległe miejsce, dziś stosunkowo często odwiedzane przez turystów, ale kiedy dorastałeś Islandia nie była jeszcze tak popularnym kierunkiem. Jak wyglądało Twoje dzieciństwo i w jakich okolicznościach zacząłeś interesować się muzyką?
 

Axel Flóvent: To prawda – kiedy byłem młodszy, na Islandię przylatywało znacznie mniej turystów. Właściwie zacząłem na poważnie zajmować się muzyką podczas pobytu w Danii – mieszkałem tam przez trzy lata z mamą i siostrą. Później, kiedy wróciliśmy do Húsavíku, kontynuowałem pracę nad utworami. Jednym z powodów, dla których zainteresowałem się muzyką było to, że nigdy zbytnio nie lubiłem sportu. W moim mieście nie było wielu muzyków, dlatego tak dużo rzeczy wykonuję solo. Musiałem sobie radzić sam.
 

Trudno było stworzyć zespół w Húsavíku?
 

Tak, nikt nie był na tyle zaangażowany, żeby sformować zespół. Jak ktoś grał na instrumencie, to chyba tylko dlatego, że uważał, że to jest ‚cool’, nikt nie był gotowy na pracę, jaka wiąże się z tworzeniem muzyki.
 

W Twoim domu była obecna muzyka?
 

Moja mama słucha radia, właściwie cały czas. Mój tato lubił oldschoolowy rock ‚n’ roll. Być może miało to na mnie jakiś wpływ, ale rodzice rozwiedli się, kiedy miałem pięć lat i od tego czasu wychowywałem się z mamą. Mój starszy brat też jest muzykiem i to on zawsze był moim idolem. Dzięki niemu zacząłem w ogóle myśleć, że bycie muzykiem jest możliwe. Kiedy byłem jeszcze dzieckiem, on już nagrywał i wydawał prawdziwe płyty, wydawało mi się to naprawdę fajne. Później założył zespół, grający dość hardcorowy punk rock – Gavin Portland, który zyskał rozgłos w Europie, zwłaszcza w Niemczech. Ale większy wpływ miała na mnie jego solowa twórczość – bardziej folkowa, inspirowana Neilem Youngiem.
 

Słuchasz sporo islandzkiej muzyki?
 

Długo nie słuchałem, wkładałem ją do oddzielnej szufladki, jakby poza gatunkami. Ale teraz bardzo cenię zespoły z Islandii, uwielbiam Sigur Rós, GusGus i wiele innych.
 

Między 12. a 17. rokiem życia moim ulubionym zespołem był Jimmy Eat World – pop-punkowa kapela ze Stanów, z Arizony. Lubiłem też inne emo zespoły, np. Death Cab for Cutie.
 

A ile miałeś lat, kiedy zacząłeś grać na jakimś instrumencie?
 

Chyba miałem dziewięć lat, kiedy zacząłem grać na gitarze. Chodziłem do szkoły muzycznej, ale nie podobało mi się tam, bo nie uczyliśmy się chwytów. Na początku poznawaliśmy tylko nuty, więc nie mogłem później sam w domu wymyślać piosenek. A ja od początku chciałem coś tworzyć.
 

O czym były piosenki dziewięciolatka?
 

Byłem dość kreatywnym dzieckiem, po prostu wymyślałem różne historie. Dopiero, kiedy miałem 16-17 lat zacząłem pisać o swoich uczuciach, słowa zaczęły być bardziej emocjonalne.
 


Co poza tym robiłeś – chodziłeś na długie spacery wokół miasteczka, przyglądałeś się wielorybom?

 

(śmiech) Nie, właściwie większość czasu spędzałem zamknięty w swoim pokoju i wymyślałem piosenki. Kiedy na co dzień masz wokół siebie takie otoczenie, tak piękną naturę, to myślisz, że ona przecież nie zniknie, będzie tam zawsze. Więc nie ciągnie cię do niej, nie wykorzystujesz jej do codziennych aktywności. A to chyba sprzyja tworzeniu w spokoju.
 

Co najbardziej lubisz na Islandii?
 

Ciszę, powietrze…
 

Maskonury?
 

(śmiech) Jak żyję, nie widziałem maskonura na Islandii.
 

Świetnie, mam już tytuł wywiadu. Ale to jednak dziwne – w sklepach z pamiątkami pełno macie pocztówek z maskonurami, maskotek itp.. Wracając do muzyki – jak znalazłeś się w tym miejscu? Kiedy ktoś powiedział – hej, trzeba zrobić z Twoją muzyką coś większego?
 

Przez kilka miesięcy pracowałem na zmywaku w hotelu położonym w jedynym lesie na Islandii. W swoim pokoju nagrałem kawałek „Beats” i wrzuciłem go na SoundCloud. Niedługo później skontaktowała się ze mną angielska wytwórnia Amazing Record Co. Zacząłem z nimi współpracować, później odezwał się do mnie mój obecny manager, Sindri Ástmarsson. Nagraliśmy jeszcze raz wszystkie kawałki i tak powstała EP-ka. W Wielkiej Brytanii wyszła pod ich labelem, ale nie należę do nich, mamy tylko przyjacielską umowę.
 

Inspirowałeś się Damienem Ricem?
 

Tak, uwielbiam go – jego minimalizm, paletę dźwięków. Przez długi czas myślałem o jego muzyce jako o czymś, do czego chciałbym móc się porównywać. Zawsze był gdzieś w pobliżu.
 

Niedawno kawałek „Beach” zostało wykorzystany jako soundtrack w jednym z odcinków „Pamiętników wampirów”. To duża sprawa, serial ma wielu fanów na całym świecie. Znalazłam opis sceny, której towarzyszy Twoja piosenka: „Stefan mówi Lily, że Caroline jest w ciąży i pyta, czy Lily może mu coś poradzić. Mówi jej, że nie straci go jako syna. Później Lily pyta Stefana, czy ma dla niej jakąś wskazówkę, jak ma zdobyć z powrotem serce Damona.”
 

(śmiech) Słuchając każdej piosenki, możesz wyobrazić sobie własną historię. To zabawne, że mój utwór jest właśnie przy tej scenie, chyba jeszcze nie przeszedłem nad tym do porządku dziennego.

 
 

 
 

Oglądasz ten serial?
 

Zacząłem. Ale chyba nie jestem fanem…
 

Wampirów?
 

(śmiech) Chyba nie.
 

To jakie seriale lubisz?
 

Bardzo różne. Oglądałem oczywiście „Skins”, „Gossip Girl”. Właściwie tylko w „Pamiętniki wampirów” się nie wkręciłem… Co w tej sytuacji jest dość zabawne.
 

Wystąpiłeś w zeszłym roku na Airwaves – jak się Twoja muzyka sprawdziła na festiwalu?
 

Było świetnie, ale chciałbym mieć wokół siebie jeszcze więcej instrumentów, żeby moja muzyka była bardziej gęsta, nadawała się na większą scenę. Mamy w tym roku w planach już trzy festiwale, niedługo ogłosimy bookingi. A po wakacjach, mam nadzieję, wyjdzie mój pierwszy longplay.

 
 


 
 

Zdążyłeś już przeżyć jakąś tragiczną miłość?
 

Oczywiście. Tak mi się wtedy wydawało. Teraz, kiedy na to patrzę, widzę, że nie przeżyłem jeszcze niczego. Ale tak, wtedy byłem przekonany, że mam złamane serce i dzięki temu mogłem pisać o tym piosenki.
 

Dzisiaj możesz się już z tego śmiać.
 

Tak, i mogę bez problemu o tym opowiadać, bo już tego nie czuję, to już nie boli. Pozostały tylko piękne wspomnienia. Dzięki moim utworom, w których poruszam bardzo różne kwestie, mogę wrócić do dni z przeszłości, połączyć się ze sobą z tamtym lat.

Zobacz też inne wydarzenia

20-23.08.2015, Katowice, Tauron Nowa Muzyka 06.04.2015, WARSZAWA, KLUB BASEN, MØ 18.06.2015, WARSZAWA, Pardon, To Tu, Jozef van Wissem