LAIF » Wywiad: „Jednym z ważniejszych aspektów muzyki, powinno być przełamywanie wszelkich barier”. – ZAMILSKA

Wywiad: „Jednym z ważniejszych aspektów muzyki, powinno być przełamywanie wszelkich barier”. – ZAMILSKA

 

Objawienie, które przyszło nagle na początku 2014 roku, rujnując wówczas światopogląd niejednemu samozwańczemu znawcy muzyki elektronicznej. Niektórzy mogliby stwierdzić, że jej kariera to wykalkulowana procedura, która powstała w excelach jakiejś agencji od akcji viralowych. Tymczasem Zamilska robi to jak na artystę z krwi i kości przystało – po swojemu! O sobie mówi, że jest “małą, dresiarską duszą”. I zapowiada: “będzie haja!”
 
Tekst: Damian Wojdyna
 

Photo by JuSobo

Zamilska, fot. JuSobo

 
Pamiętam jak 2014 roku, na Europejskich Targach Co Jest Grane, Twój występ się opóźnił. Jeszcze nie zaczęłaś swojego koncertu, a pod sceną już zbierali się ludzie, którzy przyszli na występ kolejnego artysty. Stałem mniej więcej na środku sali Cafe Kulturalnej, a obok mnie starsza para (około 50-tki), która nie zorientowała się w obsuwie. Obserwowałem tę parę. Potrzebowałaś 15 minut, by starszy pan dał się porwać muzyce i reagował żywiej, niż duża część zgromadzonej wówczas młodzieży uważającej się za “uświadomioną” w dziedzinie muzyki. I tu nasuwają się banalne pytania: O czym tak naprawdę opowiadasz w swoich utworach? Kim jest odbiorca twórczości Zamilskiej?
 
Zamilska: W moim odczuciu, jednym z ważniejszych aspektów muzyki, powinno być przełamywanie wszelkich barier. Dla mnie nie ma podziałów na gatunki, rodzaje, tym bardziej nie istnieje podział odbiorców ze względu na wiek, profesję czy płeć. Sytuacja, o której mówisz to spełnienie marzeń. Ja w swojej twórczości opowiadam pewną historię, nie do końca łatwą ani przyjemną, ale w związku z tym, że to muzyka instrumentalna, każdy tak naprawdę ma wolność interpretacji. Nie ma więc piękniejszej sytuacji, kiedy sposób w jaki te historie opowiadam, porusza ludzi z różnych światów. Muzyka jest językiem uniwersalnym. Jeśli wkładasz w nią prawdę, wyciągasz bebechy – ludzie to wyczują i docenią. Jak opowiem Ci dokładnie o czym jest moja muzyka, to zepsuję całą zabawę.
 
Kiedyś, na jednej z konferencji muzycznych, zadawano pytanie, czy techno to sztuka – jak Ty byś odpowiedziała na to pytanie?
 
MUZYKA to sztuka, po prostu. Pod warunkiem, że nie robi się jej pod publikę i nie traktuje jako narzędzie – zlepek nic nieznaczących dźwięków.
 
Na początku, gdy Quarrel wypłynęło na szerokie wody internetu, musiałaś się borykać z krytycznymi opiniami na temat swoich teledysków (udział pół-nagich modelek). Z mojej strony wygląda to tak, jakby w “czasach porno” dziwiono się, że chcesz pokazać erotykę, pojmowaną jako zmysł, subtelną estetykę – piękno ludzkiego ciała (roznegliżowani panowie też się przecież pojawiają) wydarte z konwencji porno właśnie. Czy jako społeczeństwo, w jej pewnej części, mamy pewne braki w postrzeganiu seksualności? Czy jest to bardziej skutek uboczny brutalizacji współczesnej rozrywki? Jakie jest Twoje zdanie na temat zarzutów o “seksizm” w teledyskach?
 
Nie oceniałabym wszystkich, przez pryzmat kilku wpisów na temat mojego rzekomego seksizmu, ale zastanawia mnie to pod względem społeczno socjologicznym. Seksizm, z definicji, to pogląd, w którym kobiety i mężczyźni, nie mają równych praw, przyjęło się, że to mężczyzna jest lepszy od kobiety, ma nad nią kontrolę, sprawuje władzę. Samo słowo seksizm, wzięło się od słowa rasizm i zaczęto stosować to wyrażenie w latach 60. Dzisiaj seksizm jest już rozpatrywany w szerszym znaczeniu – jako dyskryminacja ze względu na płeć i może to dotyczyć zarówno kobiet jak i mężczyzn. Idąc więc torem czysto definicyjnym, seksizmu w „Quarrel” i żadnym innym klipie nie ma. Są kobiety, mężczyźni, osoby z przeróżnych nacji.
 
Pytanie teraz, co wywołuje pokazanie w teledysku nagiego, kobiecego ciała. Faktycznie, „w czasach porno”, spowodować powinno jedynie wzruszenie ramion. Nie do końca tak się stało. Czy bardziej nas szokuje sensualne, delikatne i erotyczne pokazanie kobiecego ciała, niż brutalne i agresywne obrazki porno, w których kobieta jest traktowana jak „mięso”? Czyli w kwestii seksu i nagości, albo jesteśmy pruderyjni i obruszamy się na widok kobiecej piersi w teledysku, albo jesteśmy wulgarni i za piękne uważamy plastikowy biust i wyuzdaną pozycję w magazynie dla panów? To temat co najmniej na doktorat. Mnie osobiście fascynuje naturalność, otwartość i takie kobiety pokazuję w klipach. Silne, zdecydowane, świadome siebie. To seksizmem absolutnie nie jest.
 

 
W temacie teledysków: Otwarcie mówisz o tym, że chętnie korzystasz z filmów dostępnych na wolnych licencjach. Potrafisz z kilkunastu, kilkudziesięciu ujęć stworzyć etiudy, od których ciężko oderwać wzrok. Połączyć czyste i estetyczne ujęcia z brudną i ciężką elektroniką tak, aby tworzyły uzupełniającą się całość. Z drugiej strony mamy teledyski za dziesiątki tysięcy (tu wpisz walutę), których nie da się w często oglądać. Dlaczego w zasadzie tworzy się teledyski do muzyki elektronicznej, tej granej w klubach a nie w telewizjach muzycznych? Jaki był cel powstania dotychczasowych obrazów do utworów promujących zarówno “Untune” jak i “Undone”? Czy Twoje działania mają szansę odbić się szerzej na świadomości zwykłych użytkowników internetu w kwestii praw autorskich i możliwości jakie dają “wolne licencje”? I gdyby ktoś zaproponował Ci udział np. w akcji społecznej o takiej tematyce, zgodziłabyś się wziąć udział?

 
Od dawna jestem związana z kulturą audiowizualną, zajmowałam się montażem obrazów pod muzykę już na studiach. Licencjat zrobiłam z historii wideoklipów, podejmując jednocześnie tematykę kontrowersji we współczesnych teledyskach, a w ramach dyplomu, stworzyłam nową ścieżkę dźwiękową do dadaistycznego filmu Hansa Richtera z 1928 roku „Ghost Before Breakfast”, którego oryginalny soundtrack Paula Hindemitha zniszczyli naziści. Szczerze mówiąc, kiedyś kołatały mi się w głowie myśli o zrobieniu kolejnych studiów, tym razem na filmówce, bo teledyski hipnotyzowały mnie odkąd pamiętam. Obraz opowiada o muzyce – dla mnie, osoby, która tworzy muzykę czysto instrumentalną, pozbawioną słów, to genialny sposób na dopełnienie całości utworu. Mogę wtedy dowolnie grać symboliką, drobnymi gestami, nadawać kolejną harmonię i nastrój pod swoje dźwięki. Przybliżyć, albo oddalić odbiorcę.
 

 
Kiedy nagrałam „Quarrel”, nie wyobrażałam sobie wypuścić go bez teledysku. A dlaczego wolne licencje? Z prostych względów – brak środków finansowych na nakręcenie własnego klipu. Dzisiaj, nawet jeśli te pieniądze są, nie chciałabym do końca rezygnować z tego sposobu. To mnie w jakiś sposób wyróżniło. Na studiach miałam sporo zajęć na temat Creative Commons, a pracując przy jednym z projektów w Fundacji Kultury Audiowizualnej, przeszłam szkolenia o CC. Dla mnie to fenomenalne, kiedy mogę legalnie, za zgodą autora, pobrać jego film i zrobić z niego coś zupełnie nowego.
 
Sam montaż staram się skończyć w jedną dobę, żeby nie wypaść z rytmu, ale szukanie materiałów trwa czasami kilka tygodni. Spędzam długie wieczory na przeszukiwaniu Vimeo, potrafię ściągać obrazy, trwające po dwie godziny, tylko dlatego, że znalazłam w nich parę sekund, które doskonale pasują do tego, co ja akurat chcę pokazać w swoim teledysku. Jedynym warunkiem jest podpisanie autora pierwowzoru. Tak proste, a tak genialne. Jeśli, kiedyś powstanie na ten temat kampania społeczna – podpiszę się pod nią obiema rękami. Przecież kradzież cudzych obrazów, objętych pełną ochroną praw autorskich, tak bardzo nie ma sensu. To cię prędzej czy później znajdzie i zje twój profil.
 
Urodziłaś się w 89. (rok wcześniej ode mnie). Co Twoim zdaniem nasze pokolenie ma do zaoferowania? Bunt? Rewolucję? Rozwój? Katastrofę? Miłość? Nienawiść? Nic szczególnego? Coś szczególnego?
 
Bardzo bym chciała odpowiedzieć na to pytanie, że przede wszystkim: bunt i rewolucja. Jesteśmy pokoleniem, które urodziło się już w tzw. wolnej Polsce. Nie wiemy co oznacza stan wojenny, brak podstawowych produktów spożywczych na sklepowych półkach, nie obejmuje nas godzina policyjna, nie biegamy po kanałach, nie chowamy się w okopach. Z jakiegoś powodu jednak nie doceniamy tej wolności, chyba nie do końca rozumiemy, czym ona tak naprawdę jest. Prosty przykład – wybory. Traktujemy to jako przykry obowiązek, nie przywilej, a przecież wolność jest wtedy, kiedy mamy możliwość wyboru.
 
Chciałoby się powiedzieć – pokolenie egoistów. Byłam ostatnio na manifestacji pod Sejmem. Tłumy, młodych, wkurwionych, doprowadzonych do skraju wytrzymałości ludzi. Dostali w twarz i wyszli z domów. Wiesz, pytałam w głowie – gdzie byliście podczas wyborów, bo to nasze lenistwo i ignorancja do tego doprowadziły. Szkoda, że trzeba najpierw dostać porządnie w pysk, żeby ruszyć tyłek, ale z drugiej strony lepiej późno niż wcale. Coś się ruszyło, chyba zaczeliśmy odczuwać odpowiedzialność. Ja myślę, że my, jako pokolenie 89 mamy w sobie nieopisane pokłady możliwości, siły i determinacji.
 
Myślę, że to nasze pokolenie może pokazać, że Polska wcale nie jest, jakby się to mogło wydawać, skrajnie nietolerancyjnym krajem. Widziałam to po raz pierwszy 3 kwietnia. To do nas należy obowiązek wywołania rewolucji, która będzie oparta na tolerancji i demokracji. Jak to pojmiemy, to w tym kraju może być jeszcze pięknie, przede wszystkim normalnie i bezpiecznie. Ja w to wierzę. Będzie haja.
 
Wracając do początku Twojej kariery. Po Twoim debiucie pojawiło się bardzo dużo skrajnych opinii i recenzji. Część prasy często do przesady podkreślała fakt, że za “Untune” stoi kobieta, albo po pierwszym singlu okrzykując Cię “nadzieją!”, “królową!” – z drugiej strony, zaślepieni Zachodem eksperci, nie potrafili złapać fokusu o nazwie “rzeczywistość polskiej sceny elektronicznej”, zarzucając albumowi przeciętność i nawiązania do nowofalowego techno. Dało się przez moment wyczuć, że wytworzyły się dwa obozy: zagorzałych zwolenników oraz totalnych ignorantów Natalii Zamilskiej. Czy podziały, które przy okazji np. polityki, doszczętnie rujnują to społeczeństwo, także wkraczają na rejony kultury, czy to jeszcze zbyt daleko posunięta teza?
 
W tym przypadku, kwestię podziałów trzeba rozpatrywać na kilku płaszczyznach. Tak sobie myślę, że najgorsze chyba co może przytrafić się artyście po wydaniu płyty, to obojętność ze strony publiczności. Był kiedyś taki nagłówek, że „Zamilską albo pokochasz albo znienawidzisz”. Powinny mnie zatem takie dwa obozy cieszyć z prostego względu – „Untune” wywołało skrajne emocje, zaistniała reakcja, której nigdy bym się nie spodziewała, coś się zadziało, coś rozbiło, ludzie nie wiedzieli ani gdzie to dopasować, ani jak to określić. Na dodatek „to kobieta” wywołała takie zamieszanie. Rozpętała się burza i chociaż kompletnie tego nie planowałam, dziś uważam, że to był właśnie sukces.
 
Istnieją podziały, chcemy mieć wszystko ułożone w szufladach, nazywamy, tworzymy ramki. Nagle wchodzę ja i klops. Nie wiadomo co ze mną zrobić. Jedni się zachwycili, drudzy wkurwili. Teoretycznie więc, te najbardziej krzywdzące podziały, czyli dotyczące ram, określania – rozbiłam. A to, że powstały dwa obozy ludzi, który albo mnie kochają albo nienawidzą – jak to się mówi? – jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził. Ja wszystkim dogodzić na pewno nie chcę.
 
Jak znosisz “hejt nasz powszedni”?
 
Hejt jest dla mnie zjawiskiem absurdalnym, które powinno podlegać prawnym sankcjom. To zwyczajna przemoc i psychiczne molestowanie. Kiedyś się tym przejmowałam, dzisiaj komentarzy nie czytam i chyba odczuwam nawet lekkie współczucie w kierunku hejterów. Trzeba mieć bowiem naprawdę nudne życie, żeby spędzać czas przed komputerem, wypisując obelgi i komentarze pełne przekleństw. Hejtują ludzie słabi, pełni frustracji, tłumionej złości na cały świat i kompleksów – takie jest moje subiektywne zdanie, bo nie wyobrażam sobie innej motywacji, która skłania kogoś do słownego aktu przemocy wobec drugiej osoby.
 
Osobiście, jeśli znajduję przekleństwa na swoich stronach – usuwam. Takie mam prawo i wybór. Jest naprawdę wiele kulturalnych i konstruktywnych sposobów na wyrażenie własnej opinii – a do tej prawo ma każdy. Hejt wobec osoby publicznej to jedno, ale pamiętajmy, że dotyka to również dzieciaków w wieku szkolnym, co już nie raz skończyło się tragedią. Powinniśmy na to reagować, ale nie odpowiadając agresją na agresję, po prostu zgłaszać mowę nienawiści. Wyczuleni powinni być również administratorzy portali i stron internetowych, na których pojawiają się obraźliwe komentarze, zwyczajnie je blokując. Proste metody, małymi krokami, ale sukcesywnie i stanowczo. Ja nie mam zgody na jakąkolwiek agresję i na pewno też nie zrezygnuję z tego co robię w życiu, bo ktoś postanowił nazwać mnie tak i tak.
 
Wspomniałem wcześniej o występie z 2014 roku. Jaka była Zamilska w tamtym czasie, a jaka jest dziś? Czym zajmowałaś się wtedy, na co dzień – nie będąc w roli artystki grającej koncert, a w jakim miejscu jesteś dzisiaj? Co po drodze musiałaś przejść i co sprawiło Ci: a) największą radość; b) największą trudność?
 
W 2014 roku, zawodowo, moje życie odwróciło się o 180 stopni. Przed „Untune” wiodłam w miarę spokojne życie, mieszkając z przyjaciółką na katowickiej Koszutce. Szukałam pracy, dosłownie wszędzie, nawet w sklepach odzieżowych, ale okazywało się, że mam zbyt imponujące CV na stanowisko kasjera. Żyłam więc z dnia na dzień, komponowałam, a wieczorami szukałam z przyjaciółką sensu życia popijając browara. Wbrew pozorom, było nam bardzo wesoło i to jest pierwsza trudna rzecz – tęsknota za Śląskiem. Żyłyśmy w mieszkaniu, które się sypało, a sąsiadka z dołu oskarżała nas o jedzenie kwiatków na klatce schodowej i prowadzenie agencji towarzyskiej – bieda straszna, ale ja się czułam, mimo wszystko, otoczona kokonem bezpieczeństwa. Bo byłam u siebie, na Śląsku.
 
Po wyprowadzce do Warszawy, to poczucie bezpieczeństwa mocno mi się zachwiało. Byłam straszną panikarą, przeżywałam wszystko. Jak patrzę na siebie sprzed dwóch lat, mam wrażenie i nadzieję, że dzisiaj jestem bardziej stabilna. To zasługa nie tylko moja, ale też ludzi, z którymi pracuję i codziennie uczę się czegoś nowego. Chyba konkretniej niż kiedyś, chodzę po ziemi, bardziej wierzę w siebie – w ten zdrowy sposób, który pozwala mi jeszcze lepiej pracować i tworzyć.
 
Spełniają mi się marzenia z całego życia, nawet takie najmniejsze, ale dla mnie bardzo symboliczne. Kiedyś, będąc na studiach, grałam „koncerty” z komputera stacjonarnego bo nie stać mnie było na laptopa. Dziś, grałam już na kilku, najważniejszych festiwalach w Polsce a z pierwszą płytą zjechałam 12 krajów. Mam w związku z tym mnóstwo powodów do radości. Przede wszystkim robię to co kocham i mogę z tego żyć. To jest ogromne szczęście i moim jedynym marzeniem na teraz jest: niech to trwa jak najdłużej.
 
W ostatnim czasie coraz więcej znanych osób decyduje się na mówienie o swojej depresji. Całkiem niedawno, podczas jednego z wywiadów, przyznałaś się do tego, że walczyłaś z tą chorobą. Jako osoba, która również się z nią zmaga, nie mogę nie zadać tego pytania: Jaka jest Twoja historia? Kim (lub czym) są Twoje demony i jak sobie z nimi radzisz?
 
Powiem tak: jak się taplasz w błocie z przeszłości, to nic dobrego z tego nigdy nie wyniknie. Albo weźmiesz to na klatę i przepracujesz, albo będziesz chomikiem, który na swoich małych nóżkach biegnie w kółeczku. Ja jeszcze mam takie zamiłowanie do wpadania w kłopoty i plątanie się w sytuacje, od których generalnie ludzie trzymają się z daleka i na ich widok uciekają z krzykiem. Dzisiaj wiem, że ta miłość do kłopotów, naturalnie wynikała z ciągłego tkwienia w czasie przeszłym, pewnych nawyków, przyzwyczajeń, tego, że „nie umiem inaczej”. Kiedy to przyznasz – pierwszy sukces za Tobą.
 
Czy jest możliwe całkowite wyjście z tej choroby? Powiedzenie sobie “W dniu 1 kwietnia 2016 skończyła się u mnie depresja”? Czy to ten rodzaj przypadłości, że do końca życia będziemy się przedstawiać: “Nazywam się Natalia, cierpię na depresję…”?
 
Nie wiem. Niektórzy mają pojedyńczy epizod, inni są bardziej podatni i po prostu mają taką naturę. Różne są sytuacje, każdy ma inną historię. To jest stan, w który wchodzisz, czasami nie wiesz kiedy i teraz kwestią jest, aby wreszcie zacząć uczyć się na własnych i cudzych błędach. Zamiast wyłącznie gromadzić psychologiczną wiedzę o tym co mi jest, jak, dlaczego – zacząć wprowadzać nowe schematy, zasady, ćwiczyć, uczyć się siebie od podstaw, jakbyś dopiero co się urodził. To trudne, skomplikowane, wymaga niesamowitej ilości pracy, ale możliwe.
 
Swego czasu powstał dosyć ciekawy utwór z Quebonafide na potrzeby radiowej Czwórki, nieco odbiegający od Twojej stylistyki. Gdyby techno (muzyka elektroniczna w narracji tego nurtu) została w Polsce zdelegalizowana, to w jakie tony byś uderzyła? Odnalazłabyś się w roli łobuziary z takiego np. Teklife?
 
Gdyby muzyka gatunku, który wykonuję, została zdelegalizowana, to przysięgam, że grałabym ją jeszcze głośniej. Najlepiej na warszawskiej Patelni. A tak serio – Teklife jest super. Dobrze to określiłeś – to łobuziarska muzyka. Mam też słabość do trapu. Jest w nim chamska, bezkompromisowa moc. Zdecydowanie uderza w moją małą, dresiarską duszę. Kolaborację z Quebonafide uznałam za genialną okazję, żeby lekko odpłynąć w tym kierunku. Myślę, że i tak ten podkład wyszedł bardzo kulturalny, zważywszy na to, co się w prawdziwym trapie dzieje. Ale wszystko mam nadzieję przede mną. Następne kolaborcje, footwork, juke, trap – tyle jeszcze do wypróbowania…
 
Często wspominasz o tym, że błędnie nazywają Cię “didżejką”. Występując solo, wielu nieświadomych słuchaczy jest w pewien sposób narażonych na taki skrót myślowy. Nie myślałaś o tym, żeby zacząć komponować na dwie, trzy osoby? Albo włączyć do występów żywe instrumenty?
 
Mnie się już tak bardzo nie chce tłumaczyć kim jest DJ a kim producent, jaka jest różnica między koncertem a dj-setem, że tylko macham ręką. Byle publiczność na koncercie była szczęśliwa. Jakiś czas temu, po jednym z występów promujących Undone, podeszła do mnie dziewczyna, dziękując mi za koncert. Wyraźnie zaznaczając: „za koncert, bo to KONCERT, prawda, ja wiem, to koncert”. Miód na me serce spłynął, tak bardzo mnie rozczuliła i uszczęśliwiła. Czasem po prostu trzeba odpuścić. Kosmos ci to zwróci.
 
A co do pytania o powiększanie składu: jestem urodzoną solistką. Uwielbiam kolaboracje, gościnne występy, łączenie skrajności – zawsze z ogromną chęcią w to wchodzę, ale na co dzień gram jako Zamilska i bardzo kocham to swoje samotne miejsce za stołem na scenie. O żywych instrumentach myślałam, owszem. Chciałam wielokrotnie dołączyć bas, ale ostatecznie mam tylko dwie ręce i kończy się zgraniem ścieżek w domu. Ja na koncercie ogarniam już strasznie dużo rzeczy. To może wyglądać niewinnie – laptop, kontroler, jakieś klawisze i pady, ale mój live act jest tak skonstruowany, żebym mogła z każdym utworem robić wszystko co tylko mi się zapragnie w danym momencie.
 
Kiedyś po koncercie w Barcelonie, Cora Novoa, która mnie zaprosiła do siebie, prawie umarła na zawał, gdy zajrzała mi przez ramię i zobaczyła, że mój live act ma jakieś 190 ścieżek. W tym połowa to instrumenty zewnętrzne, drum racki, po 5 klipów na pojedynczych ścieżkach, filde recordingi i inne kosmiczne rzeczy. Nie do końca wiedziałam o co jej chodzi. Nie wiem czy coś da jak będę tłumaczyć zawiłości live actu, ale podobno można prościej. Trochę nudy. Ja bym wtedy nie czuła, że mogę na tym koncercie wszystko. Nie lubię prościej „bo to koncert jest, prawda, ja to wiem, to koncert”.
 
Untune, Undone, Un…? Na co możemy liczyć w przyszłości? Jak widzisz się za kolejne 2 lata?
 
Unforeseeable…
 
Postaci, które są dla Ciebie wzorem, autorytetem, motorem, lub zwyczajnie Cię intrygują, to…?
 
Będę nudna w tym temacie, ale na pewno jest to M.I.A. Nikt inny nie potrafi z taką gracją i przekorą, pokazać środkowego palca, szczególnie politykom. W gronie moich muzycznych autorytetów jest też PJ Harvey. Słuchałam maniakalnie będąc w liceum, dziś wracam i przypominam sobie jak wielką miłością darzę ją nadal – kobieta o potężnej charyzmie, która wychodzi na scenę z gitarą i nie potrzebuje niczego więcej.
 
Kiedyś słuchałaś deadmetalu, potem była Björk, dziś tworzysz mroczą, duszną elektronikę. Twoja droga jest bardzo podobna do wielu innych przypadków, z którymi się spotkałem w przeszłości. Czy to jest tak, że “do techno trzeba dorosnąć”?
 
A co to znaczy „dorosnąć do techno”? Ja po prostu przechodziłam pewne etapy muzycznych fascynacji, które zmieniały mi się z upływem lat. Najpierw chciałam zrewolucjonizować świat rapu – wiadomo – Śląsk, Kaliber 44 i te sprawy. Nie wiem jakim cudem namówiłam rodziców na skejtowe spodnie. Z tylniej kieszeni wystawała mi modna wtedy smycz i słuchając Beastie Boys, wywracałam się na deskorolce lub rozbijałam głowę na BMX. Potem myślałam, że będę perkusistką i założę zespół, który zagra support przed Marilyn Mansonem, a ja razem z nim, spalę wszystkie krzyże świata. Te krzyże, odwrócone rzecz jasna, malowałam korektorem na czarnym papierze i tak robiłam własne okładki do kaset, które zgrywałam od sąsiada. Nie chciej wiedzieć co było, jak mama to znalazła!
 
Chwilę później, wolałam udawać, że z równą gracją co Reginald Arvizu z Korna, wymiatam na basie i tak pochłonął mnie nu-metal. Byłam wtedy dzieckiem grozy. Rodzice nie chcieli mi kupować metalowych koszulek, więc na czarnym podkoszulku, również korektorem, sama sobie ten „Korn” napisałam. Jeszcze później, chciałam być jak Alison Mosshart, tylko nie wiem co planowałam robić, bo śpiewać nie umiem, pozostałam więc przy wzdychaniu do Alison i wróciłam do życiowego planu – zostanę jednak perkusistką, będę rzucać talerzami w ludzi – wtedy miałam chyba jazdę na Gossip.
 
Potem padłam na kolana przed muzyką elektroniczną i odkryłam, że mogę robić wszystko. Więc robiłam: trip-hopy, dubstepy, glitche, z porywem również na klimaty a’la Skalpel. W zależności od nastroju. Mamy 2016 rok, zostałam jednak Zamilską i wiesz co? Dzisiaj wydaje mi się, że ja wcale nie odbiegłam od swoich młodzieńczych fascynacji zbyt daleko. Teraz, dzięki technice i wieloletniej pracy, mam władzę nad każdym najmniejszym dźwiękiem, który generuje. To cudowne uczucie. Mogę więc łączyć wszystko ze wszystkim i tworzyć dzięki temu własną jakość. Na coś przydały mi się te skrajne podróże. Jeśli do czegoś dorosłam, to ewentualnie do świadomości, że nie muszę się określać – mogę robić wszystko.
 
Twoje ostatnie top5 utworów, które słuchasz?
 
Prawie codziennie mam nowe top5. Na teraz jest tak:
 
Massive Attack / Young Fathers – „Voodoo In My Blood”
 
Massive Attack / Azekel – „Ritual Spirit”
 
Johann Johannsson – „The Beast” (Sicario Soundtrack)
 
Iggy Pop – „Sunday” (Post Pop Depression)
 
Rihanna – „Desperado”
 
Za godzinę będę miała już inny top.
 
Koncert, na którym nie może Cię zabraknąć to…?
 
W tym roku polskie festiwale oszalały. PJ Harvey, Grimes, Massive Attack – to jest trójka pt. „umrę, jak nie zobaczę”. Chciałabym wybrać się na Skrillexa, choć nie wiem, ile wytrzymam. Oglądałam jego live na YouTubie i te 1,5h walenia młotem to nawet dla mnie zbyt wiele. Ale jestem bardzo ciekawa, to niezły showmen jest.
 

cover-front-02 copy

Zamilska „Undone”


 
19 stycznia 2016 premierę miało drugie wydawnictwo Zamilskiej pt. “Undone”, dostępne online za pośrednictwem bandcamp: https://zamilskaofficial.bandcamp.com/album/undone. EP-kę promują single “F***fray” oraz “Rise”.

Zobacz też inne wydarzenia

15.08.2015, Warszawa, Lost Pool 15.05.2015, WARSZAWA, KURORT NAD WISŁĄ, PAULA & KAROL 8-12.07.2015, Lublin, Wschód Kultury – Inne Brzmienia Art’n’Music Festival