LAIF » WYWIAD: Terrific Sunday – „Kiedyś było: „Jak było w szkole?”, teraz jest: „Jak było na koncercie?”

WYWIAD: Terrific Sunday – „Kiedyś było: „Jak było w szkole?”, teraz jest: „Jak było na koncercie?”

Terrific Sunday to czterech chłopaków z Poznania: Piotr Kołodyński, Maks Mikulski, Stefan Czerwiński i Artur Chołoniewski. Współczesne trendy łączą z wieloletnią fascynacją swoimi rockowymi idolami – m.in. The Beatles.
Są przebojowi, trochę niesforni i romantyczni. Jesienią tego roku ukaże się ich debiutancki album w wytwórni Sony Music. Mają już za sobą występ na Open’erze, a w tym roku będzie można ich usłyszeć na Orange Warsaw Festival.

 

ts

 

Tekst: Dorota Groyecka

Zdjęcia: RYSA

 

Dorota Groyecka: Jak się poznaliście?

Piotr: Każdy z nas był w jakiejś formacji w Poznaniu. Chodziliśmy na swoje koncerty
i zakochaliśmy się w swoich stylach. Stwierdziliśmy, że musimy się umówić na wspólne granie, bo łączy nas wspólny mianownik w postaci gustu muzycznego, ulubionych zespołów. Spotkaliśmy się po raz pierwszy i od razu każdy wiedział, co ma grać. Decyzja o założeniu zespołu wyszła spontanicznie i naturalnie.

Artur: Przez pierwsze dwa miesiące umawialiśmy się na piwo. Dopiero później zaiskrzyło między nami bardziej niż towarzysko. (śmiech)

 

A kto wymyślił nazwę zespołu?

Artur: Ja. Wymyśliłem ją już pięć lat temu i trzymałem zarezerwowaną dla swojego „zespołu przyszłości”. Stwierdziłem, że teraz to właśnie ten skład, że nasz wspólny projekt zasługuje na to, żeby ochrzcić go w ten sposób. A jeśli chodzi o znaczenie nazwy – to zagadka, ma związek z pewnym amerykańskim serialem, ale niech ludzie się domyślają. (uśmiech)

 

I jak wspominacie swoje początki? Łatwo się przebić młodemu zespołowi

w Polsce?

Piotr: Na początku pogrywaliśmy w salce prób. Spotykaliśmy się rzadko, ale jeśli już nam się udało, to graliśmy pełną parą. Chcieliśmy dawać koncerty, więc Artur załatwiał je sobie w różnych klubach w Poznaniu, później zaczęły pojawiać się pierwsze zaproszenia.

Artur: Nic z tego, co teraz się dzieje, nie planowaliśmy, bo łatwo się rozczarować. Przez pierwszy rok radziliśmy sobie sami, załatwialiśmy wszystko we własnym zakresie. To na tyle dobrze działało, że udało nam się poznać ludzi z branży, złapać nowe kontakty.

 

Przełomem był Spring Break?

Artur: Tak nam się wydaje. Spring Break to showcase, a showcase’y mają właśnie na celu odkrywanie nowych zespołów. Tydzień po koncercie dostaliśmy e-maila z Alter Artu, pojawiła się opcja zagrania na Open’erze.

Piotr: W tym roku odbyła się druga edycja Spring Break i dobrze widać, jak ta impreza otwiera młodym zespołom drogę do dalszej kariery. Zagranie na pierwszej edycji to była niesamowita szansa i zaszczyt. Mogliśmy poznać ludzi z branży, porozmawiać z nimi, powymieniać się numerami.

 

Jak Wam się grało na festiwalu? Jak odbieracie jego atmosferę w porównaniu z kameralnymi klubami?

Stefan: Wiesz, jesteśmy bardzo młodym zespołem, a nie wyjadaczami festiwalowymi, na razie z takich większych imprez był tylko Open’er. W tym roku zagramy na Orange Warsaw Festival. Koncerty w kameralnych przestrzeniach rządzą się swoimi prawami i nie ma sensu tego wartościować. Na festiwalu na pewno pojawił się duży stres, ale mądrze powiedziała Kasia Nosowska – gdyby wciąż nie czuła stresu przed wejściem na scenę po 20 latach, to granie nie miałoby już sensu. Na festiwalowej scenie fajne jest to, że stoi za koncertem cały sztab ludzi. Jest osoba, która pomaga ci w noszeniu sprzętu, osoba, która robi odsłuchy. Wszystko jest dopięte na ostatni guzik.

Artur: Od paru lat jeździliśmy na Open’era jako publiczność – ja byłem pierwszy raz w 2009 r. To było nasze muzyczne marzenie znaleźć się na festiwalu jako zespół.
Na koncercie był komplet publiczności, nie widzieliśmy naszego realizatora. Było super.

 

111

 

Kiedy pojawiła się propozycja nagrania Waszej pierwszej płyty?

Artur: Tuż po Spring Breaku. Odezwał się do nas Sony Music Poland, zaczęła się rozmowa na temat kontraktu, podpisaliśmy umowę finalnie w sierpniu 2014 r.

Piotr: Kiedy dowiedzieliśmy się, że będziemy nagrywać w Custom34 Studio w Gdańsku, opadły nam kopary. Dostaliśmy naprawdę najlepsze warunki nagraniowe.

 

A dużo Wam zostało narzucone przez wytwórnię?

Artur: Historie o narzucaniu czegoś przez wytwórnię wydają mi się trochę naciągane.

A przynajmniej w naszym przypadku było zupełnie inaczej – wzięli nas takimi, jakimi jesteśmy. W końcu wcześniej zrobili research, wiedzieli jakim jesteśmy zespołem.

Piotr: Oddaliśmy demo i usłyszeliśmy, że wszystko jest super, że mamy nagrać dokładnie to samo na płycie.

 

Właśnie ukazał się Wasz pierwszy teledysk do kawałka Bombs Away – jak wspominacie jego kręcenie w Barcelonie?

Maks: Byliśmy zmęczeni. Mieliśmy momenty kryzysowe, ale kiedy zobaczyliśmy efekt końcowy, to całe zmęczenie odeszło.

Stefan: Nie chcemy narzekać, ale żaden z nas nie miał wcześniej do czynienia z takim trybem pracy i nikt nie wiedział, czego się spodziewać. Okazało się, że jest strasznie dużo roboty. Te trzy minuty, które widać w video, to może pięć procent tego, co nagraliśmy.

Artur: Pojechaliśmy do Barcelony w styczniu, potrzebowaliśmy słonecznej pogody, a wtedy najlepsze słońce do kręcenia jest o godz. 5:30. Wieczorem trzeba wypić piwo, a wcześnie rano dojechać do lokalizacji, więc po 3 godzinach snu wsiadaliśmy w metro i jechaliśmy na plan na wschód słońca. Byliśmy tam do zachodu słońca, bo zachody też kręciliśmy. Mieliśmy bardzo fajną, silną psychicznie ekipę, która udźwignęła wszystkie nasze szczeniackie zagrywki. Jesteśmy urwisami.

Stefan: Nie wszystko w koncepcie teledysku nam pasowało – np. kartonowe gitary. Pojawiła się wielka frustracja, kiedy po raz setny musieliśmy zrobić głupią minę i udawać, że gramy na sznurówkach na papierowej gitarze.

Artur: Nie wiem, czy ktoś zauważył, że pod koniec rozwalamy instrumenty, i z jaką pasją to robimy. To był najfajniejszy moment.

Stefan: Nie wiem, czy był zaplanowany w koncepcji teledysku, ale chyba ekipa po pięciu dniach wyciągnęła pewne wnioski. Wyczuła, że nie jesteśmy do tego elementu przekonani i stwierdziła, że naturalną opcją będzie na koniec destrukcja instrumentów.

 

111111

 

Pod teledyskiem na YouTube wiele osób komentuje, że jesteście bardzo „zachodni”.

Piotr: Wiele się zmieniło w Polsce w ostatnich latach i to „zachodnie” brzmienie jest coraz bardziej popularne. Co dzień odkrywamy nowe polskie zespoły i pewien poziom, pewne zachodnie wpływy stały się normą.

Stefan: Ja nie wiem. Ja mam takie podejście, że uciekanie od polskości w muzyce to jest straszny błąd. Nie mam na myśli pisania tekstów po polsku, ale zachowanie pewnej tożsamości. Jak ja mam robić coś wyłącznie amerykańskiego, zagranicznego, jeśli od ponad 20 lat jestem otoczony, przesiąknięty polskością?

 

Wasze teksty to piosenki o miłości. To jest coś, co teraz Was najbardziej interesuje? Czy po prostu ten temat pasuje do indie rocka? Piotr – Ty je piszesz?

Piotr: Jest kilka tekstów o szczęśliwej miłości, kilka o nieszczęśliwej. Ale są też teksty o śmierci, o emigracji, o miastach. Jestem smutasem i bardzo mnie jara smutna muzyka. Moją inspiracją są różne skrajne uczucia. Byłem psychofanem The Beatles, a oni o niczym innym nie śpiewali – ciągle słyszałem w słuchawkach „Love,love,love”. To się udziela.

 

A jakich muzyków teraz słuchacie?

Maks: Cage The Elefant i siostry Heim.

Piotr: The Maccabees i Grizzly Bear.

Artur: Everything Everything. Tylko. Mam jakąś totalną wkrętkę, która chyba potrwa całe wakacje.

Stefan: Moją ogromną miłością jest Lorde. Może to jest trochę nastoletnie – ze wskazaniem na dziewczyny, ale ta laska jest taka, że mi ręce składają się do oklasków. To jest jakaś miazga. Miałem ostatnio rozmowę o niej z naszym producentem, Marcinem Borsem, w ogóle dyskutowaliśmy szerzej o nagrywaniu muzyki. To z jednej strony niesamowite, a z drugiej niebezpieczne zjawisko, że można nagrać muzykę w domu, w pokoju, a później rozpropagować ją przez Internet na tę skalę. Takim ewenementem jest nie tylko Lorde, podobnie zrobił James Blake.

 

I Cocorosie – w łazience.

Artur: I Mela Koteluk – w szafie. (śmiech)

 

A dlaczego Stefan myślisz, że to jest niebezpieczne?

Stefan: Bo zbyt łatwo można „wypłynąć” z jednej strony, a z drugiej – dostajemy zalew chłamu. Takich artystów, których wymieniliśmy, jest zaledwie kilku.

 

Muzyka stała się bardziej egalitarna w dobie Internetu, social media. Również dla Was to metoda na pozyskiwania nowych fanów, zdobywania większej popularności. Kiedyś zespoły rockowe po prostu koncertowały i sprzedawały koszulki.

Piotr: To prawda, że dziś ważnym dla nas środkiem przekazu jest Facebook.

Stefan: Ale mi się wydaje, że wciąż koncerty są najważniejsze – wspomniane przez Maksa siostry Heim były w trasie koncertowej przez ponad cztery lata. Sprawy internetowe to raczej wartości dodane.

Artur: Trzeba też odróżnić „fanów” facebookowych od tych prawdziwych fanów. Na Facebooku możesz mieć 50 tys. polubień strony, ale to są często przypadkowi ludzie. 50 tys. nie przychodzi na nasze koncerty. Fanami nie są osoby, które oglądają i lubią twoje zdjęcia, ale ci, którzy kupią płytę, przyjdą na koncert. Prawdziwi fani to ci, którzy biorą aktywny udział w życiu zespołu.

 

Wasze rodziny są Waszymi fanami? Jak rodzice zareagowali na pomysł założenia zespołu?

Piotr: Moja rodzina jest w większości za oceanem, nie zbyt dobrze ją znam, ale ostatnio ciągle do mnie pisze, komentuje naszą muzykę.

Stefan: Dla moich rodziców to było dziwne doświadczenie. Wcześniej nie byłem osobą, która dużo się bujała po mieście, wyjeżdżała. A teraz, kiedy koncertujemy, stałem się gościem w domu i zrobiło się dziwnie. Zauważyłem pewne zabieganie o moją osobę, padają pytania: „I jak było?”, „I gdzie znowu idziesz?”. Wcześniej byłem może nie niezauważalny, ale słyszałem takie zwykłe: „Aaa, cześć”.

Piotr: Kiedyś było pytanie: „Jak było w szkole?”, teraz jest: „Jak było na koncercie?”.

Artur: Wszyscy jeszcze mieszkamy u rodziców w Poznaniu. Rodzice, wiadomo – martwią się o dzieci. Ale już przeszedł ten etap: „A może pójdziesz na studia?”, „Co?! Będziesz grał w zespole? A zobacz – twoja siostra (…)”. Udało mi się wytłumaczyć rodzicom, że w muzyce taką szansę, jaką dostaliśmy, otrzymuje się pewnie tylko raz. Na studia można zawsze wrócić.

 

Dziękujemy klubowi Miłość Kredytowa 9 za udostępnienie wnętrz do sesji zdjęciowej. 

Zobacz też inne wydarzenia

27.06.2015, Warszawa, Cafe Kulturalna, Crocodiles 21.05.2015, WARSZAWA, KLUB BASEN, Sóley 22.03.2015, Warszawa, Klub Mózg, Pierwszy Warszawski Salon Ambientu