LAIF » WYWIAD: Król – „Nie chcę się naprzykrzać”

WYWIAD: Król – „Nie chcę się naprzykrzać”

 
Sprawa prezentuje się krótko: Król wydał właśnie nową płytę i rozpoczyna trasę koncertową po całej Polsce. Przy okazji, z charakterystyczną dla siebie niewymuszoną swobodą, zgodził się opowiedzieć mi o odpadających członkach, romantycznym etosie poety, współpracy z żoną i hipochondrii. Skąd wybór tematyki? Zwyczajnie – w rozmowie z tym artystą nigdy nie wiadomo, gdzie zaprowadzi nas kolejne pytanie.

 

2.król_przez sen_foto.Iwona Król

Król, fot. Iwona Król/ mat. prasowe


 
Tekst: Kajetan Łukomski (Avtomat)
 
Kajetan Łukomski: Zacznijmy od ustalenia status quo – lubisz udzielać wywiadów, czy to dla Ciebie męka?
 
Król: Wymaga to ode mnie większego skupienia i ważenia słów, żeby nie palnąć jakiejś głupoty. Dlatego jest ze mną obstawa cenzorska w postaci żony, a czasem też menadżera (śmiech). Czasami dostaję od nich jakieś tajemnicze znaki, że coś idzie złym torem lub za bardzo się uzewnętrzniam. Ale ogólnie nie mam z tym problemu. Nikt nie zadaje mi „za trudnych” pytań, bo też nie interesują nikogo zagadnienia, na których temat mało wiem – jestem piosenkarzem i na tym polu wiem, o czym mówię (śmiech).
 
Zdarzyło Ci się powiedzieć w wywiadze jakieś totalne głupstwo?
 
Miała kiedyś miejsce zabawna sytuacja, aczkolwiek nie wynikała z pomyłki. Powiedziałem kiedyś podczas wywiadu, że na scenie czuję takie emocje, że odpadają mi członki. Iwona, moja żona, robiła autoryzację wywiadu i autokorekta w komputerze zmieniła to na „odpada mi członek”. Jakichś wyjątkowo dramatycznych sytuacji nie pamiętam, a to wydarzenie potraktowaliśmy jako wesoły psikus losu.
 
Obrażasz się, gdy nazywa się Ciebie poetą?
 
Nie, absolutnie nie jestem obrażalski, nie lubię raczej takiego zakorzenionego w kulturze etosu poety. Moją twórczość część ludzi uważa za grafomanię, część za poezję, a niektórzy widzą w niej po prostu piosenki, które działają na różne ich wewnętrzne i zewnętrzne organy…
 
…na przykład odpadające członki.
 
Na przykład (śmiech). Albo jakieś nowe, replikujące się (śmiech). W każdym razie żaden sposób odbioru mojej muzyki mi nie przeszkadza, nie lubię po prostu tej nabożnej otoczki wokół poezji, która w Polsce zaczyna się już w szkole podstawowej.
 
Wieszcze narodowi otoczeni nimbem świętości?
 
Tak, a przecież większość z nich była zwykłymi pijakami i miała poważne problemy ze sobą, jak wielu innych artystów. Nadal istnieje na to przyzwolenie i to też jest złe. Całe szczęście ostatnio znajdują się i tacy, którzy wychodzą z tym z ukrycia i przyznają się do tego głośno. Często słyszy się, że po płodnym okresie twórczym trzeba wypić co najmniej flaszkę wódki, żeby to jakoś odreagować. Ja tego nie potrzebuję jako wymówki, po prostu lubię się napić (śmiech).
 
Czyli tworzenie nie jest dla Ciebie trudne?
 
W żadnym wypadku. Wręcz chciałbym poznać takie osoby, którym przychodzi to w jakichś męczarniach. Jeśli chodzi o pisanie tekstów to oczywiście mój system łączenia ze sobą w całość różnych strzępków zajmuje trochę czasu, ale nie siedzę w pracowni do piątej rano, gniotąc każdą kolejną kartkę, głowiąc się nad tym, przychodzi mi to w miarę naturalnie. Traktuję to jak zwykłą pracę – jeśli mam wolne, to wstaję o dziewiątej rano, pracuję dopóki Iwona nie wróci do domu, a później mamy czas dla siebie, zajmujemy się rozwojem ogólnym. Paradoksalnie im mniej mam czasu z powodu zajęć codziennych, tym więcej mam czasu na tworzenie (śmiech). Lubię mieć termin i plan działania, to mnie motywuje.
 
3.król_przez sen_foto.Iwona Król

Król, fot. Iwona Król/ mat. prasowe


 
Uciekasz od romantycznego wizerunku artysty?
 
Chyba nie muszę specjalnie uciekać, ja po prostu jestem już po tej drugiej stronie. Doceniam dzieła romantyczne, ostatnio byliśmy na wystawie z malarstwem Caspara Davida Friedricha – ten mnich, te piękne góry, bohaterowie odwróceni do odbiorcy plecami, przemawia to do mnie (śmiech). Sam jednak wolę pracować w inny sposób. Nie czuć tego może w utworach, które dla wielu są smutne i pewnie trochę romantyczne, bo taka część mnie też istnieje.
 
Odnoszę wrażenie, ze jesteś programowo bezpretensjonalny, nie lubisz narzucać nikomu interpretacji swojej muzyki – to zbliża do odbiorców?
 
Zarówno zbliża jak i pomaga mi samemu spojrzeć na nią inaczej. Najbardziej nie lubię tych pierwszych wywiadów, zanim jeszcze ukaże się płyta (rozmawiamy w przeddzień premiery – przyp. red.), kiedy jeszcze nie było konfrontacji materiału ze słuchaczem. Często to właśnie oni mówią mi – słuchaj, ta piosenka jest o tym i o tamtym, a mi pozostaje tylko podziękować im za rozjaśnienie mi w głowie (śmiech). Inaczej słucha się muzyki z kimś, zachodzi wtedy pewien dialog, wymiana poglądów. Dlatego często puszczam pierwsze wersje utworów Iwonie, czasami już zanim ona zacznie słuchać, to wiem, że coś w tym kawałku nie gra. Później dochodzą odczucia słuchaczy, które przyjmuję z otwartymi ramionami, więc tak – lubię zostawić jak największy margines do interpretacji. Lubię krytyczne konfrontacje ze słuchaczami, jak ktoś mi coś zarzuca. Często nawet w tak agresywnie rozpoczętych komentarzach brzmi chęć nawiązania rozmowy. Z kilku takich dyskusji wynikły nawet znajomości i teraz za każdym razem zbijamy sobie z takimi ludźmi piątkę na koncercie. Często wolę krytykę niż picie sobie z dzióbków – to jest przyjemne, ale ileż można.
 
Zdarzyło się, że fan powiedział Ci coś kompletnie zaskakującego?
 
Bywały takie sytuacje, nawet dosyć dramatyczne. Rozumiem to, bo sam miewałem momenty, w których muzyka działała jak swojego rodzaju pomocna dłoń. Spotykam się ze słuchaczami, którzy otwierają się i mówią, że podczas trudnego okresu w życiu moje „smutne” piosenki im w jakiś sposób pomogły. Wtedy najczęściej kompletnie nie wiem co powiedzieć.
 
Często pracujecie nad czymś razem z żoną?
 
Przy solowych płytach Iwona zawsze spełnia funkcję pierwszego producenta, a w dodatku, w momentach, w których nie chcę wykorzystywać komputera, gra na instrumentach, a nawet recytuje. Od niedawna gramy też wspólne koncerty jako duet Lauda, którego materiał wyprodukowaliśmy i zagraliśmy wspólnie.
 
Właśnie – grałeś i nadal grasz w kilku różnych projektach muzycznych. Wolisz je oddzielać różnymi nazwami, bo po prostu bawisz się nimi trochę, czy chodzi o zmiany w składzie?
 
Lubię się tym bawić, aczkolwiek spowodowane to jest też pewnymi zarzutami, że jestem trochę zbyt płodnym muzykiem. Ludzie pytają – jak można rokrocznie wydawać płytę? A ja chętnie wydawałbym jeszcze więcej płyt, gdyby tylko polski rynek muzyczny był większy. Jestem świadomy, że mogę ich tą intensywnością znudzić i pozbawiam ich tego okresu wyczekiwania, ale w końcu na święta też czeka się co roku.
 
W Twojej muzyce uderza też brak powierzchownych zagrań formalnych, liczy się w niej głównie atmosfera – czy tak właśnie podchodzisz do komponowania?
 
Tak, zbudowanie klimatu to coś, na czym przede wszystkim mi zależy. Mimo tego, że najpierw powstaje tekst, a dopiero później melodia, to staram się, żeby wszystkie te elementy zeszły się ze sobą w jakimś wspólnym punkcie, pasowały do ogólnego zamysłu utworu i zadziałały jako całość. Dlatego też te moje płyty są takie krótkie. Po pierwsze – sam lubię słuchać krótkich albumów. Co prawda ostatnio uczę się słuchać albumów jako całości, ale jednak trochę męczą mnie długie materiały. Po drugie – chciałbym, żeby te płyty były swojego rodzaju impresją. Nie chcę męczyć słuchacza, ani mu się naprzykrzać. Wiadomo, jak większość z nas teraz żyje – praca, dom, praca, dom, praca, dom. Wtedy ma się mało czasu na porządne przesłuchanie albumu, a te moje dwadzieścia kilka minut może być takim strzałem, mignięciem, które da się wcisnąć między obowiązek a obowiązek.
 
Podobno teksty piosenek składasz z przypadkowych fraz i znalezionych, przeinaczonych tekstów kultury – to prawda?
 
Ostatnio z Iwoną rozmawialiśmy o dzisiejszej tendencji do opisywania sztuki i nadawania jej ideologii, której w niej tak naprawdę często brakuje. W środowiskach muzyki ambitniejszej trzeba ostatnio dużo podpowiedzieć słuchaczowi i mimo, że muzyka często jest bardzo dobra, to broni się lepiej, kiedy towarzyszą jej te cytaty i podpowiedzi. Doszedłem wtedy do wniosku, że ja działam raczej w stylu tych bitników, którzy cięli gotowe już teksty i składali z nich coś nowego. Czytając książki, podkreślam sobie jakiś wyjątkowy rzeczownik w połączeniu z adekwatnym przymiotnikiem, zapisuję to w notesie albo telefonie. Kiedy już uzbiera się tego kilkadziesiąt stron nagle pojawia się jakiś klimat i motyw przewodni. O czym tak naprawdę jest dany tekst daję zdecydować słuchaczom i od nich tak naprawdę dowiaduję się o czym są.
 
Słuchasz czasami własnej muzyki, wracasz do niej?
 
Tak, jasne, że tak. Naprawdę podoba mi się to co robię, nawet jeśli brzmię w tej chwili nieskromnie, ale po co miałbym kłamać? W końcu i tak na początku ja muszę się tym zajarać, żeby móc porwać ze sobą innych. Ta muzyka sprawia, że mam ciarki na plecach, że odczuwam jakieś inne podniety, ale wszystko do pewnego momentu. Dochodzi wtedy do tego, że już kompletnie nie mogę tego materiału słuchać i słyszę w nim same błędy. Teraz właśnie jest ten moment – brak mi dystansu i obiektywizmu.
 
To znaczy, że lepiej nie chodzić na pierwsze koncerty Króla po wydaniu płyty?
 
Nie, koncerty to już kompletnie inna platforma prezentacji muzyki, pojawiają się muzycy czyli Bartosz Matuszewski i Mateusz Rychlicki. Przynoszę wtedy teksty, temat muzyczny i robimy coś wokół tego, oni w niektórych przypadkach nawet nie słuchają oryginalnych wykonań. Jak już mówiłem – mi się ten materiał zdążył już przejeść, znudzić, więc chcę z niego wyciągnąć coś nowego. Przy okazji nowej płyty na koncertach będzie chyba trochę mocniej niż poprzednio, trochę bardziej psychodelicznie.
 
Masz jakieś zakulisowe fanaberie? Bez czego nie możesz się obyć podczas grania koncertu?
 
Lubię postawić sobie piwo na scenie, chociaż rodzice zawsze mówili mi: „Napij się przed albo po, to tak brzydko wygląda” (śmiech). Teraz już przelewam je do kubeczków (śmiech). Miałem taki moment, że obudził się we mnie hipochondryk i ubzdurałem sobie, że mój głos brzmi lepiej od pewnego leku na gardło do ssania. W końcu jednak zacząłem o nim regularnie zapominać i okazało się, że śpiewa mi się dokładnie tak samo. To był taki jedyny mój rytuał, a właściwie utrapienie, bo musieliśmy niejednokrotnie jeździć po aptekach, żeby znaleźć dla mnie zapas przed koncertem. W ogóle dużo chorób sobie wymyślam, Iwona śmieje się, że co najmniej dwa, trzy razy w roku trafiam do szpitala z podejrzeniem jakiegoś zawału serca, jakiegoś nadciśnienia, ale od razu po przekroczeniu progu szpitala cudownie zdrowieję.
 
To życzę jak najmniej przypadłości, prawdziwych czy urojonych podczas nadchodzącej trasy.
 
Poczekamy chwilę, żeby słuchacze zdążyli się osłuchać i przyzwyczaić do nowego albumu, a wtedy wejdziemy na scenę i zagramy je zupełnie inaczej (śmiech).

Zobacz też inne wydarzenia

21.05.2015, WARSZAWA, KLUB PARDON, TO TU, Idris Ackamoor & The Pyramids25.04. 2015, WARSZAWA, KLUB STODOŁA, OPEN STAGE, RITA PAX12.04.2015, WARSZAWA, KLUB BASEN, VOO VOO