LAIF » WYWIAD: Lilly Hates Roses

WYWIAD: Lilly Hates Roses

Kasia i Kamil przyjechali do Warszawy, nagrali swój drugi album i opowiedzieli nam, jaką widzą Warszawę. Młodzi, zdolni, pozytywni, bo jak napotykają przed sobą mur, to nie walą łepetyną na oślep: – Na koncert przyszło kilkanaście osób. Zeszliśmy ze sceny, usiedliśmy w kółku i zagraliśmy koncert akustyczny – wspominają. Poznajcie Lilly Hates Roses, najbardziej słoneczne duo w Polsce.

Tekst: Przemek Bollin

 

IMG_3898

Lilly Hates Roses/ fot. mat. prasowe

 

Przemek Bollin: Co ten Mokotów?

Kamil Durski: [Śmiech]. Album powstawał w Warszawie i mieszkaliśmy na Mokotowie. To miejsce było dla nas źródłem inspiracji: nagrywaliśmy płytę w lutym, ludzie w tych korkach na Domaniewskiej, do tego Mordoru jadą; my też w tym autobusie, przedzieramy się na drugą stronę Wisły, na Gocław – mniej więcej tak to wyglądało.

Ta piosenka jest o traumie dużego miasta, która dopada czasem człowieka, choć u nas to jest raczej pozytywnie. W tytule nie chodziło o jakieś konkretne zdarzenie, tylko o miejsce.

 

Ktoś Wam go zasugerował? Bo chwyta.

Kasia Golomska: To dobrze! Znaczy, że zadziałało. Mieliśmy kilka pomysłów, ale wybraliśmy ten. Nikt nam nic nie sugerował.

K.D.: Kasia wpadła na to, że może „Mokotów”, ja powiedziałem, że czemu nie i tak zostało.

 

Oboje nie pochodzicie z Warszawy i jesteście tam, stosunkowo od niedawna. Jak myślicie, co ludzi w tym mieście przeraża?

K.D.: Może im się to kojarzy z korporacją i siedzeniem w biurze? Wydaje mi się, że tu też można normalnie żyć.

 

Mi się stolica nie kojarzy z „korpo”. Raczej mam na myśli rytm życia i koszty utrzymania. Dwa, że traci się kontakt z rodziną, ze znajomymi i swoimi miejscówkami. A tu, to nie wiadomo co.

K.D.: To jest naturalne całkiem. Poznajesz nowych ludzi, musisz się odnaleźć w nowych sytuacjach – możesz jakby debiutować w nowym mieście. Zostawiasz nie tylko dobre rzeczy, ale i te złe – i ja bym też pod tym kątem to przepracował, w związku z przeprowadzką.

 

A Wy co zostawiliście za sobą?

K.D.: Trochę tego, trochę tego [nerwowy śmiech].

K.G.: Tutaj też wpadamy i zawodowo i prywatnie, zarówno w dobre, jak i złe rzeczy, które potem znowu trzeba będzie zostawiać [śmiech].

K.D.: W każdym razie… Warszawa spoko, mamy nadzieję, że płyta wpisze się w wakacyjny klimat.

 

Osoby, które pojawiły się w viralu promującym Wasz singiel, to dobrzy znajomi? Wspólne posiadówy, inspirujące rozmowy?

K.G.: Piotrek Rogucki pomaga nam przy każdej okazji i wspiera. Dawid Podsiadło pojawia się na naszej płycie i przewija się w naszych losach…

K.D.: Głównie to są nasi znajomi, ale to są takie znajomości z różnych festiwali, na backstage’u; wspólne imprezy i tak dalej. Nie było googlowania [śmiech].

 

 

Kilka tygodni temu Piotr „Patrick the Pan” Madej opowiedział mi o jego przyjaźni z Dawidem Podsiadło i tego, że „Niedopowieści” były tego efektem. Jak jest w Waszym wypadku?

K.D.: Z Dawidem mamy takie porozumienie, że oboje trafiliśmy w taki wir wydarzeń, w dosyć młodym wieku i musieliśmy sobie z tym jakoś radzić. Wiadomo, że on jest teraz super sławny i w ogóle [śmiech], ale zaczynaliśmy podobnie.

Przypomina mi się sytuacja, kiedy Dawid śpiewał jedną piosenkę z Patrick the Pan w Eufemii – w Warszawie grali koncert i zabrakło kabli. Tobiasz Biliński z Coldair pobiegł do domu i potem siedzimy przy piwie i tak mówimy, że tylko Fismolla tu brakuje.

 

Mówicie o Dawidzie, popularności, to zapytam o drugą stronę tego. Nagrywasz sobie piosenki w domu, w sypialni, czy w garażu, a tu nagle press tour, setki pytań, terminy, oczekiwania. Odczuwacie presję w związku z tym?

K.D.: Nie nazwałbym tego presją, bo nie mamy ciśnienia, które miałoby to napędzać. Robimy wszystko totalnie szczerze i sami, więc nie musimy się plątać w zeznaniach. Ewentualnie nakładamy sobie jakieś cele, ale nie mamy czegoś takiego, jak mają inni artyści, którzy tu muszą pójść, tam się uśmiechnąć i tak dalej. Sądzę, że to jest inny rodzaj presji. U nas sprowadza się to tylko do zagrania dobrego koncertu.

K.G.: Ja tak miałam w momencie po nagrania płyty, kiedy materiał został oddany i musieliśmy czekać. Nie chodzi o to, że zastanawiałam się, czy zdobędziemy popularność, czy nie. Raczej to, że nic więcej nie mogłam już zrobić.

 

Jaki jest Twój najważniejszy numer na tej płycie? Taki, że jak go śpiewasz, to się telepiesz z emocji.

K.G.: „Mokotów”. To jest pierwsza piosenka, którą napisałam – to znaczy Kami napisał tekst, bo ja w tekstach to się średnio czuję. Napisałam go po tym, jak po raz pierwszy wyprowadziłam się od rodziców i było mi z tym ciężko. Później to wszystko się ułożyło, zaczęliśmy nagrywać – też czekałam na to, kiedy to zrobimy, nie mogłam się doczekać.

 

IMG_3518

Lilly Hates Roses/ fot. mat. prasowe

 

 

Wyobraźcie sobie taką sytuację: darmowy koncert, kilkadziesiąt przypadkowych gapiów o pustych oczach – a Wy gracie najważniejszy kawałek. Kończycie, idziecie na backstage, i co?

K.D.: Ciężko. Kurde, nie wiem.

K.G.: Takie trudne sytuacje, które opowiadają nam nasi znajomi, jakoś nas omijają. Rzeczywiście pierwsze koncerty spotkały się z murem, a my też nie staramy się go przebijać. Raczej próbujemy go obejść.

K.D.: Nigdy nie mieliśmy takiej skrajnej sytuacji, czasami nie wpadliśmy na hype. Są też sytuacje, że na koncercie w Olsztynie, przy czterdziestostopniowym mrozie, przyszło chyba tylko z dwadzieścia osób – a klub był całkiem spory. Stwierdziliśmy, że mimo wszystko chcemy ten koncert dobrze zapamiętać – a czuliśmy, że im jest głupio, że tak mało osób przyszło i my byliśmy przez to spięci, ale zeszliśmy ze sceny, usiedliśmy w kółku i zagraliśmy koncert akustyczny. Jest kilka koncertów, których nie pamiętam, ale ten wspominam nieprzypadkowo.

K.G.: Atmosfera była super!

K.D.: Pomagamy sobie pozytywnym myśleniem.

 

Macie tak z natury?

K.G.: Nie wyobrażam sobie, żeby nie było Lilly – i to nam daje taki power.

K.D.: Wyciągamy z tego, co najlepsze, bo jak na razie nie możemy narzekać. Gramy w kraju i za granicą, a dziś wychodzi nasza druga płyta.

 

To dzisiaj?

K.G.: Tak! To dla nas ważny dzień [rozmawialiśmy 29 czerwca – przyp. autora].

 

To z tej okazji życzę, żeby „Mokotów” stał się hymnem słoików.

K.G.: Idealnie [śmiech].

K.D.: Trochę taki się robi…

 

No właśnie! A jak to jest z Wami? Jesteście słoikami? Czujecie się nimi?

K.D.: Bycie słoikiem kojarzy mi z byciem studentem, a to trochę za mną jest. Solidaryzuje się z nimi, bo to odważni ludzie.

 

Trzeba być odważnym, żeby wyjechać do Warszawy?

K.D.: Chyba tak. Wyjeżdżasz z rodzinnego miasta, dowozisz te słoiki – bo nie stać cię, żeby chodzić do restauracji. Jest to odważna postawa, bo próbujesz walczyć o swoje, bez względu na wszystko.

 

A Wy macie teraz inne zajęcia poza zespołem?

K.D.: A takie tam, różne [śmiech]. Ja piszę teksty dla innych zespołów, Kasia śpiewa z Miuoshem i Jimkiem…

 

Co?! Czekaj, idę do swojego pokoju [rozmawiamy przez telefon – przyp. autora], otwieram płytę DVD….

K.G.: „Za Tobą”.

 

Tak! Faktycznie, to Ty!

K.G.: A byłeś na koncercie?

 

Niestety, nie wbiłem się.

K.G.: Szkoda, ale spoko, jeszcze będą. Nie mogę mówić, ale będą [śmiech].

 

Luz, przecież nikomu nie powiem [śmiech]. Jak słucham tego koncertu z NOSPR-u, to to jest hit! Historyczne wydarzenie. Czegoś takiego jeszcze nie było.

K.G.: Tak! Ci ludzie, ta sala, orkiestra – to wszystko było niesamowite.

K.D.: No właśnie udaje nam się robić różne rzeczy i nie pracować gdzieś indziej na etacie.

 

No, ale co takiego robicie? Dajcie jakiś przykład.

K.G.: Ja pracowałam w call center. Nie polecam [śmiech].

 

Sprzedawałaś jakiś produkt?

K.G.: Tak, telefonię komórkową, a wcześniej telewizję.

 

Modulowałaś głos, żeby była premia?

K.G.: Trochę tak, wiadomo [śmiech].

 

Byłaś najlepsza na swojej zmianie?

K.G.: A kilka razy się zdarzyło.

 

Tak czułem…

K.G.: Ale długo nie dałam rady.

 

Macie wiarę w to, że Lilly może Was wyżywić na pełen etat?

K.D.: Chcielibyśmy, ale nie napinamy się na to. Najważniejsze, żeby to wszystko było związane z muzyką i żeby na obiad było [śmiech].

Nie trzeba być Marylą Rodowicz, żeby się utrzymać z muzyki. Można spokojnie z tego żyć, wiadomo, że chciałoby się mieć stawkę Sylwii Grzeszczak…

 

Chciałbyś być Sylwią Grzeszczak?

K.D.: Noo! A Ty nie? Ja mogę być Liberem. Oni są szczerzy w tym – to jest najważniejsze. Po co mielibyśmy hejtować coś takiego?

 

Po historii z Miuoshem, viralu i brzmieniu Waszej płyty, myślicie, że Lilly mogłaby się spotkać z kimś z innej sceny?

K.D.: Kurde, czemu nie! Mamy już układy z hip-hopowcami, więc wiesz [śmiech].

 

To do kogo mam dzwonić?

K.D.: Z hip-hopowców?

 

Do kogokolwiek, ale możesz wybrać tylko jeden numer.

K.D.: Dzwoń do Eminema.

 

Naprawdę?

K.D.: Czemu nie, lubię takie dziwne połączenia. Jeszcze rok temu powiedziałbym, że Jonsi. Jakbym mógł nagrywać z każdym, to bym z Kasią nagrywał.

K.G.: Ooo…

Zobacz też inne wydarzenia

10.06.2015, WARSZAWA, MIŁOŚĆ, SLOW MAGIC06.04.2015, WARSZAWA, KLUB BASEN, MØ24.04.2015, WARSZAWA, CAFE KULTURALNA, SUPER GIRL & ROMANTIC BOYS I LATAJĄCE PIĘŚCI