LAIF » WYWIAD: „Ta płyta jest suką, ale ją kocham” – Lou Doillon

WYWIAD: „Ta płyta jest suką, ale ją kocham” – Lou Doillon

 

Wydając przed trzema laty pierwszą płytę, „Places”, Lou Doillon wprawiła w konsternację swoich rodaków. „Jak to, ona śpiewa?”, „debiut w wieku 30 lat?” – dziwili się francuscy krytycy i media. Przez wielu kojarzona do tej pory głównie ze sławną rodziną – matką, Jane Birkin, siostrą, Charlotte Gainsbourg, brana za córkę Serge’a Gainsbourga (choć jak samo nazwisko wskazuje, jej ojcem jest reżyser Jacques Doillon), udowodniła, że ma znacznie więcej do zaoferowania niż bywanie na paryskich przyjęciach czy zasiadanie w pierwszych rzędach pokazów mody. Doillon próbowała aktorstwa i modelingu, jednak to tworzone w domowym zaciszu, przez długi czas ukrywane przed światem piosenki okazały się sukcesem. Płyta zdobyła we Francji status podwójnej platyny, a Doillon otrzymała nagrodę Victoire de la Musique dla najlepszej artystki roku. 9 października ukazał się jej drugi album, „Lay Low”, z mruczącymi, melancholijnymi balladami, podobny w klimacie do debiutu, jednak z widocznymi śladami współpracy z kanadyjskim zespołem Timber Timbre.
 
Podczas spotkania Lou, delikatna i wrażliwa, a jednocześnie ciągle żartująca i wybuchająca zachrypniętym od wypalanych namiętnie paczek papierosów śmiechem, opowiada m.in. o zmaganiu się z albumem, który był jak zwariowana nastolatka, rysowaniu i pieczeniu ciast, spotkaniu z Patti Smith, o smutku i byciu czarną owcą.
 
W ramach trasy koncertowej promującej nową płytę Lou zagra 12 marca w Warszawie (klub Proxima).
 
Tekst: Dorota Groyecka, Milena Fik; Zdjęcia: mat. prasowe
 
droits réservés 1

 
 
Skąd pomysł na współpracę z Taylorem Kirkiem z Timber Timbre przy nowej płycie?
 
Lou Doillon: Z kilku ważnych powodów. Po pierwsze uwielbiam ten zespół, miałam obsesję na punkcie ich kilku ostatnich płyt. Po drugie próbowałam wcześniej współpracy z kilkoma różnymi osobami, ale każda z nich miała zbyt określony styl – jedna była rock ‚n’ rollowa, druga folkowa, jeszcze inna mocno soulowa. Żadna z nich nie była w każdym tych gatunków i w żadnym zarazem. A ja jestem królową sprzeczności, dosyć skomplikowaną i w swoim własnym kącie, ucieszyło mnie więc, kiedy dosyć szybko odkryłam, że Kirk także jest skomplikowany i niezbyt chętny do współpracy z innymi ludźmi. Na początku mi odmówił. Był bardzo miły, ale powiedział: „nie”. To dobrze na mnie podziałało – zapragnęłam tej współpracy jeszcze bardziej. W końcu zgodził się, oferując mi zaledwie kilka dni między Bożym Narodzeniem a Sylwestrem w Kanadzie, gdzie kończył swoją trasę koncertową. Chyba zrobił to po to, żebym tym razem ja odmówiła, ale powiedziałam: „OK!”. Wzięłam swoją gitarę i wskoczyłam do samolotu. Już pierwszego dnia w studiu zakochałam się w muzyce, którą tworzyliśmy. On jest niezwykle utalentowanym facetem i ma wspaniały zespół. Nagrywaliśmy w niesamowitym Hotel2Tango – studiu Godspeed [Godspeed You! Black Emperor], które jest pod kuratelą Constellation Records. Było wspaniale… ale też ciężko. Ścieraliśmy się, ale na tym powinna polegać muzyka.

 

Processed with Rookie

Okładka płyty „Lay Low”


 

Miałaś wcześniej przygotowane utwory, a Kirk dodał swoje akcenty, szlify?
 
Zrobił znacznie więcej. Komponuję piosenki na gitarę, jest tylko ona i mój głos. Istniała więc ogromna przestrzeń do uzupełnienia o wszystkie barwy tego albumu. On tak naprawdę odnalazł podstawowy rytm piosenek. Wszystko potoczyło się szybko i naturalnie. Nagrywaliśmy na żywo – gitara basowa, perkusja, keyboard. Próbowaliśmy wielu rzeczy, ale w bardzo prosty sposób. Ani on, ani ja nie przygotowujemy się za bardzo przed nagraniami, więc przychodziłam do studia, a on mówił: „zaśpiewaj jakąś piosenkę”. Śpiewałam, akompaniując sobie na gitarze, na co on mówił: „nie, nie podoba mi się to, spróbujmy inną” i prosił Simone’a [Trottiera], który gra na perkusji, żeby coś wykombinował. Wtedy ja narzekałam, że niezbyt mi to pasuje, aż w końcu wszystko było dobrze. Uwielbiałam, kiedy sam Taylor siadał za perkusją, ponieważ oboje czujemy wręcz panikę przed perfekcją i nie lubimy, kiedy perkusja brzmi jak perkusja, a gitara jak gitara. Dobrze się wtedy ze sobą bawiliśmy.

 

Zwróciłyśmy uwagę na Twoje zdjęcie ze studia z wielkim vintage’owym bębnem. Jaka wiąże się z nim historia?
 
Ten ogromny bęben ciągle leżał gdzieś w pobliżu. Taylor mówił: „podejdź do bębna”, na co ja odpowiadałam: „nie, nie umiem bębnić”, na co on znowu mówił: „idź do bębna”, więc w końcu podchodziłam, myśląc: „och, pieprz się Taylor” (śmiech). To naprawdę duży instrument, musiałam być bardzo skoncentrowana na tym głębokim: buum! buum! Ale brzmiało to świetnie, potężna wibracja i bas – dźwięki których tak naprawdę się nie słyszy, są gdzieś w tle. Nie pamiętam już, czy użyliśmy go ostatecznie na płycie, ale takie eksperymentowanie było świetną zabawą. To studio jest szalone, mają porozkładane wszędzie stare rzeczy, Taylor też uwielbia starocie, więc jeśli oni czegoś nie mieli, to on to miał. Przynosił do studia najdziwniejsze instrumenty.

 

Kiedy stwierdziłaś, że masz już dosyć pierwszej płyty i zaczęłaś przygotowywać nowe materiały?
 
Jeszcze w trasie koncertowej, w trakcie letnich festiwali, kiedy byłam już w drodze sześć czy siedem miesięcy. W takim okresie przechodzisz szalony proces ze swoimi piosenkami… Nie to, że jesteś zmęczona, bo każda noc jest inna, każdej nocy starasz się poprawić, można by więc grać tę samą piosenkę nawet dwa tysiące lat i wciąż znajdywać rzeczy do poprawy. Zwłaszcza, że my gramy naprawdę na żywo – i to też sprawia, że jesteśmy z Taylorem sobie bliscy. Teraz powstaje mnóstwo zespołów, które nawet jeśli grają live’a, to mają wiele dźwięków na jedno kliknięcie, więc niewiele się u nich może zmienić. U nas wszystko jest w ruchu, nigdy nie jest idealnie i prawie za każdym razem musimy coś popsuć. Nawet jeśli wykonamy 16 piosenek bezbłędnie, zdecydowanie w kolejnej ktoś coś spieprzy! (śmiech)
 
Pod koniec trasy czułam ogromną miłość do mojego zespołu, utworzyła się między nami bardzo silna więź. Moja własna rodzina jest tak szalona, że nigdy nie miałam przy sobie kogoś każdego dnia osiem miesięcy z rzędu, więc zespół stał się dla mnie w pewien sposób taką niesamowicie stabilną rodziną zastępczą. Pod koniec trasy poranki były osobliwe… dawaliśmy koncerty dla 15 tysięcy osób, spaliśmy w naszym busie… wszystkie moje dzieci – dziesięciu facetów i ja. Czułam się trochę jak skrzyżowanie Królewny Śnieżki i dziwnej matki (śmiech). Któregoś ranka, kiedy słońce powoli wschodziło, mieliśmy za sobą występ na wielkim festiwalu i przez całą noc upijaliśmy się, chwyciłam leżące obok ukulele i zaczęłam pisać. To był „Robin Miller”.

 

No właśnie – kim jest Robin Miller?
 
(Śmiech) To fikcyjna postać i żart z dwóch Francuzów z naszego zespołu. Jeden wygląda jak ptak, rudzik [ang. robin], jest niski i ma duży…

 

To raczej nie będzie komplement.
 
(Śmiech) Nie, on się nie obraża, bardzo mu się to spodobało. Nie ma dużego brzucha, tylko taką mocno wypiętą klatkę piersiową. Nazywamy go więc po francusku rouge-gorge. A innego kolegę wołaliśmy meunier [młynarz]. Ale pisząc piosenkę musiałam przetłumaczyć te słowa na angielski i tak powstał „Robin Miller” – pomyślałam: „co za świetne imię dla faceta”. Pewnie sporo osób sprawdza w Internecie, kim jest Robin Miller. Wiem, że jest jedna gwiazda porno, która nazywa się Roben Miller. Ta piosenka mogłaby być dla niej, ale nie jest (śmiech).
 
Kiedy skończyłam trasę, piosenki zaczęły nadciągać, przez jakichś dziewięć miesięcy nieustannie pisałam. Wielu utworów nie skończyłam, inne nie były wystarczająco dobre, żeby trafić na płytę. Inaczej niż przy poprzednim albumie, wszystkie utwory skończyłam nim weszłam do studia. Choć „Where to Start” ukończyłam zaledwie dzień przed.
 
 

 
 

Czy byłaś tym razem dla siebie łagodniejsza, pewniejsza swojej pozycji jako muzyk? W wielu wcześniejszych wywiadach mówiłaś, że nim wydałaś pierwszy album byłaś bardzo surowa wobec siebie, miałaś wątpliwości, czy w ogóle powinien się ukazać.
 
I tak, i nie. Presja wciąż była obecna, jestem osobą, która sama na sobie ją wywiera. Ale w przypadku tej płyty było inaczej, bo musiałam każdego dnia walczyć z nią i o nią. Przy poprzednim albumie Étienne Daho [producent „Places”] chronił mnie, to on zmagał się z rzeczywistością, więc ja mogłam często pozostawać w sferze fantazji, co momentami może być trudne i bolesne, bo nie pracując fizycznie, zaczynasz odlatywać, bać się. Tym razem to była harówa i pod koniec każdego dnia byłam naprawdę zmęczona. Ten album był bardzo osobliwym wyzwaniem, trochę jak zwariowana nastolatka, której odbija i cały czas trzeba ją przywoływać do porządku. W ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy zaczynałam próby kolejno z trzema zespołami i z żadnym nie wychodziło, więc zaczęłam panikować, nie wiedziałam, co robić dalej. Potem znalazłam Taylora i zaczęliśmy cały proces, ale w pewnym momencie on zaczął się dziwnie zachowywać, więc przerwaliśmy. Wznowiłam prace w Paryżu i kiedy myślałam: „dobra, teraz już tylko musimy album zmiksować”, okazało się że zmarł właściciel studia, zamknięto je, pojawiła się policja… Kiedy w końcu udało się zrobić mastering, okazało się, że coś jest popsute, wróciliśmy z taśmami do Francji, i kiedy myślałam, że mogę już spokojnie spać, odebrałam telefon: „nie uwierzysz, co się stało – spieprzył się drugi mastering”. Zrobiliśmy zdjęcia na okładkę, ale nie wyszły, więc w końcu jest na niej moje selfie. Później kręciliśmy teledysk [do „Where to Start”], ale on też się nie udał, więc wspólnie z moim chłopakiem nakręciliśmy go jeszcze raz iPhonem. Ta płyta jest suką, ale ją kocham.

 

Jest taka jedna piosenka Lykke Li zatytułowana „Sadness is a Blessing”. Większość Twoich utworów jest melancholijna. Czy umiałabyś nagrać szczęśliwą piosenkę, tworzyć będąc szczęśliwą?
 
Myślę, że artyści pracują na zasadzie przeciwieństw, w ten czy inny sposób. Na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć, że nie słyszałam jeszcze szczęśliwej piosenki. Jeśli wszystko idzie po twojej myśli, jesteś szczęśliwa, jesteś cały w danej chwili – nie piszesz. Nie widziałam nikogo w środku radosnej chwili, kto by powiedział: „stop!”, wyciągnął dziennik i zaczął pisać. Nie ma ku temu powodów, zwłaszcza, jeśli jesteś songwriterką; być może w zespole dajesz się ponieść takim emocjom. Momenty, kiedy jest się samemu, rzadko są momentami czystego szczęścia, a jeśli już, to jest to szczęście nostalgiczne. „Felling Good” jest jedną z najsmutniejszych piosenek na świecie – ona [Nina Simone] śpiewa, że „czuje się dobrze”, ale nie jest przekonywująca. Podczas jednego z wywiadów zażartowałam, że nie wiem, w jakim stanie musiał być Pharell pisząc „Happy” – nie jestem pewna, czy naprawdę jest taką szczęśliwą osobą. Komicy to jedni z najbardziej depresyjnych ludzi na świecie, natomiast aktorzy tragiczni są często niesamowicie weseli i zabawni. Podobnie jest w przemyśle muzycznym – Taylor i ja potrafimy pękać ze śmiechu przez cały dzień, czego być może nie podejrzewa się, słuchając naszej muzyki. Ekspresja jest sposobem radzenia sobie z paniką. Jestem bardzo nostalgiczną osobą, ale w większości moich tekstów jest dowcip. Dawałam ostatnio koncert w L.A. i byłam bardzo zadowolona, kiedy śpiewając „Jealousy” zobaczyłam, że ludzie płaczą ze śmiechu. I o to chodzi – ja przedstawiam przerysowaną sytuację, po to, żeby ludzie mogli zachichotać. Na przykład „So Still” jest o mężczyźnie, który jest tak idealny, że dziewczyna nie może się powstrzymać od bycia okropną. Wyłączenie dlatego, że facet jest pewien, że dziewczyna będzie dla niego dobra, ona musi wszystko spieprzyć.
 
Większość moich przyjaciółek bywa żałosna, moi faceci bywali żałośni, mężczyźni z którymi się przyjaźnię też są czasami żałośni: „och, ta dziewczyna tak mi się podoba, że muszę jej pokazać, że mi nie zależy”. Tak właśnie się zachowujemy, niewiele jest super-funkcjonujących istot ludzkich. Kiedy Taylor był szczęśliwy, brał butelkę po wodzie i rzucał nią we mnie. To był jego sposób powiedzenia: „jestem szczęśliwy” i ja to rozumiem. Byłoby za łatwo, jeśli moglibyśmy po prostu przed kimś stanąć i powiedzieć: „hej, lubię cię”. Musimy przechodzić przez te złożone emocje. I o tym tak bardzo lubię pisać, o tym, jakie to powszechne. Lubię zauważać pewne zachowania u siebie, a potem odkrywać, że inni też je powtarzają. Czytać z ludzi, wyłapywać dziwne rzeczy, które robimy, kiedy nie czujemy się komfortowo. To zabawne jak ludzie trzymają dłonie, jak układają nogi, jak patrzą na innych ludzi i jak udają, że wcale nie patrzą na nich. To genialne, jacy jesteśmy skomplikowani!

 

Ale żyjemy w czasach coachingu i poradników, które próbują zrobić z nas podobnych do siebie perfekcjonistów, każą spełniać się w 100 procentach jako matki, żony, córki, budować super plan dnia itp.
 
Flaga, która niosę to: skończmy z perfekcją! Myślę, że perfekcjonizm nikogo nie uszczęśliwia, lepiej skupić się na poszukiwaniu szczęścia, bo żyjemy tylko raz. Czy jeśli uda ci się idealnie wykonać wszystkie zaplanowane w ciągu dnia zadania, to oznacza, że będziesz szczęśliwy? O tym właśnie są moje piosenki – o wyścigu, w którym bierzemy udział, ale na jego końcu nic na nas nie czeka. Nawet jeśli otrzymasz odznakę czy nagrodę, to nie zabierzesz jej tam, gdzie się później wybieramy. Każdy powinien żyć w zgodzie z własnym rytmem. Serce każdego bije inaczej i tak różne powinny być nasze losy.

 

Nie tylko tworzysz muzykę, ale również rysujesz. Widziałyśmy na Instagramie, że eksperymentujesz z różnymi technikami, m.in. linorytem. Czy to tylko Twoje hobby, czy może planujesz jakąś wystawę?
 
Rysunki być może zostaną wystawione, ponieważ okazuje się, że się podobają – ludzie chcą je obejrzeć, kupić. Pewne rzeczy opuszczają mój dom, żebym ich nie zniszczyła, ponieważ jestem nieuważna – na kartkach papieru zostawiam odciski od kubków z kawą itd. Uwielbiam tworzyć różne rzeczy, cały czas coś robię i byłoby mi bardzo ciężko przestać. Na końcu pozwalam ludziom zdecydować, czy jest to coś, co chcieliby mieć, czy nie. Ale teraz muszę się zdecydować na jedną rzecz, bo np. kocham piec ciasta i moi znajomi mówią: „powinnaś je sprzedawać!”. Nie mogę robić wszystkiego, ale zatrzymuję sobie takie umiejętności na później – jeśli moja muzyka nie wypali, będę sprzedawać ciasta, jeśli z ciastami się nie uda, wciąż będę mogła rysować, jeśli to nie wyjdzie – będę robić t-shirty. (śmiech) To ciągłe wytwarzanie czegoś, to mój sposób radzenia sobie ze strachem, zapewniania siebie samej, że zawsze będę miała jakiś sposób komunikowania się z ludźmi, a także radzenia sobie ze starzeniem. Pieprzyć to! Jak będę mięć 60 lat, będę piec ciasta i całymi dniami rysować w bujanym fotelu! (śmiech)

 

Kto jest Twoim ulubionym artystą wizualnym?
 
Z pewnością byłabym gotowa wydać sporo pieniędzy na rysunek Egona Schielego, ale jestem zafascynowana także Annette Messager, uwielbiam Louise Bourgeois. Mogłabym mieć wszystkie prace współczesnych artystów, którzy całe swoje życie spędzają na gmatwaniu i rozwikływaniu czegoś, których neurozę współodczuwam. Uwielbiam osoby z nutą szaleństwa. Podobają mi się wystawy, na których widzisz prace artystów z ich młodości a później kolejne, jak w przypadku Louise Bourgeois, tworzone przez nich w wieku 95 lat, i widzisz że wciąż poruszają te same problemy. Czy to nie piękne, że próbujemy się zmagać z tymi samymi sprawami przez całe życie i to może nie mieć końca? Ta nieskończoność uspokaja mnie.

 
 
droits réservés 2
 
 

Przez jednego z dziennikarzy zostałaś nazwana „córką” Patti Smith. Czy oprócz tego, że wyglądacie bardzo podobnie, odczuwasz z nią głębszą więź? Z pewnością jej muzyka jest dużo bardziej rockowa, punkowa niż Twoja.
 
Już jako nastolatka uwielbiałam Patti Smith, to była chyba pierwsza silna kobieta, na którą mogłam ustawić kurs, swojego wewnętrznego GPS-a. Widziałam ją chyba z piętnaście razy podczas koncertów. Zawsze lubiłam jej muzykę, ale nigdy nie miałam na jej punkcie obsesji. Są pewne piosenki, jak np. „Easter”, za którymi szaleję, ale nie za całym repertuarem, ponieważ jest właśnie zbyt punkowy jak na mój gust. Trzy lata temu byłam z chłopakiem w japońskiej restauracji w Nowym Jorku, przy stoliku naprzeciwko siedziała tyłem starsza kobieta, a przodem młoda dziewczyna, która cały czas wychylała się i spoglądała na mnie. Pod koniec kolacji starsza kobieta odwróciła się i okazało się, że to Patti. Powiedziała: „Przepraszam, ale moja córka powiedziała, że siedzi za mną dziewczyna, która wygląda identycznie jak ja”. Byłam wniebowzięta i powiedziałam jej, jak ją uwielbiam, że jest dla mnie symboliczną matką. Odpowiedziała swoim zachrypniętym głosem, że mogę ją nazywać mamą, kiedy zechcę. Prawie umarłam. (śmiech)
 
Są ludzie, z którymi pozostaje się w pewnej relacji, nie ważne, czy tego chcemy czy nie. Kiedy przeczytałam „Poniedziałkowe dzieci”, nie mogłam uwierzyć – Patti zaszła w ciąże mając 19 lat – tak jak ja, miała rozstępy na całym ciele – tak jak ja, była z mężczyzną, który mówił jej, żeby się nie przejmowała swoją fizycznością, zaczęła tworzyć muzykę mając 30 lat. Mamy ze sobą tak wiele wspólnego, o czym wcześniej nie wiedziałam, a może przeczuwałam to podskórnie jako nastolatka. Są jednak cechy, które nas różnią, np. Patti jest bardzo uduchowiona, a ja w wcale. Mam dla niej ogromny szacunek, a jednocześnie bawi mnie. Potrzebujemy światła na swojej drodze i z pewnością Patti jest dla mnie konstelacją na niebie.

 

Który jeszcze ze współczesnych muzyków jest dla Ciebie ważny?
 
Są dwie postacie. Jedna to Cat Power – jej muzyka pomogła mi przetrwać wiele, wiele nocy, dała mi poczucie, że nie jestem jedyną osobą na świecie, która czuje się w ten sposób, pomogła mi też radzić sobie z gniewem. Jej muzykę po prostu czuję. Ale osobą, której słowa przeszywają mnie na wskroś, sprawia mi ból sama świadomość, że to nie ja je napisałam, jest Fiona Apple. Słuchając każdej jej piosenki, jestem wkurzona: „cholera, słowa tej dziewczyny są zawsze w punkt!”. Jej energia mnie powala – nie widziałam innej osoby, będącej tak szaloną, wściekłą, zniszczoną, a zarazem tak spokojną, doskonałą. Ją trzeba wielbić.

 

Pochodzisz ze znanej, artystycznej rodziny. W wielu wywiadach wspominałaś, że nie czułaś się dobrze z tym, że byłaś jedyną, która nie była doceniana za to, co tworzy. Czy teraz, kiedy masz swoją muzykę, wydajesz albumy, relacje wewnątrz rodziny zmieniły się?
 
I tak, i nie. To poczucie, które miałam, nie wynikało z tego, co działo się w moim domu, ale z tego, co na zewnątrz – z relacji z opinią publiczną i z prasą. Dziennikarze byli zawsze gotowi przypomnieć mi o mojej rodzinie, publika tak samo. To bardzo dziwne uczucie, kiedy jesteś zaczepiany 40 razy dziennie, żeby usłyszeć, że ktoś uwielbia twoją matkę, albo siostrę. Jest taki moment, kiedy myślisz sobie: „muszę być silna… ale mój boże!”. Myślałam już, że albo lepiej nie należeć do tej rodziny i robić swoje, tak jak wszyscy inni, normalni ludzie na tej planecie, albo powinni pozwolić mi dostać kawałek tego tortu, bo to bardzo trudne, kiedy co dzień siadasz do stołu i wszyscy dostają tort, tylko nie ty. Nawet jeśli próbujesz udawać, że cię to nie obchodzi, to i tak będzie bolało. Teraz, kiedy ktoś zatrzymuje mnie na ulicy i zaczyna mówić: „uwielbiam…”, myślę sobie: „mamę? siostrę?”, a słyszę: „twoją muzykę”. Woah! (śmiech) Teraz jest pewna równowaga, a również prasa patrzy na mnie z większym szacunkiem.

 

Pewności siebie dodaje Ci też to, że rodzice są z Ciebie dumni?
 
Na pewno! Ale to dla rodziców też bardzo uspokajające, widzieć, że ich dziecko funkcjonuje, i że robi coś, co je uszczęśliwia. Jestem przekonana, a nawet pewna, że tak jest – sama doświadczam tego z moim synem. Jeśli on jest szczęśliwy, ja jestem szczęśliwa.

 

Zobacz też inne wydarzenia

13.06.2015, WROCŁAW, WOODED FESTIVAL15.08.2015, Warszawa, Lost Pool13.08.2015, Sopot, Zatoka Sztuki Beach Club, GusGus