LAIF » WYWIAD: Mary Komasa

WYWIAD: Mary Komasa

Mary Komasę udało nam się złapać w jej mieszkaniu w Berlinie przed występami w Polsce. Zapytaliśmy ją o ulubione miasto snów i o to, jak łączy melancholię w twórczości z optymizmem w życiu prywatnym. Dowiedzieliśmy się, że na świat woli patrzeć obrazami i małe marzenia są dla niej równie ważne, jak i te duże.

Tekst: Paweł Mieszkowski

 

MaryKomasa_0535_RGB_1500px

Mary Komasa/fot. mat. prasowe

 

 

Paweł Mieszkowski: 23 marca pojawiła się Twoja debiutancka płyta, jak czujesz się ze swoim muzycznym dzieckiem, które przyszło na świat?

Mary Komasa: Już planuję następne. Apetyt na więcej rośnie, czuję niesamowitą satysfakcję. Pojawił się również pewien sentymentalny smutek, że to już koniec. Wydaje mi się, że wszyscy tak mają. Czekasz na coś bardzo intensywnie, jesteś cały czas na silnej adrenalinie, aż tu nagle – koniec projektu, stało się i emocje opadają. Uważam, że można to porównać do pięciu kroków smutku, które mają aktorzy po zejściu z planu filmowego. W pewnym sensie ten rozdział został zamknięty, a to mobilizuje do tego, aby napisać nowy.

 

Z Twojej muzyki bije rozmarzona melancholia, a Ty jesteś bardzo ciepłą i radosną osobą, skąd ten mix?

Odreagowaniem na optymizm jest melancholia, którą czuć w mojej twórczość. Albo na odwrót: odreagowanie tej melancholii objawia się tym, że w życiu codziennym jestem ekstrawertykiem. Chociaż momentami bywam też introwertyczna. Sztuka, którą lubię, filmy, które oglądam, takie właśnie są. Ciężko jest mi się określić – jestem eklektyczna. Dużo się we mnie dzieje, przyswajam naprawdę skrajne rzeczy. Lubię jednocześnie swoją melancholię, chociaż długo miałam trudności, żeby ją zaakceptować. Z wiekiem coraz bardziej lubię się jej przypatrywać.

 

Czyli introwertyzm, który kiedyś tak przeszkadzał stał się źródłem Twoich inspiracji?

Może nie przeszkadzał tak bardzo, ale miałam poczucie, że jako dziecko nie powinnam zapadać się tak głęboko w swoich myślach. Czułam, że powinnam być bardziej dzieckiem skaczącym po drzewach – robić takie normalne rzeczy. (śmiech) A byłam małym przestraszonym dzieciakiem, stojącym w kącie ze łzami w oczach. Dzięki Bogu na naszym rynku pojawiły się Spice Girls! (śmiech)

 

Rozmawiamy w Twoim berlińskim mieszkaniu, to właśnie tu pisałaś teksty swoich piosenek, jedna z nich to „City Of My Dreams – śpiewasz o marzeniach. Miasto Twoich snów to pewnie tylko część wszystkich marzeń: jakie są inne?

Miasto moich snów niekoniecznie może dotyczyć miasta. Może dotyczyć relacji, oczekiwań zawodowych. Chciałabym, żeby to miasto było neutralnym symbolem. Dziś marzę o tym, żeby śpiewać, żeby dalej przynosiło mi to radość. Być na scenie jak najdłużej, mieć wenę, żeby świat mnie dalej inspirował. A tak naprawdę marzę o tym, żebym nie przestała marzyć. Boję się takiego poczucia obojętności i zblazowania, uczucia, że wszystko mnie nudzi i nic nie obchodzi. Dla osoby, która tworzy jest to najbardziej bolesne. Jeszcze się z tym nie zetknęłam i mam nadzieję, że mi się to nie przydarzy, a przynajmniej nie teraz. Taki moment marazmu twórczego.

 

Co z małymi marzeniami? Czy jesteś w stanie długo czekać na spełnienie swoich marzeń?

I tak, i nie. Jest we mnie trochę niecierpliwości, taka powtarzająca się mantra w myślach: tu i teraz, przeżywaj intensywnie każdy moment, dawaj z siebie jak najwięcej, bo ta chwila nigdy nie wróci. Staram się jednak uczciwie wykonywać swoją pracę, żeby zasypiać z poczuciem, że spełnię wszystkie marzenia. Może nie dziś, ale w przyszłości. Nigdy nie zapominam o małych rzeczach, to one sprawiają mi najwięcej radości – np. żelki Haribo. Małe rzeczy, które są takim szybkim zastrzykiem szczęścia.

Natomiast moje marzenia są oczywiście duże. To cecha młodego pokolenia, które umie mówić o nich głośno. Stawiamy sobie wysoko poprzeczkę. Jeśli mówię, że chciałabym, żeby moja płyta dotarła do szerokiego grona odbiorców, to stawiam sobie cel. Sama muszę na niego zapracować. Jednocześnie daje mi to taki power, że jest tyle rzeczy do zrobienia. Na ten moment mogę powiedzieć, że sprawia mi to przyjemność i daje poczucie sensu. Aczkolwiek nie chciałabym zrobić sobie krzywdy – tak jak główny bohater filmu „Whiplash”, który gra na perkusji i wpada w paranoję dążenia do perfekcji. Unikam tego. Poznałam już życie i siebie, wiem, co lubię, znam swoje bariery. Moim priorytetem jest poczucie wewnętrznego spokoju i życie w zgodzie ze sobą.

 

MaryKomasa_0299_RGB_1500px

Mary Komasa/fot. mat. prasowe

 

 

Mówisz o tym, że poznałaś życie – mieszkałaś w Nowym Jorku, Paryżu, teraz Berlinie. Które z tych miast jest Twoim miastem marzeń? Z którym z nich się utożsamiasz?

Z każdym z nich – nawet z Warszawą, trochę z Łodzią. Kocham Grochów i to nie jest żart. Dużo osób nie może uwierzyć, ale tam się wychowałam, to miejsce jedyne w swoim rodzaju. Każde miasto zostawiło we mnie swoją cząstkę. Ja za każdym razem „wchodzę” w miasto. Jeśli pobędziesz w jakimś miejscu, ale nie jako turysta tylko jako mieszkaniec, to okazuje się, że każde ma swoje mechanizmy, chimery, poczucie humoru, każde ma swój kolor.

Dodałabym do tej listy jeszcze Los Angeles, to miasto miało na mnie duży muzyczny wpływ. Przede wszystkim ze względu na filmy. Muzyka filmowa inspiruje się Miastem Aniołów. To właśnie tam poczułam rocka, w klimacie muzyki z serialu „Breaking Bad”. To tam powstało „Sweet Revange” i „Oh Lord”. Tamtejsze krajobrazy bardzo mnie zainspirowały: pustynia, sztucznie nawadniana roślinność i kolory Kalifornii. To bardzo inspirujące miejsce – z jednej strony myślisz o nim: City Of Angels, a z drugiej strony czujesz, że energia tam jest bardzo ambiwalentna. Nie kręciła mnie ilość sukcesów, które miały miejsce w tym miejscu, a raczej ilość porażek i marzeń, które mogą obrócić się albo w wielki sukces albo w porażkę. Cierpkość tego miasta, gorzki smak, a nawet zapach pustyni – słodko-słony – ma w sobie dużo melancholii.

 

Twój ulubiony kawałek na płycie to…

„Farewell” – piosenka-pożegnanie, która symbolizuje dla mnie poczucie uwolnienia. Melancholia, która jednocześnie kojarzy mi się z poczuciem wolności i oddechem. Tekst piosenki może wydawać się trochę egzaltowany.

 

Myśląc o przyszłych występach – co czujesz? Czujesz wewnętrzny stres?

Czuję się super, mamy dużo prób – bardzo lubię występować. Chyba najbardziej przeżywają to jednak moi rodzice. Ja trochę w inny sposób, mam fun na scenie, a oni czują się, jak przed występem dziecka na szkolnym przedstawieniu. Próby przestały mi wystarczać, mam potrzebę bycia na scenie i symbiozy z publicznością. Próby nie dają mi takiego poczucia, koncert oznacza, że jestem tu i teraz i nic już nie zmienię.

 

Jesteś bardzo aktywna na Facebooku i Instagramie – to 100% Ciebie?

Instagram to totalnie ja – jest dla mnie szybszym komunikatorem. Śledząc mnie można być w stałym kontakcie z tym, czym aktualnie się zajmuję, ale także ze wszystkimi moimi inspiracjami. Nie mogę przestawić się na Facebooka – to dla mnie bardziej informacyjne miejsce. Wolę przekaz obrazami.

 

Stąd inspiracja filmami w Twojej muzyce?

Dokładnie tak! Byłoby mi bardzo smutno, gdyby nie było muzyki filmowej. Ostatnio przypominałam sobie filmy Kubricka: „Barry Lyndon”, „Oczy szeroko zamknięte” i „Lśnienie”. Muzyka u niego w filmach jest dla mnie bardzo inspirująca. Szczególnie sposób, w jaki wykorzystał klasykę w „Barry Lyndon”. Sześćdziesiąt procent satysfakcji w moim życiu zajmuje muzyka filmowa. To mi wystarczy.

Zobacz też inne wydarzenia

28.04.2015, WARSZAWA, CAFE KULTURALNA, OLIVIER HEIM22-23.06.2015, Poznań, Warszawa, Nothing But Thieves25.04.2014, WARSZAWA, CAFE KULTURALNA, KRÓL