LAIF » WYWIAD: Miss Kittin: ”To niezwykły przywilej, że miałam możliwość doświadczyć kultury klubowej w latach 90.”

WYWIAD: Miss Kittin: ”To niezwykły przywilej, że miałam możliwość doświadczyć kultury klubowej w latach 90.”

 
Miss Kittin: francuska DJ-ka i wokalistka, ambasadorka brzmień elektroclashowych i autorka takich tanecznych klasyków jak ”Frank Sinatra” czy ”1982” (z The Hacker) zagrała w lutym w warszawskim klubie Smolna.
 

Tekst: Artur Wojtczak
 

Zdjęcie: Katja Ruge/ mat. prasowe

Zdjęcie: Katja Ruge/ mat. prasowe

 
W wywiadzie Miss Kittin opowiada mi o pisaniu osobistego dziennika, przywileju doświadczania klubowej kultury w latach 90. i transmitowania tych wibracji podczas swoich występów, ulubionych gatunkach w klubowej historii, stosunku do bedroom-DJ’s i do nadmiaru muzyki oraz o swoim postrzeganiu sceny francuskiej.
 
Twój podwójny album z roku 2013 nosił tytuł „Calling from the Stars”. Co stoi za tym tytułem? Czy ty jesteś duchową osobą?
 
Jeśli posłuchasz tej płyty, znajdziesz tam wszystkie odpowiedzi. Pierwotnie tytuł miał być inny, ale zdecydowałam się go nazwać tak jak jedną z piosenek.
 
Piszesz regularnie swój własny dziennik. Czy to po prostu twój sposób na zbieranie wspomnień ze swojego kolorowego DJ-skiego życia czy droga osobistego rozwoju? Amerykańska autorka Julia Cameron w swoich książkach ( m.in.Droga Artysty) opisuje wielkie znaczenie pisania tzw. „porannych stron” w rozwijaniu swej kreatywności. Czy Ty pewnego dnia pokażesz nam coś więcej niż muzykę – możemy oczekiwać książki od Miss Kittin?
 
Robię moje zapiski w dzienniku raczej po to, by uchwycić wszystkie istotne momenty i myśli, jakie mam w swojej głowie. Jest to takie przeniesienie na papier uczuć I informacji, jakie kiełkują we mnie – czasem w nadmiarze: i tych dobrych i tych złych. To ważne dla mego komfortu i kondycji psychicznej i z pewnością dobrze to robi na mój wewnętrzny rozwój. Ale nie mam tu intencji, by ten dziennik kiedyś pokazywać czy upubliczniać – jest nazbyt osobisty.
 
Jesteś totalną rave’ową dziewczyną będąc częścią sceny klubowej od późnych lat 80-tych. Obserwowałaś jak przychodzą i odchodzą muzyczne trendy: od acid-house’u, speed-garage, elektroclash , jungle aż do grime. Czy możesz wymienić jeden ulubiony okres bądź gatunek w historii kultury klubowej?
 
Muszę powiedzieć, że to niezwykły honor i przywilej, że miałam możliwość doświadczyć kultury klubowej w latach 90. To było nadzwyczajne uczucie, uczestniczyć w narodzinach tego ruchu jako klubowiczka, doświadczać muzyki jakiej wcześniej nie znałam. Ta interakcja z tym nowym zjawiskiem zmieniła całkowicie moje życie. Te wspomnienia “pierwszego razu” są tak intensywne, że wciąż rezonują w mojej głowie i noszę je ze sobą zawsze, gdy gram w klubie próbując je na nowo przetransmitować do współczesności. Wszystko było takie nowe, wręcz rewolucyjne, w pewien sposób czyste i nieodkryte. Mam świadomość, że historia lubi się powtarzać, ale ja wiem, że czegoś takiego jak wtedy, nie doświadczę już nigdy.
 
W przeszłości współpracowałaś muzycznie z artystami takimi jak The Hacker, Felix Da Housecat czy Chicks on Speed. Która z tych kooperacji była dla Ciebie najistotniejsza?
 
Oczywiście z The Hacker – on jest moim bratem, moją muzyczną bratnią duszą. To co razem przeżyliśmy, jest nieporównywalne z innymi.
 

 
Produkowanie muzyki jest teraz znacznie łatwiejsze niż np. 20 lat temu, ale w efekcie mamy do czynienia wręcz z nadmiarem muzyki, na której słuchanie brakuje nam czasu. Ilość czy jakość: co sądzisz o milionach tzw. “Bedroom-DJ’s” i amatorskich producentach?
 
Uważam, że to świetne, że niemal każdy ma teraz możliwość tworzenia: kiedykolwiek i gdziekolwiek. To wolność o wartości nie do przecenienia. Ale żadna maszyna nie potrafi sama stworzyć produktu jakim jest muzyka, duszy tego dzieła. To, co jest w środku, to kwestia artysty, który musi się w muzyce wypowiedzieć, uchwycić swój czas. Ja zawsze patrzę na jasne strony rzeczy: ten nadmiar – jak to określiłeś – to przeważnie muzyka całkiem przeciętna, ale jest ona czyimś przesłaniem do świata, pokazaniem się. Dlatego ja zachęcam: działaj, rób swoje, niech to będzie prawdziwe, twoje, głębokie. Wtedy wiesz, że jesteś bezpieczny, wyjątkowy i nie musisz konkurować z innymi.
 
DJ Céline z Paryża – promotorka swoich imprez z cyklu „Sundae”, która grała w Warszawie w ubiegłym roku, stwierdziła po weekendzie, że polska scena jest absolutnie świeża i zaangażowana, ale ta we Francji jest zwyczajnie inna. Warszawa jest wciąż bardziej zorientowana na techno, podczas gdy Paryż – będący arcypopularnym miastem turystycznym – oferuje muzykę również w łagodniejszych brzmieniach – dla fanów house & garage… Jak Ty postrzegasz francuską scenę?
 
Paryż był zawsze bardziej ukierunkowany na house & garage właśnie z powodu swojej wielkomiejskości i środowiska muzyki funk/soul. W mojej okolicy, w Grenoble mieliśmy bardzo mało klubów i przyszliśmy niejako z nurtów takich jak new wave czy industrial. Więc musieliśmy organizować nielegalne rave’y w lasach czy opuszczonych magazynach, wszystko to było zdecydowanie takim rysem kultury techno. I taki jest aspekt historyczny. Ale rzeczy się kompletnie pomieszały: teraz kluby czy festiwale oferują zarówno program z gatunku house jak i techno, bo chcą tego ludzie. I obserwujemy zdecydowanie trend powrotu do Old-Skoolu.
 
Jakich nowości możemy oczekiwać po Twoim labelu Nobody’s Bizzness?
 
Moja wytwórnia została założona bardziej po to by wydawać moje własne mastery, a nie do końca regularne i częste wydawnictwa. Tak więc nie wiem. Jak będę gotowa, wypuszczę coś nowego.
 
Jakie 3 ulubione klasyki zamierzasz grać i grać, bo zawsze działają na parkiecie?
 
Trudno mi wybrać, ale pewnie jakiś kawałek Vin Sol
 

 
Chętnie też coś w stylu elektro od Underground Resistance
 

 
I pewnie jakiś bootleg mojego kawałka “Frank Sinatra” – takie 3 przyszły mi do głowy!
 

Zobacz też inne wydarzenia

28.03.2015, WARSZAWA, PALLADIUM, FISZ EMADE TWORZYWO MAMUT 11.04.2015, WARSZAWA, KLUB BASEN, TELEFON TEL AVIV DJ SET 22-23.06.2015, Warszawa, Teatr Studio, Flying Lotus