LAIF » WYWIAD: Oskar Szafran: „Przyznam szczerze, że od wielu lat w Berlinie ciężko mi odróżnić weekend od dni w tygodniu”

WYWIAD: Oskar Szafran: „Przyznam szczerze, że od wielu lat w Berlinie ciężko mi odróżnić weekend od dni w tygodniu”

Polski producent i DJ mieszkający w Berlinie, wcześniej Oskar Szafraniec, teraz Oskar Szafran. Współpracował z Ricardo Villalobosem i A Guy Called Gerald. Zapytaliśmy go o to, jak trafił do Berlina, czy wie coś o zakazanym w czasach pandemii berlińskim podziemiu klubowym i jak kwarantanna wpływa na jego twórczość.

Oskar Szafran, zdjęcie Eva Fredrichs

Skróciłeś ostatnio swój pseudonim artystyczny z Oskar Szafraniec na Oskar Szafran. Na pierwszy rzut oka to niewielka zmiana — skąd ten pomysł?

Był to pseudonim czasów szkolnych, poza tym znacznie ułatwia to kwestie wymowy czy pisma zagranicą. Niesie to za sobą pewne nadchodzące zmiany muzyczne, ale o to przecież w tym wszystkim chodzi, o nieustanną ewolucję, o rozwój i bycie kreatywnym. Zostanie to już niedługo wyjaśnione poprzez muzykę.

Od lat mieszkasz i tworzysz w Berlinie, jak udało Ci się wybić w mieście, które jest centrum kultury klubowej, gdzie prawie każdy robi muzykę i chce być DJem?

Trzeba być otwartym na nowe doświadczenia i uważnie słuchać tego, co inni mają do powiedzenia. Wydaje się to działać w moim przypadku. W 2012 A Guy Called Gerald zaprosił mnie do współpracy, było głównym powodem mojej wyprowadzki. Od tego czasu nieustannie poznaje nowych ludzi i pojawia się wiele możliwości.

Jak wspominasz swoje początki, pierwszą imprezę?

Jak przez mgłę… Słabo to wszystko pamiętam. Na imprezy musiał mnie wozić tata. Jedna z pierwszych, które zagrałem odbyła się w klubie Inq w Katowicach, pamiętam też imprezę w Poznaniu, ale nazwy klubu naprawdę nie mogę sobie przypomnieć.

Nagrałeś niedawno miks inspirowany muzyką bloku wschodniego, przechodzisz tam przez kawał historii muzyki — czy pojawiają się tam też Twoje pierwsze muzyczne zajawki?

Kolekcjonuje muzykę, płyty winylowe i interesuje się historia muzyki. Ciekawi mnie jej forma w różnych krajach, w zmiennych okresach. To niesamowite. W miksie dla Loser Records skupiłem się na Bloku Wschodnim.

Jak spędzasz czas podczas kwarantanny w Berlinie?

Studio i książki. Uczę się też czwartego języka.

Co robisz w weekendy?

Przyznam szczerze, że od wielu lat w Berlinie ciężko mi odróżnić weekend od dni w tygodniu. Gram często i w środy i w czwartki, a teraz gdy kluby są zamknięte to nie dostrzegam za bardzo różnicy między dniami, zlewają się w całość.

Podobno w Berlinie działa nielegalne podziemie klubowe? Wiesz coś o tym (śmiech)?

Nic mi na ten temat nie wiadomo.

Zagrałeś ostatnio set, który pojawił się jako live na Facebooku poznańskiego klubu Tama. Całość robiła świetne wrażenie — wizualizacje i ujęcia kamery sprawiły, że przez chwilę poczuliśmy się jak na imprezie. Planujesz podobne performansy w najbliższym czasie?

Wychodzę z założenia, że najbardziej liczy się jakość, a nie ilość. Jeśli pojawi się możliwość zrobienia czegoś ciekawego z punktu artystycznego to tak jak najbardziej. Póki co bez konkretnych planów.

Jak myślisz, jak będzie wyglądała przyszłość kultury klubowej? Zwłaszcza w Berlinie?

Myślę, że wszystko wróci do normy, ale trochę to jeszcze potrwa.

W czasie pandemii wiele premier muzycznych jest przesuwanych w czasie, ale pojawiają się za to nowe, spontaniczne wydawnictwa. Czy kwarantanna ma pozytywny wpływ na Twoją twórczość? Możesz nam zdradzić nad czym teraz pracujesz?

Na twórczość zdecydowanie tak. Skończyłem właśnie nowy numer z Wareika z Perlon na bardzo ciekawy projekt wydawniczy, dłubię przy jednym projekcie z Eric d. Clark, a oprócz tego skończyłem już około 8 nowych, solowych numerów od początku marca.

Zobacz też inne wydarzenia

19.03.2015, WARSZAWA, KLUB BASEN, JULIA MARCELL I POLA RISE25.04.2015, WARSZAWA, KLUB BASEN, MOUSE ON MARS + ZAMILSKA13.08.2015, Sopot, Zatoka Sztuki Beach Club, GusGus