LAIF » WYWIAD: Patrick The Pan: – Pisałem to z serca. Z emocji nie mogłem spać.

WYWIAD: Patrick The Pan: – Pisałem to z serca. Z emocji nie mogłem spać.

O kulisach powstania „Niedopowieści”, „Pikselove” i „Ballady o Słoniu”, przyjaźni z Dawidem Podsiadło i kryzysie rozmowy przez bycie online. Patrick the Pan w rozmowie z LAIF, na wpół prywatnie i zupełnie z bliska.

Spotkaliśmy się na placu przed Dworcem PKP w Krakowie. Rozmawialiśmy o muzyce i jego pracy w Teatrze
im. J. Słowackiego. Mimo wydania drugiej płyty, nie wszyscy w teatrze wiedzą, że Patrick the Pan to on, a czasem, że w ogóle istnieje. Znają go jedynie z funkcji akustyka-rzemieślnika, w porywach z imienia i nazwiska: Piotr Madej.

Muzyka powstaje w zaciszu domowym, teksty m.in. w teatralnej kabinie akustyka, czyli realizatorce. Mimo że jego pseudonim powstał przypadkiem (miało być Patrick The Pen – od szkolnego długopisu), to piosenki na nową płytę z pewnością nie. Rośnie nam znaczący twórca na rodzimej scenie i niezwykle czujny obserwator rzeczywistości.

(Piotrek wybiera murek, z widokiem na zegar; jest słonecznie i wyjątkowo cicho, jak na plac przed galerią handlową – co sprzyjało skupieniu na rozmowie).

 

Patrick_foto_duże

Patrick the Pan; zdjęcie: Mat. prasowe

 

 

Przemysław Bollin: Przyjechałeś na desce?

Patrick The Pan: Na rowerze.

 

Pracowałeś w sklepie z deskami.

Tak, ale potem sklep przestał istnieć i wtedy nagrałem pierwszą płytę. Gdy skończyłem znalazłem pracę w teatrze. Nie wiedziałem czego się spodziewać, a teraz mogę powiedzieć, że kocham teatr. Jest ekstra. To jest doskonała gałąź sztuki. Dla mnie prawie tak samo ważna jak muzyka.

 

Porozmawiajmy najpierw o muzyce. Twoja nowa płyta „…niczym jak liśćmi”, mocno odbiega brzmieniem od debiutu. Po drugie, sama w sobie jest różnorodna. To wynika z różnych rzeczy, które cię zajmowały, czy takie masz podejście do tworzenia?

Zawsze tak będę robił. Mnie jest troszkę ciasno w jednym gatunku. To się tyczy zarówno robienia jak i słuchania muzyki. Jadąc tutaj słuchałem najnowszej płyty Kamasi Washington’a, a wczoraj jadąc do pracy słuchałem Everything Everything. Jednego dnia siadam przy pianinie i odpływam, a następnego biorę za gitarę i zaczynam naparzać na przesterach. Tak już mam.

 

Rok temu Rojek dziękował wam za dobre zachowanie na wzorowe zachowanie na trasie, teraz też bije od ciebie spokój, a jednak muzyka robi z ciebie człowieka Dwie Twarze.

Niekoniecznie. Przytoczę takie wyświechtane zdanie: „tam gdzie kończą się słowa, zaczyna się muzyka” – i ja się pod tym podpisuje. Muzyka niesie emocje, a ja czasem sobie z nimi nie radzę, nie umiem o nich rozmawiać i dlatego upycham to wszystko w piosenki. Muzyka – szczególnie w znaczeniu dosłownym, jako utwór bez tekstu – jest moim pamiętnikiem.

 

Zaskoczyłeś mnie w bluesowej „Balladzie o Słoniu”.

Miałem tam zagrać jak Mark Knopfler, ale nie wyszło. (Śmiech).

 

Oj, chyba niewielu potrafi jak on, jeśli ktokolwiek poza nim.

Piosenka opowiada prawdziwą historię o słoniu z cyrku – Topsy. Zginął przez swoje złe zachowanie, które jednak wynikało z tego, że był źle traktowany. Był przypalany papierosami, paskudnie karmiony – wiadomo, cyrk na początku XX wieku, nie brzmi jak raj dla zwierząt. W końcu zaatakował swojego opiekuna i go zabił. Został przekazany do innego cyrku i tam sytuacja się powtórzyła. Uznali, że słoń jest niebezpieczny i trzeba go zabić. W tym momencie wkroczył wszystkim znany Thomas Edison i zaproponował uśmiercenie go przez porażenie prądem. Na początek go jeszcze bodajże czymś podtruli – żeby był otumaniony – a potem normalnie go usmażyli. W internecie filmik można z tego zobaczyć. Zabili gościa prądem – to jest ciężkie. Nawet jeśli zabił swoich opiekunów, to nie powinno tak być. Mnie bardziej porusza los tego zwierzęcia, niż cierpienie człowieka. Nie mówię, że jestem znieczulony na krzywdę ludzką, ale cierpienia zwierząt mocniej mnie dotykają.

(W tym momencie podszedł do nas Pan Żul i zapytał o siedem złoty do biletu; nie mieliśmy; tutaj codziennie komuś brakuje do biletu – stwierdził Piotrek i wróciliśmy do ważkich pytań o teksty z nowej płyty)

 

Stałem dziś przeszło 40 minut na przystanku, bo bus jechał z Berlina i się spóźniał i obserwowałem ludzi. Nikt do nikogo nie zagadał, tylko się gapił – sam to robię – w telefon. Pokolenie naszych dziadków miało inny nawyk: zagadywanie w kolejce, na peronie i w pociągu. My tego nie mamy.

Takie niestety mamy czasy – małe komputerki zastępują nam świat i wypaczają z nas potrzeby żywego kontaktu. Już dawno większość z nas – młodych osób – przekroczyła bezpieczną granicę przeniesienia jakieś części siebie do wirtualnego świata. Karmimy tam złudnie swoje ego, budujemy fałszywe poczucie dobrze podtrzymanych relacji z innymi i co najgorsze, często – trochę podświadomie – stajemy się innymi ludźmi, niż jesteśmy w rzeczywistości.

 

Zdarzyło ci się zasłyszeć historię o tym, że ktoś w tym cyber świecie szuka miłości?

Wszyscy wiemy, że są strony i aplikacje, które służą do zawierania bliższych znajomości. Mam wielu samotnych znajomych, którzy chcieliby z tym fantem coś zrobić, jednak nie sądzę, żeby ktoś w naszym wieku otwarcie się przyznał, że korzysta z portali randkowych. Wydaje mi się, że boją się, jak to będzie odebrane. No ale jest jeszcze mniej radykalne rozwiązanie – można zagadać do kogoś na portalu społecznościowym.

 

No właśnie. Jestem rocznik ’85. i mam Facebooka, może z sześć lat. Za to pokolenie mojego brata, który jest ode mnie dziesięć lat młodszy, ma go od kiedy pamięta. Zmierzam do tego, że są osoby, które nigdy nie poznały kogoś w kawiarni. Kończąc szkołę wyższą, mają znajomych z pracy, z Facebooka i kolegów znanych ze szkoły. Nikogo więcej nie poznają, bo siedzą w necie i koło się zamyka.

W sumie tu mnie masz, bo swoją obecną dziewczynę i poprzednią zresztą też, poznałem mocno posiłkując się portalami typu Nasza Klasa i Myspace.

Kiedyś początki relacji opierały na wymagających pewności siebie ruchach. Na tym, że ktoś musi podejść, zaprosić na kawę, do tańca – cokolwiek. Dzisiaj nawet Facebook ma funkcję „zaczep”. Nowoczesna technologia i internet sprawiają, że zapominamy jak ważne – i przede wszystkim przyjemne! – są proste gesty, jak uśmiechnięcie się do obcej osoby. Nie chcę zabrzmieć jak zakompleksiony chłopiec, ale gdy jakaś dziewczyna się do mnie uśmiechnie np. w autobusie, to do końca dnia chodzę z bananem na twarzy. Tak niedużo trzeba nam do szczęścia.

 

 

O tym wszystkim napisałeś w „#idiots” i „Pikselove”.

Dużo piszę piosenek, ogólnie o Internecie. Już na pierwszej płycie był „Hełm Grozy.” Jest jeszcze samo intro do nowego albumu „Zdejmij. Wyłącz. Zobacz.” – Co do „#idiots” – to jest to utwór o Instagramie.

 

Nie mam Instagramu.

Hasztag jest znakiem używanym już od ponad trzydziestu lat w informatyce i programowaniu. Służy do porządkowania i w pewnym sensie kategoryzowania informacji. To jest przydatne narzędzie, ale dużo ludzi, chyba nie do końca wie do czego służy i robią sobie z niego jaja. Pójdzie sobie laseczka na siłownię, walnie fotę i pod zdjęciem wpisze „#piąteczek” albo całą serię podobnych głupot – no, to już wiesz skąd taki tytuł.

Rozumiem, że często ma to mieć żartobliwy wydźwięk, ale to jak większość próbuje z tego korzystać, nie podoba mi się i trochę wprawia mnie w zażenowanie. Do tego dochodzi cały festiwal zdjęć butów, obiadów, selfie w lustrze lub „z łapki”. Ekshibicjonizm jest w modzie. Rozumiem raz na jakiś czas, ale jeśli ktoś dzieli się tylko takimi rzeczami codziennie, to co ja mam myśleć o takim człowieku?

Kończąc temat, z „Pikselove” jestem najbardziej zadowolony, jeśli chodzi o piosenki o technologii. Bardzo mnie do tego zainspirował fragment tekstu Damona Albarna: „It’s hard to be a lover when the TV’s ON and nothing is in your eyes”. Pomyślałem wtedy – kurde nie jestem sam, nie tylko ja to tak czuję! Komputery i telefony często przysłaniają nam inne osoby, w tym te najważniejsze, a to największe zagrożenie na jakie jesteśmy wystawieni w dobie smartfonów.

 

„Pikselove” i „Niedopowieści” to dwa typy twojego wydawcy na hit roku – potwierdzone info. W drugim z nich pojawił się Dawid Podsiadło. Jak się poznaliście?

(Śmiech). To było jeszcze gdy sam sprzedawałem swoją pierwszą płytę w internecie. Ludzie zamawiali ją mailowo, a ja szedłem na pocztę i wysyłałem. Pewnego razu napisał do mnie Dawid Podsiadło z Dąbrowy Górniczej. Nie znałem wtedy szczególnie jego muzyki, ani nie interesowałem się jego osobą, ale wiedziałem, że w świecie muzyki taka postać jest. To chyba była pierwsza tak naprawdę znana osoba, która zamówiła u mnie płytę. Napisałem do niego, czy jest TYM Dawidem Podsiadło. Odpisał, że tak i że bardzo mu się podoba płyta i zaczęliśmy coś tam ze sobą pisać.

Parę miesięcy później, po jego koncercie w Krakowie, spotkaliśmy się i okazało się, że jest naprawdę fajnym gościem, i chyba ja też byłem fajnym gościem. Dowiedziałem się wtedy, że jedna z moich piosenek bardzo mu się spodobała, a wręcz mu towarzyszyła w jakimś tam gorszym psychicznie okresie w życiu.

 

Która to była piosenka?

„Exiles Always Come Back (Act I, II and III)”. Zdaje się, że jest dla niego ważna. Od tamtej pory staramy się trzymać ze sobą kontakt. Dawid zresztą zaśpiewał w tym utworze na moim pierwszym koncercie w Warszawie. Warunki tam były straszne, ale przyszedł, zaśpiewał. To było bardzo miłe i ważne dla mnie.

 

 

Na nowej płycie Dawid pojawia się w utworze „Niedopowieści”, traktującym o plotkach.

Opowiem Ci jak ona powstała. Ja generalnie bardzo długo piszę teksty. Czasem wręcz miesiącami. Natomiast tekst do tego utworu powstał w jeden wieczór.

Kiedyś podczas spotkania z bliską mi osobą, dowiedziałem się dużo ciekawych rzeczy o sobie, które ona słyszała na mieście. Nieważne jakich i nieważne od kogo. Ważne natomiast, że były to steki bzdur, które sobie krążyły, w tym też wśród naszych wspólnych znajomych. Zabolało mnie to bardzo. Kiedyś, wraz z początkiem sukcesów tego projektu, obiecałem sobie, że jakkolwiek by się to nie rozwinęło dalej, pozostanę sobą, będę normalny, nie będę „gwiazdorzył” i nie będę z tej okazji robił głupot. Do dziś to utrzymuję – pracuję nad sobą cały czas, właśnie żeby uniknąć potem złych historii na swój temat. Jak widać nici z tego – niektórzy zdaje się, wiedzą lepiej co u mnie słychać, niż ja sam.

Wróciłem do domu, niemiłosiernie wkurzony – chcąc się uspokoić zacząłem coś grać na gitarze, a tekst nagle sam wychodził spod pióra. Byłem tak poruszony, że całą noc nie mogłem zasnąć. I tak, w przypływie ogromnych emocji, powstały „Niedopowieści.” Dlatego pomyślałem, że ten temat spodoba się Dawidowi. Jeśli ja – niewiele znaczący na polskim rynku artysta – mam takie problemy, to co on musi mieć u siebie? Nawet nie chcę myśleć jakie piekło i horror musi czasami przechodzić. Jaką trzeba mieć silną osobowość, żeby przez to nie zwariować?

 

Jest utwór Miuosha „Corona”, którego jeden wers zapamiętam na zawsze: „Im wyżej jesteś, tym bardziej cię ciągną/w dół(…)”. Gorzka prawda.

Dokładnie tak jest. Mówi się, że jeśli masz hejterów to dobrze, to znaczy, że jesteś na coraz lepszej pozycji. Twój sukces, na który ciężko i uczciwie pracowałeś i tak zostanie zabarwiony czymś czarnym – to straszne. Nie lubimy jak coś się komuś udaje – to chyba bardzo polskie.

 

Czego uczą cię obserwacje w teatrze: twórców, aktorów, przedstawień?
Teatr wiele rzeczy mi uświadamia. Coś co gdzieś miałem z tyłu głowy, gdzieś w podświadomości teatr wyciąga i dokładnie przedstawia. Teoretycznie książki tez to robią, ale łapie się, że teatr najczęściej.

 

A jak w teatrze odbierają twoją muzykę?

To się powoli zmienia, aczkolwiek większość nie wie, czym się zajmuję.

 

Naprawdę?

Czasem trochę chciałbym, żeby niektórzy z aktorów czy reżyserów wiedzieli czym się przede wszystkim w życiu zajmuję, bo siłą rzeczy zajmujemy się podobnymi rzeczami, czyli sztuką. Tym bardziej, że niestety w teatrze jest trochę taki podział na artystów i rzemieślników, czyli cały zespół techniczny. Nawet w umowie mam napisane „rzemieślnik-akustyk”. Niektórzy wiedzą, bo ktoś tam szepnął, rozprowadził, ale nie wszyscy. A sam po ludziach przecież z płytami chodzić nie będę – uważam, że niektóre rzeczy powinny dziać się same.

 

Widzisz, ja też jestem aktorem teatralnym, ale mam odmienne zdanie o teatrze, od ciebie. Patrzę na to z drugiej strony i nie dostrzegam magii, ani wyjątkowości tego miejsca. Przestałem w ogóle tam chodzić. Wolę pisać i słuchać; wydaje mi się to bardziej potrzebne; mogę być ciągle w ruchu i szukać historii. Chyba spotkałem nieodpowiednich ludzi w teatrze. Mówię o tym dlatego, że trochę dziwi mnie twoja potrzeba bycia docenionym. Ty patrzysz w pewien sposób na aktorów, a ja na muzyków. Miałem ich zawsze na ludzi niezależnych.

To ja rozwinę. Czasem się przysłuchuję – stojąc z boku – rozmowom aktorów i często mówią o książkach, płytach i filmach, które znam i też lubię, ale myślę sobie: – Co się będę wpieprzał. O to mi chodzi. Mógłbym być ich fajnym kumplem, a nie jestem.

Jakiś czas temu temu poznałem się z Radkiem Krzyżowskim (aktor tego teatru – przyp. autora). Jechaliśmy ze spektaklem gościnnie, do innego miasta. Podszedł do w mnie w busie i powiedział: – Piotrek, słuchałem twojej płyty. Myślę sobie: – Ale jazda, fajnie! Słuchaj, gadaliśmy dwie i pół godziny w jedną stronę i całą drogę powrotną. Nagle się okazało, że Radek gra na gitarze, ogląda te same filmy, słucha tych samych płyt. Że godzinami możemy gadać o Radiohead, bo jest tak samo wielkim fanem jak ja – to jest fajne. Pracuję jako rzemieślnik, ale doskonale wiem, że po tej drugiej stronie odnalazłbym się jeszcze lepiej.

 

Tobie nie jest ciężko na co dzień w tym teatrze? Nie czujesz się w nieodpowiednim miejscu, po nieodpowiedniej stronie?

W tym teatrze jestem tylko ciałem. Wykonuję swoje obowiązki i jestem przy tym wzorowym pracownikiem, ale nic ponadto. Nie jest mi ciężko. Przyjeżdżam tam, robię swoje, ale w głowie jestem w Patrickowym świecie. Np. masę tekstów napisałem w teatrze. Miewamy spektakle gdzie czasem przez 40 minut nic nie robię. Kiedy w pierwszym kwartale 2015 nagrywałem intensywnie „…niczym jak liśćmi”, teatralne obowiązki brutalnie wybijały mnie z tego rytmu. Postanowiłem to połączyć: Wstawałem rano, nagrywałem muzykę, po południu jechałem do teatru, nagłaśniałem spektakl, a jak miałem te 40 minut przerwy, kiedy nic nie robię, to siedziałem w mojej kabinie realizatorskiej i pisałem teksty – tak powstała większość tekstów na druga płytę. Na kolanie, w półmroku, w przerwach między jednym wejściem muzyki. Nie inaczej było z „Lewiwą”, do napisania której zainspirowała mnie sztuka „Udręka Życia” w reżyserii Iwony Kempy.

 

W Narodowym też to grają, z Januszem Gajosem i Anną Seniuk w obsadzie.

Tak, ten spektakl jest, a przynajmniej był do obejrzenia w całości na YouTubie, ale nie podobał mi się – wolę interpretację Iwony Kempy u nas w Słowackim. Kocham tę sztukę – mimo że opowiada o miłosnych rozterkach ludzi, którzy przeżyli razem całe życie, jest tak napisany i zbudowany, że każdy może się w nim odnaleźć. Ja się odnalazłem.

 

Rozmawiał: Przemysław Bollin

Zobacz też inne wydarzenia

22.05.2015, WARSZAWA, KLUB NOWA JEROZOLIMA, DEEPStrict – Format:B13.08.2015, Sopot, Zatoka Sztuki Beach Club, GusGus31.07.2015, Warszawa, Stacja Mercedes, Patrick The Pan