LAIF » WYWIAD: Róisín Murphy – era zabawek

WYWIAD: Róisín Murphy – era zabawek

Gdzie zniknęła Róisín Murphy na osiem lat? Mogło się wydawać, że artystka od wydanego w 2007 r. Overpowered pozostawała w uśpieniu, jednak w jej życiu zarówno prywatnym, jak i zawodowym sporo się działo. Murphy urodziła dwójkę dzieci, wydała dwa single (Momma’s Place, Orally Fixated), weszła w kolaboracje m.in. z Freeform Five, a rok temu ze swoim partnerem, Sebastiano Properzi, nagrała po włosku płytę z coverami klasyków pop i italo disco – Mi Senti.

Talent Irlandki został odkryty, kiedy na imprezie w Sheffield, lekko wstawiona, podeszła do producenta Marka Brydona i zanuciła: „do you like my tight sweater?”. Chwilę później rozpoczęła się era Moloko. Fani zastanawiali się, czy rozpad zespołu po kilkunastu latach i sześciu albumach oznacza koniec kariery piosenkarki, jednak Murphy szybko zaprzeczyła spekulacjom eksperymentalnym Ruby Blue, wyprodukowanym przez Matthew Herberta. Diva, znana z niesamowitej energii scenicznej i oryginalnych strojów, dziś jest znacznie spokojniejsza, dojrzalsza. Na kolejnym solowym longplay’u Hairless Toys, który wyszedł dziś – 11 maja, kumulują się jej wcześniejsze muzyczne doświadczenia i inspiracje. I śpiewa lepiej niż kiedykolwiek.

 

Processed with VSCOcam with b5 preset

Róisín Murphy; zdjęcie: Magda Uherek/magdauherek.tumblr.com

 

 

Dorota Groyecka: Twoja nowa płyta Hairless Toys wychodzi w niezależnej wytwórni PIAS, podczas gdy wcześniejszy album Overpowered wydało wielkie EMI. Który rodzaj współpracy bardziej Ci odpowiadał?

Róisín Murphy: To były dwa zupełnie inne procesy, ciężko powiedzieć, że jedno doświadczenie było dla mnie lepsze od drugiego. Wydanie Overpowered w EMI było ogromnym przedsięwzięciem, być może takim, które przytrafia się raz w życiu. To był bardzo drogi album – nagrywaliśmy w wielu studiach w Miami, Filadelfii, Barcelonie i oczywiście Londynie. Pracowali ze mną różni autorzy, mikserzy, twórcy aranżacji. A przy nagrywaniu Hairless Toys byłam tylko ja i Eddie [Stevens] w bardzo małym studiu położonym w Putney w Londynie. I tak naprawdę tematem przewodnim tego albumu jest praca z kimś, kogo znam od 20 lat, bardzo intymnie. Pracowaliśmy w takiej naszej „bańce”, nie mając w planach określonej wytwórni. Najpierw skończyliśmy całą płytę, a dopiero później daliśmy na nią licencję PIAS.

 

Na płycie możemy usłyszeć bardzo dużo wpływów z Twojej przeszłości, w kawałkach miesza się wiele różnych gatunków: house, disco, jazz, nawet country. Czy chciałaś podsumować na niej całe swoje dotychczasowe doświadczenie muzyczne?

Hmm, nie myślałam o tym ten sposób. Wątpię. [śmiech] Chyba nie byłabym w stanie wcisnąć całego mojego muzycznego świata na jeden album.

 

Przygotowując materiały do tego albumu napisałaś 30 piosenek. Czy to znaczy, że niebawem pojawi się Twoja kolejna płyta? Czy będzie podobna do Hairless Toys?

Nawet 35 piosenek. Ale 30 dobrych. Myślę, że pojawi się następny album przed końcem tego roku. Pracując nad Hairless Toys skończyliśmy tylko 14 utworów, ponad połowa wciąż czeka na dopracowanie. Między pisaniem, nagrywaniem i miksowaniem jest przestrzeń, w której powstaje decyzja, w którą stronę pójdzie utwór. Jeszcze się nie znaleźliśmy na tym etapie, więc właściwie nie wiem do końca, jaki charakter będzie miało tych 16 piosenek. Jeszcze nie zdecydowałam, czy płyta będzie bardziej surowa, czy bardziej popowa.

 

Hairless Toys otwiera kawałek Gone Fishing, inspirowany dokumentem Paris is Burning. Czy na płycie usłyszymy jeszcze inne, równie charakterystyczne wpływy?

Właściwie nie. Pisałam Gone Fishing prawie tak, jakbym pracowała nad musicalem, jakby Paris is Burning miało być przełożone na Broadway. Reszta piosenek jest dużo bardziej osobista, niektóre są mocno autobiograficzne. Wydaje mi się, że na płycie można odczuć pewną nostalgię, zauważyć retrospektywne spojrzenie na moje życie. Na tej płycie nie ma uczucia „życia chwilą”, które towarzyszyło Overpowered.

 

Tak, to można wyczuć. To nie są kawałki na parkiet. Ja potańczyłam do kilku, ale w domu.

[śmiech] Tak, nie ma na tej płycie tanecznych hitów.

 

Wracając do Gone Fishing i Broadwayu – myślałaś kiedyś poważnie o tym, żeby zrobić coś na scenę?

Tak. Myślę ciągle o bardzo wielu rzeczach. Bardzo dobrze mi się rozmyśla, kiedy chodzę, więc dużo spaceruję. Chodzę w kółko i myślę: chciałabym zrobić musical, chciałabym zrobić film, chciałabym jeszcze zrobić to i tamto. A potem zdajesz sobie sprawę, że stajesz się coraz starsza i nie ma na to wszystko czasu.

 

Wybrane przez Ciebie stroje do Overpowered były spektakularne, z półki high fashion. Jak planujesz ubierać się w czasie nadchodzącej trasy koncertowej?

Jeszcze nie wiem do końca, dopiero zaczynamy przygotowania do koncertów. Nawet w przypadku Overpowered było tak, że dopiero na tydzień przed rozpoczęciem trasy nagle wyrosło wielkie show. Nie było dyrektora kreatywnego, więc pomysł na trasę ewoluował stopniowo. Pewnie podobnie będzie teraz. Trudno mi cokolwiek przewidzieć, ale wiem na pewno, że nie będę starała się odtwarzać trasy z Overpowered, bo to są rożne albumy. Teraz jest nowa era, era Hairless Toys.

A jeśli chodzi o modę – naprawdę nie jestem już nią tak zainteresowana jak kiedyś. Szczerze mówiąc jestem nią trochę rozczarowana. Te chropowate brzegi, pewna punkowa mentalność, które cechowały brytyjską modę, zostały wygładzone. Przemysł stał się bardziej cyniczny. Minęły dni, kiedy mogłam pójść do Garetha Pugha, do opuszczonego magazynu we wschodnim Londynie i pogrzebać w tych wszystkich workach i ciuchach rozwalonych na podłodze. Wyciągałam kolejne niesamowite kreacje i pytałam: hej, mogę wziąć tę rzecz? A on odpowiadał: jasne, bierz. Teraz nawet nowi projektanci mają bardzo restrykcyjną politykę odnośnie gwiazd – określona sukienka jest dla określonej gwiazdy na określony event. To wszystko już nie jest takie nieprzewidywalne i ekscytujące jak kiedyś.

 

Twój styl jest teraz trochę clean cut, a trochę retro – na okładce Hairless Toys masz na sobie vintage’ową sukienkę.

Pewne dziecięce wspomnienia formowały estetykę Hairless Toys. Ta płyta ma bardzo specyficzny styl – mogę popatrzeć na każdą rzecz i łatwo zdecydować, czy pasuje do niej, czy nie. A te dziecięce wspomnienia mają w sobie coś złowieszczego, zimnego, suchego. I abstrakcyjnego, więc trudno to wytłumaczyć. Przez ostatnich kilka lat produkowałam muzykę, ale nie robiłam dużych sesji zdjęciowych, nie tworzyłam wizerunku idącego z nimi w parze. Więc kiedy miałam zaplanować sesję do Hairless Toys… [w mieszkaniu obok rozlega się płacz niemowlaka] Jezu! Kiedy słyszę płacz dziecka, od razu nastawiam ucha.

 

Chcesz wtedy od razu biec je przytulić?

Tak. Moje ucho jest już tak wytrenowane. [śmiech] Wracając do stylizacji do Hairless Toys – nie chciałam mieć określonego brandingu, chciałam zacząć od zera. Chodziłam po sklepach vintage, ale nie w poszukiwaniu jakichś projektanckich rzeczy, ale takich, które wiązałyby się z tymi zapomnianymi wspomnieniami dziecka – np. ubrań ze strasznego nylonu. Te ciuchy wyglądają dobrze, ale już dobrze nie pachną.

 

Trochę pachną kościołem.

Tak, jest w tym coś kościelnego. Coś z religijnego kultu, w tym przypadku to kult Hairless Toys. [śmiech] Mój wizerunek na tej płycie nawiązuje do wyglądu aktorek z lat 70., oddaje to dobrze teledysk [do kawałka Exploitation], który właśnie nakręciliśmy. Być może w rezultacie przemycę trochę mody tu i tam, ale to będzie musiało się dziać naturalnie, będę musiała czuć się z tym komfortowo. Użycie mody powinno łączyć się z czynnikiem ludzkim, głównym celem nie może być po prostu noszenie high fashion. Kiedy przy Overpowered bawiłam się modą, inni właściwie tego nie robili, teraz kiedy wszyscy to robią, ja już naturalnie tego nie chcę. [śmiech]

 

Zmieniło się Twoje spojrzenie na przemysł muzyczny, kiedy zostałaś mamą?

Ludzie pytają mnie o to, a ja nie wiem, jak odpowiedzieć. To stało się stopniowo – osiem lat życia zmienia każdą osobę, czy ma dzieci czy nie. Ale szczerze mówiąc, myślę, że bardziej zmieniłby mnie fakt bycia 40-ką i nie posiadania dzieci. To była dla mnie bardzo naturalna sprawa – nie mówię, że musi tak być w przypadku każdego, ale ja zawsze wiedziałam, że chcę mieć dzieci.

 

Ale martwisz się teraz bardziej trasą koncertową, działaniami promocyjnymi? Będziesz przebywała sporo czasu z dala od domu.

Jeszcze się nie martwię, poza tym różne rzeczy będą się działy w odstępach czasowych, w weekendy. Mam duże wsparcie rodziny, mój partner jest bardzo rodzinnym facetem, a moje dzieci mają dosyć odważną naturę – dogadują się z każdym, nie są ode mnie zupełnie uzależnione, np. w kwestii poczucia bezpieczeństwa. Mam nadzieję, że będzie dobrze. Odpukać w niemalowane! [dotyka drewnianej podłogi] Może pojawią się takie chwile, że będę za nimi bardzo tęskniła, ale czuję się teraz spełniona i wdzięczna za to, że mogłam znów znaleźć się w tym miejscu. Był taki moment, że zastanawiałam się, czy jestem jeszcze w stanie nagrać album.

 

Znana jest Twoja fascynacja postaciami Kim Gordon, czy Grace Jones. Masz teraz jakichś nowych idoli? Czego ostatnio słuchałaś?

Nie mam nowych idoli, ale słucham teraz znacznie więcej muzyki niż w ciągu ostatnich kilku lat. Dzięki temu, że mam swojego prywatnego Facebooka mogę się kontaktować i dzielić muzyką z bardzo różnymi producentami z całego świata. Uwielbiam Maurice’a Fultona – uważam, że jest fantastycznym housowym producentem.

 

Zastanawiasz się czasem, kim zostałabyś, gdybyś nie miała na sobie tego obcisłego swetra – w noc, kiedy poznałaś Marka Brydona?

Sądzę, że byłabym artystką wizualną. Kiedyś naprawdę myślałam, że zostanę taką Cindy Sherman. Z Markiem to był szczęśliwy przypadek – wtedy nie zdawałam sobie w ogóle sprawy, że mam w sobie muzykę. A muzyka to piękna sprawa i pozwala mi na spełnianie się również na wizualnym polu. Do tego myślę, że oddziałuje na ludzi szerzej i intensywniej niż sztuka wizualna – każdy kocha muzykę.

 

Rozmawiała: Dorota Groyecka

 

Zobacz też inne wydarzenia

28.03.2015, WARSZAWA, PALLADIUM, FISZ EMADE TWORZYWO MAMUT22.03.2015, WARSZAWA, STODOŁA, NATALIA PRZYBYSZ13.08.2015, Sopot, Zatoka Sztuki Beach Club, GusGus