LAIF » WYWIAD: RY X z Howling – „Do koncertu przygotowuję się jak LeBron James”

WYWIAD: RY X z Howling – „Do koncertu przygotowuję się jak LeBron James”

 
Howling to duet RY X i Frank Wiedemann (Âme), który zawiązał się przez internet – Frank napisał do mnie na Skypie, wysłał kilka pomysłów i się zaczęło – zdradził RY X. Australijczyk ma trzy pasje, które doskonale ze sobą korespondują: muzyka, koszykówka i podróże. Jak to się ma do „Sacred Ground”? Jak przygotowuje się do koncertu i jakie widzi podobieństwa u muzyków i sportowców? – Grunt to koncentracja na wyznaczonym celu. Jak dasz ciała to możesz być spokojny, sukces ci nie grozi – mówi w wywiadzie dla LAIF.

 

JBe2669-02ret_JonBergman

fot. Jon Bergman

 

Przemysław Bollin: Wychowałeś się w Australii, zamieszkałeś w Kalifornii, która ma najlepszą drużynę Konferencji Zachodniej. Śledzisz finały NBA?

RY X: (Śmiech). Trafiłeś! Jestem wielkim fanem koszykówki. Jak chcesz możemy gadać o niej przez całe piętnaście minut (śmiech) [tyle mamy czasu na rozmowę – przyp. autora]. Mieszkam tu już jakiś czas i całkiem wsiąkłem w kulturę Amerykanów i zaraziłem się koszykówką.

 

Kibicujesz Golden State Warriors i Stephenowi Curry’emu? Dla mnie ten rozgrywający, to David Copperfield parkietu.

(Śmiech). Fakt, jest niesamowity, bardzo dużo widzi na boisku i ma świetną skuteczność. Dziś mu nie poszło, ale na pewno jeszcze się odbuduje i poprowadzi Warriors do kolejnych zwycięstw [rozmawiamy po meczu numer dwa, w którym Curry nie grał najlepiej i m.in. przez to CAVS wyrównali stan rywalizacji na 1:1 – przyp. autora].

 

Finały NBA oglądasz w telewizji, czy jeździsz do Oracle Areny?

Niestety nie mam tyle wolnego, muszę pracować w studio, ale jestem na bieżąco. Oglądam w telewizji.

 

Pytam o koszykówkę, bo ta amerykańska – szybka i efektowna, mocno różni się od europejskiej, którą cechuje taktyka i mały procent gry improwizowanej. Jak to ma się do muzyki tych miejsc? Mieszkałeś jakiś czas w Berlinie…

Rzeczywiście te miejsca od siebie odbiegają i najważniejsze dla mnie było znalezienie w tym odpowiedniego balansu. To było czymś na kształt nowego horyzontu, na którym nagle pojawiły się zarówno nowe możliwości, jak i różnice kulturowe. Nie mógłbym mieszkać w Stanach non-stop, dlatego przeniosłem się na trochę do Europy. Sztuka jest tu na dużo wyższym poziomie, ale ludzie są mniej ekspresyjni, mniej mówią o tym co czują, przez co trudniej o sprawną komunikację.

Pewnego dnia postanowiłem iść za swoim sercem i poznać prawdziwą Europę – poszedłem za tym. Po powrocie do Stanów potrzebowałem oddechu, swobodnego bycia nad oceanem i relaksu.

 

Na Twojej solowej płycie znalazł się utwór „Berlin”, opowiadający o niewesołej historii miłosnej. Abstrahując od tekstu, zgodzisz się ze stwierdzeniem, że aura tego miasta inspiruje do komponowania na smutno?

Zima była dla mnie czymś nowym. Pochodzę z Australii, mieszkam w L.A.. więc europejskie przymrozki dały mi w kość – głównie od strony psychicznej. Dla was to normalne, ale dla takiego gościa jak ja to był szok, wpływało to na moje samopoczucie, a w konsekwencji i na muzykę. Jakbym miał dać skojarzenie z Berlinem, to powiedziałbym: ciemność i chłód.

 

 

W naszej rozmowie sport przeplata się z muzyką, bo w obu dziedzinach potrzeba prawdziwej determinacji, żeby nie wypaść z gry. Co trzyma Cię w trudnych chwilach przy życiu?

Najważniejsze jest dla mnie łapanie balansu, szukanie wyciszenia, słuchanie własnego głosu. Staram się znaleźć w sobie spokój; ignorować ciemną stronę; walczyć z dopadającym mnie smutkiem, który odbiera mi chęć do życia i nie pozwala tworzyć. Pomaga mi medytacja i joga, więc gdy tylko jestem nad oceanem, to idę na plażę i ćwiczę. Nie jestem z tych, co wstają rano, piją kawę i próbują wyrzucać z siebie energię przez wysiłek fizyczny. Stawiam na spokój – to on daje mi siłę i uruchamia mnie do tworzenia.

 

Ta płyta jest przejściem na drugą stronę lustra, snem, marzeniem, czymś nierealnym. Jakie formy sztuki zainspirowały Was do tego typu poszukiwań: pisanie wspak na albumie, rozbudowane, cierpliwe i długie utwory i żadnych gwałtownych ruchów?

To ciekawe, gdy ktoś opowiada ci o tym, co dostrzega w twoim materiale. Pracując nad płytą Howling dużo rozmawialiśmy z Frankiem o podróży w głąb siebie – to bardzo introwertyczny album. Oczywiście interesuje nas temat gwiazd, kosmosu i roli człowieka we wszechświecie, ale dyskutując o tym, traktowaliśmy to jako inspirację do podróży w głąb siebie. To my jesteśmy podmiotem tej muzyki, a „Sacred Ground” to nasza introspekcja.

 

 

Sporo zmieniło się u RY X między „Always Remember Me” z 2010 roku, a „Forest” z roku bieżącego. Co było pomiędzy, że tak wiele się zmieniło w Twoich utworach?

Mocny kontrast (śmiech). Zajmuję się muzyką od 15. roku życia, więc dorastam razem z nią. „Always” był bardzo słodkim i naiwnym utworem, jak większość, które pisałem w tamtym okresie. Wracając do kwestii zamieszkania i otoczenia, widać jak działała na mnie Ameryka, a jak zmieniłem się pod wpływem Europy. Berlin przyciemnił mi duszę.

 

 

Macie z Frankiem oczekiwania i plany wobec Howling? A może muzyka powstała z potrzeby serca i zamierzacie projektować przyszłości.

Staramy się być tu i teraz – to się sprawdza. Rzeczy następują po sobie, niczego nie przyspieszamy. Chcemy się nacieszyć graniem na żywo, to nas teraz nakręca i skupia naszą uwagę. To ulubiona część naszej pracy.

 

JBe2672-08retcrop_JonBergman

fot. Jon Bergman

 

Gdyby nie patrzeć w terminarz, to co zrobiłbyś teraz ze swoim czasem: trasa, przeprowadzka czy długie, zasłużone wakacje?

Odnosząc to do postaci sportu: weźmy LeBrona Jamesa, który doprowadził drużynę Clevaland Cavaliers do finału NBA – on przed każdym meczem totalnie się wycisza. Przed rozpoczęciem rywalizacji z Golden State dostali od trenera zakaz wchodzenia na portale społecznościowe, mieli pooglądać zaległe filmy, poczytać książki – normalnie pożyć. To bardzo ważne, żeby nie dać się wciągnąć w wir zdarzeń, trzeba uciekać od życia na pełnych obrotach, w blasku fleszy – to bardzo rozprasza. Jak James przed meczem, tak ja przed koncertem staram się maksymalnie skupić na tym, co danego dnia jest najważniejsze. Sukces odnoszą ci, którzy potrafią stawiać sobie cele i je realizować „tu i teraz”. Jak nawalisz raz to możesz być spokojny, sukces ci nie grozi.

 

Kto wygra Finały NBA? CAVS czy Warriors?

Chcesz zrobić pętlę do początku – sprytnie (śmiech). Mieszkam w Los Angeles, więc jestem za Lakersami i w sumie tym drużynom nie kibicuję. CAVS opiera grę na Jamesie, szczególnie po kontuzji Irvinga, Warriors natomiast mają więcej graczy od zdobywania punktów, ale nie robi mi różnicy kto wygra. Daję 50 na 50.

Zobacz też inne wydarzenia

17.08.2015, Warszawa, Plac Defilad, Shamir 20.08. 2015, Warszawa, Miłość, Mary Komasa 25.04.2015, WARSZAWA, MIŁOŚĆ KREDYTOWA 9, FLIRTINI & RIMMEL GANG: FKJ (LIVE)