LAIF » WYWIAD: Spoken Love – Wyjście z cienia

WYWIAD: Spoken Love – Wyjście z cienia

 
Po latach współpracy producenckiej z innymi artystami pod szyldem Plan B, Bartek Królik i Marek Piotrowski wydali płytę, na której to oni grają pierwsze skrzypce, a także wiele innych instrumentów.
Zasiedliśmy sobie wygodnie w mokotowskiej kawiarni Relaks i już chwilę później wylewność panów ze Spoken Love przeszła wszelkie moje oczekiwania.
 
Tekst: Kajetan Łukomski (Avtomat), Zdjęcia: Liubov Gorobiuk

 
 

1_SpokenLove_fot.LiubovGorobuk

 
 

Kajetan Łukomski: Promując płytę Spoken Love wiele mówicie o tym, co ją zainspirowało, a mnie nurtuje pytanie – czemu właśnie „wypowiadana miłość”?
 
Marek: Powiedzmy, że to jest dla nas forma autoterapii. Mężczyźni często mają problem z mówieniem o emocjach wprost, uważa się to za niemęskie. Potraktowaliśmy to jako projekt, w którym wyrazimy się, ale również przekażemy stojącą za nim ideologię. Opowiadamy się po „dobrej stronie mocy”, idziemy wbrew obecnemu trendowi łamania tabu i szokowania różnymi tanimi sensacjami.
Bartek: Ujmując to łopatologicznie – ten projekt afirmuje miłość i wszelkie przejawy konstruktywności.
 
Sprzeciwiacie się makdonaldyzacji społeczeństwa?
 
Bartek: To nie tak, nie jesteśmy przeciwko ułatwianiu sobie czy zdobyczom techniki. Apelujemy jedynie o równowagę, której ostatnio nie widać. Zauważamy, że wszystko jest relatywizowane, nie ma żadnych świętości. Ludzie nie są gotowi na taką koncepcję wolności jaka jest im obecnie sprzedawana. Dochodzi do odczłowieczenia i utraty gruntu. To jest chore.

Marek: Nasza cywilizacja postawiła sobie za priorytet ludzkie wygodnictwo, zapominając o rzeczach podstawowych. Trochę na opak, bo cywilizacja powinna mieć jednak w podmiocie człowieka. Teraz człowiek staje się narzędziem, przedmiotem, który ma tylko pchać ją do przodu.

 
 

3_SpokenLove_fot.LiubovGorobuk

 
 

„Everlasting Love”, w którą nikt już nie wierzy?
 
Bartek: Dokładnie. Może to brzmi banalnie, ale to co obecnie odrzucamy uważając za przestarzałe, jest mocno zakorzenione w nas i na wyciągnięcie ręki. Problem w tym, że nie chcemy szukać. My na albumie pokazujemy w jaki sposób ludzie substytuują sobie ogólnie rozumiane pojęcie miłości innymi rzeczami, uciekając tym sposobem od samych siebie. Dlatego mówi się o kryzysie męskości, kobiecości, kryzysach na wszystkich polach działalności człowieka.

Marek: Dodatkowo mamy ludzi z tzw. kasty panów, o których mówi numer „Tender Rose”, a których zamiary są antyludzkie i służące ich prywatnym interesom. A szary człowiek, który pozbawiany jest fundamentu i podstaw, daje się łatwo manipulować. Nie rozróżnia rzeczy wartościowych i rozwijających od komercji i zaśmiecaczy umysłu.

 
 


 
 

Czyli wracacie do podstaw.
 
Marek: Wracamy do domu. W sensie muzycznym zresztą też, bo słychać tam dźwięki lat 70, 80, 90. – Trochę chcemy cofnąć czas, jak to niektórzy ciągle śpiewają. Lub zwyczajnie powiedzieć stop.
 
Czy stąd też powrót do podstaw w oprawie wizualnej? Monochromatyczna okładka, monochromatyczne teledyski…
 
Bartek: Chcieliśmy, żeby to nie było krzykliwe, żeby kojarzyło się z czymś bardziej osobistym, „przy ciele”. Te trzy numery, do których powstały teledyski reprezentują właśnie część płyty traktującą o tym, o czym teraz rozmawiamy. Jest na tej płycie też druga część, bardziej imprezowa, zmysłowa dotykająca tej sfery seksualnej..
 
Czyli zachowaliście równowagę.
 
Marek: Jest równowaga. Jakoś tak wyszło, że te numery po kolei tworzą jakąś fabułę, mimo, że kolejność na płytach często dyktowana jest modelem koncertowym. Krążek ma więc początek, rozwinięcie i zakończenie, prowadzimy trochę słuchacza przez kilka różnych klimatów. Zwykle układanie płyt tak, żeby teksty tworzyły logiczną całość nie jest zbyt dobrym pomysłem, a tu stało się to trochę mimochodem. Dużo takich szczęśliwych zbiegów okoliczności złożyło się na ten album. Nagranie poprzedzały długie dyskusje z autorem tekstów a mimo to byliśmy wyjątkowo zaskoczeni, kiedy Chesney (Snow – przyp. red.) napisał i przysłał nam dokładnie to, co chcieliśmy przekazać za pomocą tych utworów.

Bartek: Często kiedy nagrywam linie wokalne „na rybkę” to śpiewam jakimiś szczątkowymi słowami, które miejscami przypominają angielski. Ciekawe jest to, że wiele z słów, których podświadomie użyłem w procesie nagrywania demówek zostało wykorzystanych przez Chesneya w gotowych tekstach, a one często powracały do jakiejś pierwotnej emocji, która towarzyszyła nam przy nagrywaniu muzyki do danego utworu. Niesamowite, że facet po drugiej stronie kuli ziemskiej, żyjący w zupełnie innej, miejskiej dżungli odbiera na tych samych falach.

 
 
2_SpokenLove_fot.LiubovGorobuk
 
 


A więc koncerty też mają swoją dramaturgię?

 
Bartek: Tak, chociaż aranżacje koncertowe będą się różniły od studyjnych. Chcielibyśmy też zaprosić w trasę ludzi, którzy przyłożyli do albumu rękę, ale to oczywiście jeszcze chwilę potrwa. Jeśli to się uda, to przyjedzie Karma Stewart, przyjedzie Chesney. Zresztą u zarania tego projektu jedno z założeń brzmiało tak, że zbieramy międzynarodowy skład do objeżdżania światowych festiwali. Poza tym chcieliśmy podtrzymać tradycję grania na instrumentach, dlatego na koncertach gramy z całym żywym składem. Współpracujemy z doświadczonymi i sprawdzonymi muzykami, część z nich to byli członkowie Sistars albo składu Agnieszki Chylińskiej, więc ufamy im całkowicie.
 
Sami takimi muzykami jesteście, za Wami bardzo długa droga. Nie będę wymieniać wszystkich projektów, w których się udzielaliście, bo nie wystarczy nam miejsca. Kiedy przyszedł moment, w którym zdecydowaliście się zrobić coś stricte swojego? Co na tym zaważyło?
 
Bartek: Przede wszystkim mieliśmy bardzo dużo różnych pomysłów, które nie znajdowały ujścia w pracy z innymi artystami, bo na przykład do nich nie pasowały. Nie chcieliśmy, żeby ten potencjał uciekł i zginął z pomrokach dziejów, a poza tym chcieliśmy zrobić kolejny krok, spróbować czegoś jeszcze innego. Lubimy podejmować nowe wyzwania, robić coś poza naszą strefą komfortu, czasami nawet trochę wbrew sobie.
 
Jak doszliście do tego, jaka ma być ta płyta? Czy zaważyły na tym jakieś zmiany?
 
Bartek: W pewnym momencie na rynku muzycznym zrobiło się bardzo koniunkturalnie, a scena się podzieliła. Z jednej strony mamy bardzo poszukującą, ale niedookreśloną treściowo scenę alternatywną, w której jest wiele pozy, „stylizowania się na”, albo treści poruszających ważne tematy, ale nie dających rozwiązania, nie niosących za sobą nic budującego. Z drugiej – szybką i prostą komercję, która stawia na jak największy przemiał. My chcieliśmy stanąć pośrodku, tak jak zwykliśmy to robić, stawiając na coś z treścią i ambitną oprawą, ale w przystępnej, można powiedzieć popowej formie. Od kiedy na świecie nie ma Michaela Jacksona a w Polsce zniknęło Sistars to jest niezapełniona nisza. Teraz wielu muzyków brzmi do siebie podobnie – w tak zwanej alternatywie jest trochę projektów odwołujących się do retro, z kolei komercyjne granie ma być przede wszystkim tekstowo i instrumentalnie przyjazne falom radiowym.
 
Czy pamiętacie moment przełomowy, w którym pomyśleliście: „klamka zapadła”?
 
Bartek: Skończyliśmy któryś z naszych projektów i wtedy ja, zamiast zajmować się muzyką, znalazłem sobie hobby, a Marek siedział w domu i grał w gry. W pewnym momencie stwierdził chyba, że czas coś z tym wszystkim zrobić i do mnie zadzwonił.

Marek: Mieliśmy też w studio wiele pozaczynanych projektów, którym groziło zestarzenie się zanim ujrzą światło dzienne. Na początku pomyślałem, że nagramy razem dwie płyty – solową Bartka i moją, producencką. Wiedziałem, że to pewnie się zmieni, ale trzeba było powiedzieć pierwsze słowo, żeby jakoś zacząć.

Bartek: Jednym z powodów, dla którego powstało Spoken Love była też chęć zrobienia czegoś, co będziemy mogli potraktować jako swoją wizytówkę za granicą.
 
Fenomen „Zrób to sobie do portfolio” postawiony na głowie.
 
Bartek: (śmiech) Tak, między innymi.
 
Jak pracujecie w studio?
 
Marek: Nie ma u nas jakiegoś uniwersalnego klucza w komponowaniu. Akurat przy tej płycie dużo numerów urodziło się z improwizacji, które potem montowaliśmy, przekładaliśmy, odwracaliśmy do góry nogami.

Bartek: Potem stwierdziliśmy, że podejdziemy do tego piosenkowo. Po prostu zaczniemy od dobrej melodii, a nie od brzmień. Mimo, że ten album jest koniec końców dosyć misternie wyprodukowany, to zaczynaliśmy często od fortepianu i wokalu. To miały być kompozycje, które można zaśpiewać. Dobra melodia nie starzeje się tak szybko jak sztuczki produkcyjne.
 
Kłócicie się?
 
Marek: Kłócimy się, ale są to kłótnie merytoryczne. Mamy wspólny cel, mimo, że jesteśmy swoimi przeciwieństwami.

Bartek: Wiesz – Dur- Moll, Pixie i Dixie, Iwan i Delfin (śmiech). Jesteśmy w stałym, nierozłącznym związku od dwudziestu lat, z żonami kłócimy się częściej (śmiech).

Marek: Pewnych rzeczy bym sam nie zrobił, pewnie bym w którymś momencie utknął, gdyby nie Bartek i jego świeże podejście. Mógłbym dojść do wniosku, że coś jest zbyt dosłowne albo proste, a razem i po upływie czasu widzimy w tym wartość. Ja lubię z kolei przekształcać to, co on robi. Szanuję ludzi, którzy potrafią zrobić wszystko sami, ale wolę energię jaka płynie ze współpracy. U nas jest to zdrowa rywalizacja. Jesteśmy zresztą zwolennikami kłótni, bo one dodają wszystkiemu tempa. Jakbyśmy tylko grzecznie parzyli sobie nawzajem kawę i herbatę, to niczego byśmy się nie nauczyli (śmiech).

Bartek: Po tylu latach współpracy staliśmy się domorosłymi psychologami (śmiech). Przychodzą do nas najlepsze głosy w Polsce, a my jesteśmy ich powiernikami i muzycznymi lekarzami pierwszego kontaktu. Od nich zresztą też cały czas się uczymy. Dosyć ciekawe, że są to głównie kobiety..
 
Trudno współpracuje się z wielkimi głosami? Opiekujecie się nimi w studio?
 
Bartek: Najtrudniej przekonać kogoś do zrobienia czegoś, czego on nie bardzo chce robić, a co może okazać się naprawdę ciekawe i innowacyjne. Ludzie często są bardzo przywiązani do swojej szufladki, do tego co sprawdzone. Mają też różne blokady. Żeby powstał progres, to musimy to wszystko przewartościować.
 
Od kilkunastu lat jesteśmy świadkami transformacji rynku muzycznego, większość muzyki kupuje się przez internet, często wybiórczo – myślicie, że ludzie nadal słuchają całych płyt?
 
Marek: To, że sprzedaż skumulowała się wokół internetu było nieuniknione. Ludzie kupują pojedyncze utwory, bo taka konsumpcja muzyki odpowiada pospiesznemu trybowi życia.

Bartek: Dlatego nagraliśmy płytę koncepcyjną, staramy się podtrzymać klasyczny sposób słuchania muzyki – od deski do deski. Ostatnio renesans przeżywają płyty winylowe, a ich słucha się po kolei. Naturalne jest to, że jeżeli ludzie trzymani na krótkiej smyczy, spędzający cały dzień w pracy kupują już jakąś muzykę, to są to pojedyncze kawałki. Wierzymy jednak w moc muzyki, więc nieważne, czy dotrze do nich tylko jeden numer z płyty czy więcej, to i tak będziemy z tego zadowoleni. Fajnie by było, żeby cała płyta stała się słuchaczowi bliska, jak ten cień, który widać na okładce…

Marek: Nie możemy nikomu nakazać, żeby słuchał jej w całości. My dajemy prezent w postaci całej płyty, a co z nim zrobisz, to już Twój wybór.

 

 

 

Zobacz też inne wydarzenia

03.06.2015, SOPOT, KLUB SFINKS700, MOUNT KIMBIE/URBAN ZOO 15.05.2015, WARSZAWA, KURORT NAD WISŁĄ, PAULA & KAROL 18.05.2015, Warszawa, Klub Pardon, To Tu, Glissando #26 Soundscape Spotkanie + Kocert Duy Geborg