LAIF » WYWIAD: The Dumplings – Dojrzewanie bez cukru

WYWIAD: The Dumplings – Dojrzewanie bez cukru

 
Mało śpią, dużo jedzą, jeszcze więcej nagrywają. Nie można powiedzieć, że „cudowne dzieci” polskiej muzyki elektronicznej dorastają. Dojrzewają, ale to, co robią, od początku jest muzycznie dorosłe. Przy drugiej płycie obniżają poziom cukru. Lekkość album „Sea you later” ma tylko w tytule. Z jego twórcami spotykam się w Warszawie w dniu premiery nowego krążka.
 
Tekst: Małgorzata Bożek, Zdjęcia: Bartek Wieczorek

 

The Dumplings fot. Bartek Wieczorek (10)
 
Małgorzata Bożek: Jak się udał koncert w Poznaniu?
 
Kuba Karaś: Bardzo dobrze. Trzeci na trasie, więc każdy kolejny powinien być jeszcze lepszy.
Justyna Święs: Jak na razie na nowej trasie jest super. Ludzie mają mnóstwo energii – śpiewają, tańczą.
 
Bardziej spełniacie się na koncertach?
 
K.K.: Nie wiem, czy można powiedzieć, że bardziej spełniamy się na koncertach. To są kompletnie różne rzeczy, więc każda ma swoje plusy i minusy. Praca w studio jest super, bo nic nas wtedy nie ogranicza. Tworzymy, zapisujemy, słuchamy, i to jest świetne.
J.Ś.: To jest bardziej intymna praca.
K.K. : … i trochę też rzemieślnicza. Granie koncertów to przyjemność – kontakt z ludźmi, możliwość pokazania materiału. To jest zawsze ekscytujące, że możemy coś nowego zagrać i zobaczyć, jak ludzie na to zareagują. Ale trasa ma też swoje minusy – rzadko się jest w domu, jest ogromne zmęczenie, codziennie jest się w innym mieście i nie można nic zobaczyć, nawet jeśli jest bardzo ładne, nic nie można zwiedzić. Nie ma czasu.
J.Ś.: Tak, a wieczorami czasem trzeba zostać z organizatorami, nie można zniknąć, uciec do hotelu.
K.K.: Je się w jakichś różnych dziwnych miejscach. Czasami budzisz się rano i zastanawiasz się, gdzie jesteś. To jest straszne uczucie.
J. Ś.: Albo sytuacja typu: nie pamiętam, gdzie mieszkam – kiedy uczucie domu zupełnie się zatraca.
 
Czy nie o tym jest piosenka „Nie gotujemy”?
 
K.K.: Różne rzeczy tam można znaleźć.
J.Ś.: Dla mnie jest bardzo osobista, nie wiem, jak Kuba ją odbiera.
K.K.: Jak ja ją odbieram? To trochę jest taka oznaka naszego społeczeństwa, współczesności.
J.Ś.: I to jest właśnie super – piszę o swoich emocjach, swoich przeżyciach, a ludzie odczytują to np. jako piosenkę o społeczeństwie, bardzo szeroko.

 


 
A jak się czujecie przy drugiej płycie? Zdobyliście popularność w spektakularnym tempie, szybko nagraliście drugi album. Jesteście bardzo młodzi – na żywo wyglądacie jeszcze młodziej! Nazywa się Was fenomenem. Co się zmieniło od czasu debiutu? Jest Wam łatwiej, czy wręcz przeciwnie?
 
J. Ś.: Staramy się przede wszystkim trochę zmienić swój wizerunek. Nie chcemy, żeby ludzie traktowali nas tak, jak przy pierwszej płycie, jak dzieci, które weszły na rynek muzyczny i ciekawsze jest to, że tak młodzi ludzie się wybili, niż sama muzyka. Chcemy, żeby muzyka była głównym punktem odniesienia.
 
Wymagania wobec Was są obecnie większe?
 
K.K.: Nasze wymagania są większe! Wobec siebie też mamy przecież jakieś oczekiwania. Nauczyliśmy się bardzo dużo przez ten rok. Zagraliśmy ponad sto koncertów. Przeżyliśmy naprawdę dużo różnych sytuacji i wyciągamy z nich wnioski.
J.Ś.: Dużo się wydarzyło, to był najszybszy rok całego naszego życia.
K.K.: Chyba w życiu nie poznałem tylu ludzi, ilu w ciągu tego roku.
J.Ś.: I nie odwiedziliśmy nigdy tylu miejsc.
K.K.: Ciekawe, ile kilometrów zrobiliśmy?
J.Ś.: Zwiedzanie świata jest super.
K.K.: Trochę udało nam się pograć też za granicą – Japonia, Meksyk. To jest świetne doświadczenie. Nie lubię jednak, kiedy ktoś mówi: „Odnieśliście sukces”. Definiuję to jako koniec czegoś. Dobrze, że wszystko się rozwija, ale ja bym nie powiedział, że to jest sukces, bo nie chcemy jeszcze kończyć i osiadać na laurach.
 
Jednak szybko zyskaliście rzesze fanów i zostaliście docenieni. Są już nawet pierwsze recenzje Waszej płyty. Piszą, że jest lepsza niż pierwsza.
 
J.Ś.: O to chodzi, żeby każda kolejna była lepsza od poprzedniej. To jest ważne, żeby się piąć w górę, a nie spadać.
Opowiedzcie mi, jak się pracowało nad druga płytą. Jest zupełnie inna od poprzedniej, także pod względem nastroju, klimatu, jest cięższa, bardziej melancholijna.
J.Ś.: Pracowaliśmy w sumie tak samo, jeśli chodzi o otoczenie i proces, jak nad pierwszą płytą. Pojechaliśmy do naszej tajemniczej wsi, zamknęliśmy się w pokoju, zrobiliśmy sobie domowe studio i tworzyliśmy tam kawałki. Potem dograliśmy wokale, już w innym studio, no i potem zrobiliśmy miksy.
K.K.: Cała płyta bardzo szybko została zarejestrowana, w ciągu trzech tygodni, ale prace rozłożyliśmy na cały rok. Zbieraliśmy teksty, muzykę.
J.Ś.: Są też na płycie cztery kawałki, które powstały rok wcześniej, w poprzednie wakacje.
K.K.: Staramy się co wakacje wyjechać na chwilę, popracować, ponagrywać. Taki mamy rytuał.
J.Ś.: Lubimy korzystać z wolnego czasu, którego jest mało, właściwie coraz mniej.

 

The Dumplings fot. Bartek Wieczorek (1)
 

Wasza muzyka się zmieniła. Co Was inspirowało przy tworzeniu tej płyty?
 
J.Ś.: Przy tej płycie mamy bardzo wyraźne inspiracje, żywcem wyciągnięte z książek, z innych piosenek, z filmów, które akurat oglądaliśmy.
K.K.: Tylko to jest tak szerokie spektrum, że czasami ciężko się domyślić. Słuchamy troszkę innej muzyki i w ten sposób poszerza się ono jeszcze bardziej. Wymieniamy się tym.
 
Mówiliście w jednym z wywiadów, że macie podobny gust?
 
J.Ś.: Mamy, ale gdzieś się tam się ścieramy.
K.K.: Gust a upodobania, to jest chyba coś trochę innego, oddzieliłbym to. Podoba nam się zazwyczaj to samo. Ale upodobania, jeśli chodzi o muzykę, mamy nieco inne.
A nie ścieracie się czasem na tym polu przy pracy?
K.K.: Ścieramy się, ale wydaje mi się, że im więcej czasu spędzamy ze sobą, tym bardziej stajemy się do siebie podobni. Czasami to jest przerażające!
J.Ś.: Zaczynamy opanowywać sztukę telepatii.
K.K.: Tak! Myślimy o tym samym, w tym samym momencie. Ostatnio spotkaliśmy się w kinie – ten sam seans, o tej samej godzinie, w ogóle ze sobą nie rozmawiając.
J.Ś.: To już się robi niebezpieczne!
K.K.: Zresztą to jest chyba potwierdzone naukowo, że jak ktoś spędza z kimś dużo czasu, to robi się podobny do tej drugiej osoby.
 
The Dumplings fot. Bartek Wieczorek (4)
 
A jakie są wasze – mniej lub bardziej wspólne – odkrycia muzyczne? Co Was faktycznie w muzyce porusza?
 
K.K.: Mnie np. Grimes, na nowo odkryłem ją w tym roku. Może też przez Japonię. To chyba Hania, moja dziewczyna, powiedziała mi – „Jak będziesz wjeżdżał do Japonii, jechał autobusem z lotniska do centrum miasta, to puść sobie Grimes”. I coś w tym jest, potem to samo powiedziałem Justynie, jak przyjechała do Japonii pierwszy raz. Jest tak, że po prostu muzyka pasuje do miejsca, sytuacji. Grimes zaczęła teraz wypuszczać nowe rzeczy, które są dobre, choć specyficzne.
J.Ś.: Ja odkryłam na nowo w tym roku Możdżera z Larsem Danielssonem. On ma taką płytę, która nazywa się „The Time”. Słuchałam tej płyty, jak byłam dzieckiem i ostatnio powróciłam do niej. Zaczęłam też słuchać samego Larsa Danielssona i gdzieś tam w jazzie ostatnio się poruszam.
 
Lubisz też klasykę?
 
J: Tak, troszkę tak, zawsze Kubie podrzucam tzw. „smęty”. Kiedyś byłam u niego w domu, słuchałam jakiejś totalnie melancholijnej muzyki, chyba Możdżera właśnie, i tam jest jeden taki smutny kawałek, do którego zawsze płaczę. No i siedzę sobie, i płaczę, a Kuba na to „Co Ty robisz?”. Wyłączył mi to, zmienił, powiedział „nie ma płakania”. A ja lubię sobie tak posiedzieć i się odkleić od wszystkiego.
K.K.: W tym roku złapaliśmy też mocną zajawkę na Diplo i Major Lazer, co prawda koncertowo było słabo na Openerze, ale jeśli chodzi o produkcję muzyki w sensie technicznym, to on jest mistrzem. Zrobił płytę, na której są same hity, grają je w radiu cały czas. Zaczęliśmy słuchać też dużo starej muzyki. Widać to np. w „Nie gotujemy”, które jest bardzo dansingowe.
J.Ś.: O tak. Ostatnio słuchaliśmy dużo Krawczyka. Naprawdę! Odkryliśmy bardzo fajne kawałki.
 
Wasza mieszanka jest naprawdę wybuchowa. Ale, zmieniając temat, macie dużo surrealistycznych odniesień, pojawia się Marquez, realizm magiczny, „Mistrz i Małgorzata”. Czy świat, który kreujecie w swojej muzyce, tekstach, jest bardziej realny czy bardziej magiczny?
 
J.Ś.: To właśnie realizm magiczny jest super połączeniem. Nie lubimy z Kubą do końca realistycznych rzeczy, oczywistych itd. Ale nie lubimy też wędrować po zakamarkach jakichś dziwnych słów, stanów. Dlatego realizm magiczny jest świetnym wypośrodkowaniem i do tego dążymy.
 
Jak bardzo się w tym odkrywacie? Justyna, podobno nie lubisz śpiewać tekstów w pierwszej osobie, bardziej bezpośrednich.
 
J.Ś.: Nie lubię. Mam taki problem i próbuję gdzieś tam lawirować, żeby było trochę o kimś -„Ona kocha być z Tobą”, ale i trochę o mnie. Zrobiłam w końcu tak (przyp. red. W piosence „Kocham być z Tobą”), że potem „Ona” zmienia się na „Ja”. Otwieram się powoli.
 
Potrafilibyście określić rodzaj muzyki, który uprawiacie?
 
J.Ś.: Przy drugiej płycie to jest chyba niemożliwe.
K.K.: Zrobiliśmy taki kalejdoskop muzyczny. Są inspiracje z różnych lat – 80., 90., aż po czasy współczesne. Nam się to podoba, ale wiem, że pojawi się na pewno wiele głosów, że płyta jest niespójna, że mieszamy wszystko, co się da.
J.Ś.: Ale o to też chodzi, to wszystko jest celowe.
K.K.: Tak, czasem jak gramy koncerty, to ludzie reagują tak: „Czy to ten sam zespół jeszcze gra?”.
J.Ś.: Ale to jest fajne. Ja osobiście nie lubię, jak mi się wszystko zlewa w całość. Lubię słyszeć poszczególne kawałki, jak słucham płyty. Przy wielu zespołach nie słyszy się poszczególnych kawałków, jest jedna całość, coś się zlewa. Dlatego w naszej muzyce dążymy do tego, żeby każdy kawałek był zupełnie inny.
K.K.: Ale też nie jest tak, że to nie ma kompletnie nic wspólnego ze sobą. Zawsze jest ten wspólny mianownik głosu Justyny i instrumenty. Kiedy wysyłam znajomym pierwsze demówki, to też słychać, że to jest muzyka napisana przez nas, więc mamy sygnaturkę, mimo że mieszamy style.
 
Skąd się wziął tytuł Waszej płyty – „See you later”?
 
K.K.: To było spontaniczne…
J.Ś.: U nas tak zawsze!
K.K.: Robię zdjęcia aparatem analogowym. Kiedy byliśmy na Open’erze, to skończyłem kliszę, wywołałem i takie specyficzne zdjęcie wyszło. W Rewie jest cypelek i przed naszym koncertem tego dnia na spacerze zrobiłem zdjęcie windsureferowi. I spodobało nam się to zdjęcie, skojarzyło bardzo „fleudowsko” – jak ktoś to określił. Miało być okładką, ale w końcu zmieniliśmy koncepcję. Wydawało nam się wtedy, że windsurferowi brakuje tylko napisu „See you later”. Bardzo nam się to spodobało i jeszcze zrobiliśmy grę słów z morzem „see” – „sea”, i tak już zostało.
 
Pomysł na okładkę też jest Wasz?
 
K.K.: Tak, z wykonaniem było trochę kombinacji.
J.Ś.: Oj, to było bardzo ciężkie, długa historia. Polała się nawet krew… Fajnie to wszystko wygląda, ale łatwo nie było.
K.K.: Leżenie w wannie na plecach, kiedy woda wlewa się do zatok, do nosa, to jest ciężkie.
J.Ś.: Ale wygląda fajnie, jesteśmy zadowoleni.
K.K.: Tak. Jak chodzi o finalny efekt, trochę inaczej to sobie wyobrażaliśmy, ale Bartek (przyp. red. autorem zdjęcia jest Bartek Wieczorek) pozytywnie nas zaskoczył.
 
Słyszałam, że macie już w zanadrzu materiał na następna płytę?
 
K.K.: My cały czas coś mamy, cały czas coś piszemy. Są dwa kawałki, które są nie wykorzystane jeszcze, czekają na demówkach, muszę znaleźć czas, żeby to poskładać. Zawsze coś czeka, tworzy się.
 
Ale czy macie już koncept, pomysł na nią?
 
K.K.: Tworzy się, tak. Myślę, że będzie jeszcze mocniej i mroczniej, niż na obecnej.
J.Ś.: Mamy koncept, ale nie wiemy jeszcze, czy taki ostatecznie zostanie. To będzie zupełny hardcore, będziemy starsi, będziemy mogli sobie na to pozwolić. Dobrze, kiedy każda płyta jest inna, wtedy to jest ciekawe.
K.K.: Powiem tak – „level” cukierkowości będzie spadał. Zobaczymy. Mamy też taką sytuację, że jakieś pokolenie z nami dorasta, bo mamy dużo fanów bardzo młodych i oni odkrywają z nami muzykę.
J.Ś.: Poznajemy ludzi na koncertach, np. widzimy, że byli już wcześniej. Pojawiają się te same twarze. Kuba ma super pamięć do twarzy.
Macie też sporo starszych fanów.
K.K.: Tak, sporo. Jest nawet taki pan z Jaworzna, który ma chyba 70 lat i przychodzi w garniturze na nasze koncert. To jest rewelacja. Nie jest tak, że tylko młodzież nas słucha.
Czasami wydaje mi się, że nawet więcej jest tych starszych fanów. Zresztą niektóre ich skojarzenia z nami są dla mnie kompletnie zaskakujące, typu Depeche Mode czy Bjork. To jest ciekawe. Ktoś przez to, że tak mu się kojarzymy, słucha właśnie nas.
 
Jakie jeszcze muzyczne opinie czy skojarzenia Was zaskakują?
 
K.K.: Dużo słuchamy. Wiem, że niektórzy mają taki tryb pracy, że w ogóle nie słuchają muzyki, np. przez dwa tygodnie, żeby coś nagrać czy zrobić. Ale my mamy tak, że jeszcze więcej słuchamy. Stąd bardzo różne skojarzenia słuchaczy. Wyszukujemy takie pojedyncze smaczki. Nawet jak siedziałem z Emade w studio i miksowałem płytę, czy jeszcze z Bartkiem Szczęsnym, kiedy nagrywaliśmy debiut, to mówiłem „wiesz, chciałabym, żeby to brzmiało jak to”. I to jakiś malutki fragment z jakiegoś utworu, np. że bas w „Everything is a Circle” ma brzmieć jak bas w „Papa don’t preach” Madonny z lat 80-tych. To są takie pojedyncze rzeczy, ale to można usłyszeć.
To chyba tak, jak z pisaniem. Nie da się pisać, jeśli się nie czyta. A propos pisania – piszecie czasem teksty razem?
K.K.: Teraz w sumie nie napisaliśmy żadnego tekstu razem. Konsultowaliśmy jakieś rzeczy, przerabialiśmy coś. Próbowaliśmy w sumie kiedyś to robić, ale odpuściliśmy w końcu.
J.J.: Poza tym powstało tyle materiału osobno, że nie było potrzeby.
 
Wasz wizerunek jest bardzo spójny, także modowo. Czy estetyka ma dla Was duże znaczenie?
 
J.Ś.: Interesujemy się modą cały czas.
K.K: Ja Justynę zarażam, cały czas podsyłam jej jakieś marki. Styl Justyny trochę ewoluował przez ten czas.
J.Ś.: Wiadomo, jak się jest osobą publiczną, bo gramy koncerty itd., to trzeba przywiązywać wagę do tego, jak się wygląda.
K.K.: Ale w Polsce nie wszyscy tak mają. A jednak na koncert przychodzi się jak na widowisko, żeby coś zobaczyć. Jeżeli artysta przychodzi ubrany tak, jakby siedział w kapciach w domu, to dla mnie, nie jest to nic atrakcyjnego.
J.Ś.: Koncert to jest zbiór wszystkiego. Ubieramy się sami. Choć zastanawialiśmy się przez chwilę, czy kogoś nie poprosić o poradę. Ale chyba jednak nie umiałabym tak funkcjonować, wolę sama się ubierać. Jak wyjeżdżamy, to często grzebiemy z Kubą w vintage shopach, lubimy to.
 
Czyli podchodzicie całościowo do występu?
 
J.Ś.: Sama muzyka to jest płyta, a koncert to jest praktycznie wszystko. Ludzie patrzą na Ciebie.
K: Ja mam np. taki tik – tupię nogą, ludzie się z tego śmieją, była nawet historia na temat mojej tupiącej nogi, bo cały koncert, półtorej godziny tupię tą nogą. Na początku jak graliśmy pierwsze koncerty, to zawsze miałem tak, że to prawe biodro było obciążone, teraz już nic nie czuję, wyćwiczyłem prawą nogę (śmiech).
 
Może to trema?
 
K.K.: Nie wiem, po prostu wystukuję sobie w ten sposób rytm. I lubię to robić. Wracając do tematu, dużo też oglądamy koncertów i patrzymy, jak wygląda to za granicą.
J.Ś.: Mnie bardzo inspiruje AlunaGeorge. Uważam, ze na koncertach jest absolutnie idealna. Pomijając to, że nie zawsze czysto śpiewa, ale teraz chodzi mi bardziej o wizualne aspekty. Świetnie się rusza, świetnie się ubiera.
 
Czy macie obszar muzyczny, może jeszcze niepoznany, albo muzyczne marzenie, coś zupełnie innego, co chcielibyście zrobić?
 
K.K.: Ja chciałbym kiedyś zrobić płytę raperowi. No i też muzykę do filmu.
J.Ś.: Ja bym chciała, żebyśmy nagrali piosenkę do Bonda – to jest nasze marzenie! Nawet mamy już teraz taką, która by się nadawała z drugiej płyty.
K.K.: Znajoma zasugerowała, że to powinna być piosenka do Bonda. I to jest racja. Przez te skrzypce chyba.
 
Która to piosenka?
 
J.Ś.: „Tide of time” – ostatnia na płycie.
K.K.: Co do marzeń muzycznych, to każdy gatunek jest ciekawy, każdego chciałoby się spróbować. To jest też dla mnie wyzwanie – słucham sobie np. Marka Ronsona i myślę, a chciałbym taki numer zrobić. Dlaczego nie w sumie? Puszczam Justynie i mówię „robimy to”. Potem myślimy – ciekawe, czy wytwórnia to puści.
Bez wolności artystycznej pewnie szybko mogliby Was stracić.
K.K.: Myślę, że tak. To świetnie widać, np. na przykładzie Korteza czy Taco Hemingwaya, to jak ludzie definiują, kto rośnie do rangi osoby uchodzącej za ważną dla polskiej muzyki, a kto nie. I to jest super, to jest bardzo dobre. Już nie talent show promują talenty, tylko ludzie sami wybierają wykonawców..
J.Ś.: Tak, to jest fajne. Trzeba zrobić tak, żeby programy typu talent show ucichły trochę, bo to jest złe, to jest straszne wykorzystywanie ludzi.
 
Mieliście kiedyś do czynienia z talent show?
 
K.K.: Nie, choć bardzo często zadaje się nam to pytanie, ale my mamy swoją opinię na ten temat.
J.Ś.: Mamy opinię i mamy znajomych, którzy brali w nich udział, to nie jest tylko nasze zdanie.
K.K.: Tak, trochę teraz tego żałują.
J.Ś.: To jest ewidentne wykorzystywanie. Ludzie, którzy tam idą, myślą, że to wszystko dla nich, a tak naprawdę nic nie jest tam dla nich.
 
A polski rynek muzyczny? Jak oceniacie to co się teraz dzieje?
 
K.K.: To jest super rewolucja. Interesujemy się tym rynkiem, od kiedy w nim jesteśmy, więc może nie mamy odpowiedniego wyznacznika. Ale też rozmawiałem ostatnio z Karoliną Kozak i ona twierdzi, że 5 lat temu ludzie w ogóle nie chodzili na koncerty, a teraz to się zmienia, jest bardzo dużo koncertów i bardzo dużo ludzi na nie przychodzi. Więc myślę, że mamy do czynienia choćby z małą rewolucją, ludzie piszą, zaczynają wierzyć, że da się w ogóle słuchać polskiej muzyki, że są wartościowe zespoły. Fajnie brać w tym udział, to jest duże wyróżnienie i to są ważne lata dla nas.

Zobacz też inne wydarzenia

25.04.2014, WARSZAWA, CAFE KULTURALNA, KRÓL 10.06.2015, WARSZAWA, MIŁOŚĆ, SLOW MAGIC 25.04. 2015, WARSZAWA, KLUB STODOŁA, OPEN STAGE, RITA PAX