LAIF » WYWIAD: Vök „Nie mamy zbyt wielu wesołych piosenek”

WYWIAD: Vök „Nie mamy zbyt wielu wesołych piosenek”

 

vok-kopia

fot. mat. prasowe


 
Vök to młody islandzki zespół, który przenosi indie i electropop na wyższy poziom rozmarzenia. Elektroniczne dźwięki łączą z żywym brzmieniem gitary i saksofonu, całość przenika momentami miękki, w innych miejscach niepokojący, typowo północny wokal Margrét Rán. Rozmawiamy z Andrim Márem, saksofonistą zespołu, o występach w Polsce, islandzkiej krwi i współpracy z Biggim Veirą – geniuszem z GusGus.
 
Tekst: Paweł Mieszkowski
 

LAIF: W tym roku odwiedziliście Polskę z trzema koncertami, w zeszłym daliście niezapomniany występ na Halfway Festival w Białymstoku. Jak wspominasz tamten koncert?
 
Andri Már: Było niesamowicie, to jeden z naszych ulubionych występów. Graliśmy w amfiteatrze, ludzie stali jakby ponad nami i wywoływało to niewiarygodne uczucie. Przyjęto nas bardzo dobrze, poczuliśmy silną więź z publicznością. Nigdy wcześniej nie doświadczyliśmy wrażenia bycia na Pantenonie, a tak właśnie poczuliśmy się podczas tego koncertu. Chcieliśmy zagrać dużo więcej piosenek, ale niestety nasza lista koncertowa jest jeszcze zbyt krótka (śmiech).
 
Polska publiczność uwielbia islandzkie zespoły, czuje z nimi dużą więź. Macie podobnie?
 
Tak, dokładnie. Braliśmy udział w projekcie dla młodych grup z Europy, gdzie poznaliśmy klika świetnych zespołów z Polski. Jednym z nich był Enchanted Hunters – bardzo spodobała nam się ich muzyka, to świetni ludzie. Złapaliśmy z nimi superkontakt.
 
Wiemy, że współpracowaliście z Biggim Veirą (GusGus). Jak to się stało? Kto kogo znalazł?
 
Biggi jest geniuszem! Na Islandii mamy bardzo małą scenę muzyczną, więc łatwo jest być w kontakcie nawet z największymi gwiazdami i producentami. On usłyszał o nas i spodobało mu się to, co robiliśmy. Chciał odkryć dla nas nowe kompozycje. Pracowaliśmy z nim bardzo dużo przy zeszłorocznej EP-ce i można zdecydowanie powiedzieć, że nastąpiła duża zmiana pomiędzy naszymi pierwszymi utworami a tym, co wyszło spod skrzydeł Biggiego. W muzyce słuchać zdecydowanie mocniejszy beat.
 
Islandzka scena muzyczna to nieduży rynek, a jednak tak wiele świetnych zespołów z Waszego kraju zdobywa uznanie w Europie. Myślisz, że to płynie w Waszej krwi?
 
Być może, faktycznie jest wielu utalentowanych artystów na Islandii. Ludzie się znają, wymieniają doświadczeniami. Z tego powodu mamy dużo wspólnych muzycznych projektów. To chyba główna cecha naszej muzycznej natury – zespoły specjalizujące się w danym gatunku bardzo często próbują różnych stylów z innymi muzykami. Może dlatego, że to mały i odizolowany obszar. Staramy się nie marnować czasu – nawet jeśli reszta twojego zespołu jest na wakacjach, możesz w łatwy sposób znaleźć kogoś z kim pograsz. To bardzo proste!
 
Uformowaliście zespół trzy lata temu podczas muzycznego show na Islandii. Znaliście się wcześniej?
 
Z Margrét znamy się już dziewięć lat, poznaliśmy się zanim w ogóle zdaliśmy sobie sprawę, że oboje jesteśmy muzykami. Pewnego razu zauważyła, że gram na saksofonie i poprosiła: zagraj coś dla mnie. Zrobiłem to, ale niechętnie. Potem zaczęliśmy nagrywać razem. Przygodę z muzyką zacząłem jako dzieciak, ale później miałem dość długa przerwę.
 
Od tego czasu bardzo zmieniliście swoją muzykę. Co wpływa na Was, co jest przyczyną zmian w Waszych brzmieniach?
 
Ewoluowaliśmy przez ostatnie trzy lata, jednak nasze pierwotne brzmienie pozostało, nadal jest nam bliski pierworodny koncept, z którym rozpoczęliśmy nasza przygodę. Wtedy nie mieliśmy pojęcia o wielu rzeczach, teraz mamy znacznie więcej doświadczenia. Dzięki temu możemy eksperymentować z dziwnymi kombinacjami.
 
Czy czasem kłócicie się w zespole o kompozycje, które chcecie stworzyć?
 
Oczywiście, że tak. Jesteśmy jak rodzina, a rodziny się kłócą. W pewny sensie to jest część tworzenia. Margrét i ja zawsze byliśmy dość pewni tego, co chcemy nagrywać, pisaliśmy większość piosenek razem. Ale czasem zdarza się, że nasze gusta nie współgrają i piosenka, którą stworzyliśmy, nie trafia do słuchaczy.
 
Jak długo pracujecie nad utworami?
 
W każdym przypadku jest inaczej. „Waterfall” stworzyliśmy w zaledwie dziewięć godzin – szybko powstał koncept i graliśmy to, aż uzyskaliśmy ostateczną wersję. Ale na przykład nad piosenką „Before” pracowaliśmy znacznie dłuższy czas – może dlatego, że to pierwsza piosenka, która razem napisaliśmy.
 
Jakie są Wasze ulubione zespoły, gatunki?
 
Jesteśmy fanami Bombay Bicycle Club, Portishead, Massive Attack, The Air. Ólafur słuchał kiedyś metalu, ja lubię trip-hop, hip-hop i muzykę indie, a Margrét jest z kolei fanką bardziej popowych brzmień. Jako Vök zmiksowaliśmy to wszystko (śmiech).
 
A jakie rzeczy z życia wzięte Was inspirują?
 
Najczęściej są to uczucia, które mamy w sobie w określonym czasie. Kiedy nadchodzi ciemny i zimny okres na Islandii, wszyscy mają depresję z powodu pogody. My piszemy wtedy te najbardziej mroczne piosenki, a latem, kiedy jest cieplej, piszemy trochę weselsze kawałki. Jak widzicie nie mamy zbyt wielu wesołych piosenek (śmiech).
 
Nowy singiel Vök „Show Me”:
 

 

Zobacz też inne wydarzenia

11.04.2015, WARSZAWA, KLUB BASEN, TELEFON TEL AVIV DJ SET 20.03.2015, WARSZAWA, KLUB BASEN, CLARK – BEFORE FESTIWAL TAURON NOWA MUZYKA 2015 18.06.2015, WARSZAWA, Pardon, To Tu, Jozef van Wissem