LAIF » Wywiad: ZAMILSKA – wyjść poza „techno”

Wywiad: ZAMILSKA – wyjść poza „techno”

W sobotę 25 kwietnia Zamilska zagra w Klubie Basen. W wywiadzie opowiedziała nam o swoim pierwszym koncercie w Powiększeniu, pierwszym stresie, o szybkiej nauce trzymania nerwów na wodzy podczas zeszłorocznych festiwali i o tym, w jaki sposób „DUEL 35” znalazł się na pokazie Diora w Tokyo.

 

Zamilska; zdjęcie: Magda Uherek

 

Dorota Groyecka: Nad czym teraz pracujesz?

Zamilska: Myślę o nowym materiale, ale są to póki co plany układane w głowie, poszukiwanie nowych brzmień. Oprócz tego prace czysto produkcyjne: remixy, osobne plany na współpracę. No i oczywiście koncerty, festiwale. W tym roku jest ich najwięcej za granicą. Udało mi się dostać na Primavera Sound. To jest dla mnie gruba impreza.

 

A w jakim kierunku będą szły nowe materiały?

Ciężko mi teraz powiedzieć, ale bardzo mnie już nudzi mówienie, że moja muzyka to jest „techno”. Media wykreowały ten gatunek. Jest jeden worek, do którego wszystko się wrzuca i już nie nazywa się tego „muzyką elektroniczną”, tylko „techno”. To jest upraszczanie i czasami może być dla kogoś krzywdzące.

Rytm pozostaje, ale chciałabym zmienić otoczkę. Oczywiście nie zrezygnuję z basu, z tych ciężkich brzmień, bo mocno mnie charakteryzują, ale chciałabym odejść od klubowej klasyfikacji, od bycia artystką „techno”.

 

Wystąpiłaś już na kilku największych festiwalach w Polsce i za granicą. Gdzie chciałabyś teraz zagrać?

Chyba nie mam wymarzonego miejsca, ale bardzo mnie cieszy, że odkąd zaczęłam koncertować, cały czas dużo podróżuję, na co kiedyś nie mogłam sobie pozwolić – finansowo, czasowo. Jednym z fajniejszych momentów był wyjazd do Norwegi, na zupełny koniec świata… Chciałabym też połączyć koncert z podróżą po Islandii.

 

Ostatnio dałaś koncert w Berlinie. Jak było?

Super. Grałam w Yaamie, festiwal CTM. Była pełna sala, ludzie dobrze się bawili. Przyszło też dużo Polaków, polskich dziennikarzy. A bałam się, że w Berlinie ludzie są już znudzeni taką muzyką, że ciężko ich zaskoczyć. Jestem bardzo zadowolona, zwłaszcza że to mój pierwszy koncert w stolicy muzyki elektronicznej.

 

Wolisz grać na festiwalach niż w klubach?

Chyba tak. Na festiwalu jest zupełnie inny klimat, ludzie przychodzą, żeby posłuchać koncertu, a nie pić piwo przy barze. W klubie jest problem z rozróżnieniem koncertu od imprezy, mylimy też Live Act z DJ Setem. Ja bardzo często jestem nazywana DJ-ką, to jest powszechny problem producentów. Nie chodzi o to, że chcę umniejszyć DJ-om, ale istnieje kolosalna różnica przy naszej pracy.

 

Jak to było z pokazem Diora? Po prostu odezwali się do Ciebie z propozycją podłożenia kawałka Duel 35?

Nikt mi nie wierzy. (śmiech)

 

Wierzymy. Ale jesteśmy ciekawe jak to wyglądało, kto się do Ciebie odezwał?

Konsultantka muzyczna z głównego oddziału Diora w Paryżu. E-mail przyszedł z ofertą i wszystkimi wytycznymi do umowy, a więc z podejściem: „ona nie może się nie zgodzić”. No i oczywiście się zgodziłam. Nie mogę wyobrazić sobie innej sytuacji, w której tyle osób na całym świecie mogłoby usłyszeć ten numer. Ponoć większość pytań pod pokazem na stronie Diora dotyczyło właśnie muzyki.

 

Pojechałaś na pokaz do Tokio?

Niestety nie, dostałam tę informację w poniedziałek, a pokaz był trzy dni później. Poza tym, to byłoby za dużo szczęścia, trzeba je dozować.

 

I posypały się teraz kolejne modowe propozycje?

Tak, pojawiły się propozycje od naszych polskich projektantów. Zdecydowałam się na jeden projekt, w którym nie zostaną wykorzystane utwory z płyty, ale będę komponowała specjalnie dla nich. Szczegóły będę mogła zdradzić niebawem.

Hmm… Nie wiem skąd mi się wzięło zainteresowanie modą… Chyba z oglądania Fashion TV… Leciała tam lepsza muzyka niż na MTV czy Vivie.

 

A skąd u Ciebie zainteresowanie techno, muzyką elektroniczną? Pamiętasz jakiś konkretny moment, imprezę która to zapoczątkowała?

Z tym jest problem, bo wcześniej nigdy nie myślałam, że będę robić „techno”. Wywodzę się raczej
z klimatów Dead Can Dance, Natacha Atlas, Banco De Gaia. Zaczynałam od trip-hopu. Nigdy nie
byłam fanką techno, nie chodziłam do klubów na techno imprezy, zdarzały się jakieś pojedyncze,
ale to nigdy nie była „łupanka”.

 

To co skłoniło Cię do produkowania „techno”?

Długa droga, którą przeszłam w ciągu 10 lat w poszukiwaniu własnego brzmienia, próbowania się odnaleźć pomiędzy melodyjnością, rytmicznością a czymś ciężkim. Mam wrażenie, że zatoczyłam swego rodzaju koło, bo kiedyś słuchałam bardzo dużo rockowej, metalowej muzyki. Więc gdzieś ciągle oscyluję między takim mrokiem, ale nie depresyjnym.

 

A byli jacyś producenci techno, którzy Cię interesowali?

Pojedynczy artyści: Lucy, Helena Hauff. Ale wolałam klimat DJ-a Rashada, czy DJ-a Nigga Fox, trochę brzmienia afrykańskie, indyjskie.

Ostatnie moje guru to Gazzele Twin, miałam okazję zagrać obok niej w Glasgow. Niesamowita osoba, również prywatnie. Ona też czasami bywa klasyfikowana jako artystka techno, a to już jest totalna bzdura, pójście na łatwiznę.

 

Są w Polsce producentki, które Cię inspirują?

Bardzo szanuję Iwonę Skwarek z Rebeki. To jest dla mnie przykład artystki, która jest prawdziwa, jej utwory to dokładne przelanie jej uczuć, emocji. Dla mnie to bardzo ważne w artyście – że nie ściemnia, nie nagrywa płyt po to, żeby było „fajnie”, żeby zgarnąć trochę kasy, pograć kilka koncertów.

 

Organizowałaś w Cieszynie warsztaty z produkcji muzyki elektronicznej – przychodziły na nie dziewczyny?

Chyba więcej było chłopców, ale pamiętam też kilka dziewczyn. To były takie 13-letnie zajawkowiczki, skejciary, robiły hip-hopowe bity.

 

Wiele producentek zagranicznych narzeka na zdziwienie facetów ich obecnością w branży. Spotkałaś się z takim zachowaniem?

Chyba nawet Helena Hauff w wywiadzie dla Dazed & Confused o tym opowiadała. Był wytłuszczony cytat: „robisz dobrą muzykę jak na kobietę”.

Na początku miałam taki incydent, że dźwiękowiec chciał mnie wyrzucić ze sceny. Przyszłam na próbę, on nie wiedział, kto ma grać, a nie podejrzewał, że to mogę być ja. Bywało też, że dźwiękowcy nie chcieli ze mną rozmawiać albo byłam wyszydzana: „co ty dziewczynko możesz wiedzieć, ja tu pracuję 30 lat, wiem więcej od ciebie, ty pewnie nawet nie wiesz, gdzie kabelek wetknąć”. Ale wiem, że ja też potrafię być podczas prób trudna we współpracy, zależy mi na uzyskaniu jak najlepszego dźwięku.

 

W polskich klubach miewamy z tym problem.

Tak, niestety mało klubów inwestuje w naprawdę dobry sprzęt, a jest to niezwykle ważne. Większość publiczności, kiedy dostanie słabe brzmienie, nie będzie obwiniała klubu, ale artystę. Moje wymagania wynikają z szacunku dla ludzi, którzy przychodzą na koncert, płacą za bilety i oczekują dobrej jakości.

 

Zamilska; zdjęcie: Magda Uherek

 

A jak oceniasz warszawską scenę klubową?

Mało w niej uczestniczę. Kiedy przeprowadziłam się do Warszawy miałam moment zachłyśnięcia się ilością wydarzeń. Teraz unikam imprez klubowych, częściej chodzę na koncerty. Latem w Warszawie jest super, podobają mi się te wszystkie koncerty nad Wisłą. Jest wprawdzie fatalny dźwięk, ale tworzy się pewien klimat.

Bardzo polubiłam Warszawę po moim pierwszym koncercie w Powiększeniu (tu miałam świetnego dźwiękowca) i bardzo żałuję, że nie ma już tego miejsca. Poza Basenem, który chyba też niedługo zamkną, nie ma przestrzeni na koncerty.

 

Ale w Powiększeniu też nie było zbyt dobrego nagłośnienia. Pamiętam jak kiedyś przyjechała Dani Siciliano, zaśpiewała jeden kawałek i obrażona wyszła.

Trzeba umieć trzymać nerwy na wodzy. Nauczyłam się tego po zeszłorocznych festiwalach. Na jednym była totalna ulewa, przeciekł namiot, zalało mi sprzęt. Zrobiło się fatalne spięcie na karcie dźwiękowej, miałam już 40 min obsuwy. Myślałam, że się popłaczę. Szef sceny zapytał z uśmiechem: „odwołujemy?”. A ja pomyślałam: „chyba cię popier…”. Ludzie stali w tym deszczu i czekali. Kiedy wyszłam na scenę stał się cud i sprzęt zaczął działać, w końcu grałam do 6 rano.

A ten koncert w Powiększeniu był niesamowity, komplet sprzedanych biletów, pełna sala. Bardzo się stresowałam. Ale przygotowała mnie na to wcześniejsza sesja w Czwórce. Wysiadły odsłuchy i musiałam grać na ślepo obserwując tylko zmieniające się klipy na monitorze. Znajomi później dzwonili do mnie i mówili, że wyglądałam jakbym się miała porzygać. (śmiech)

 

Teraz się już nie stresujesz jak wychodzisz na scenę?

Stresuję, ale to są już inne nerwy, potrafię to zamienić w siłę, nakręcam się. Wyglądam przeważnie jakbym była po czterech red bullach. Jest moment kulminacji, a potem najgorsze jest zejście ze sceny. Nie wiesz, co ze sobą zrobić.

 

Na początku przyjęłaś formułę DIY. Nadal robisz wszystko sama, czy masz już ludzi od różnych rzeczy?

Nie, dalej sama. Były pomysły, żeby wyprodukować profesjonalny teledysk, ale nie udało nam się znaleźć sponsora. To są ogromne pieniądze. Potem pomyślałam, że skoro mogę korzystać z materiałów na Vimeo z licencji otwartej, tak jak to robiłam do tej pory, to czemu nie. Zwłaszcza, że mocą mojego debiutu było wypuszczenie go ze zrobionym przeze mnie visualem. Później dowiedziałam się, że znajomy byli przekonani, że dostałam masę pieniędzy i nakręciłam teledysk od podstaw. Vimeo rulez! Ale trzeba poświęcić sporo czasu, żeby znaleźć filmy, które obrazują to, co mam w głowie.

 

A wracając do techno – dużo w nim seksu, co?

Widziałaś moje teledyski, dużo w nich rozebranych pań, więc tak – podzielam Twoje zdanie. (śmiech) Techno jest seksowne. Słyszę czasem negatywne komentarze, że wrzucam gołe baby, gołe cycki. Ja mówię na to erotyzm. Zawsze miałam w głowie bardzo sterylne, ładne obrazy, w których najlepiej według mnie sprawdzają się modelki. Mimika, delikatne ruchy, niewielki gest – to już dużo u nich wyraża, nie chciałam pokazywać zbyt dosłownych obrazów.

 

Czytałam ostatnio artykuł o seksizmie w muzyce elektronicznej, przytoczony został przykład Skrillexa. Ale wydaje mi się, że nagość w przypadku Twoich video ma zupełnie inną funkcję.

Tak, to są dwie inne bajki: erotyzm delikatny, sensualny, a wyuzdanie, które właśnie reprezentuje Skrillex. Z jego estetyką kojarzą mi się imprezy na Ibizie. To jest brudne, brutalne, niefajne. To sposób przedstawiania kobiet, z którym się nie zgadzam.

 

Rozmawiała: Dorota Groyecka

Zdjęcia: Magda Uherek/magdauherek.tumblr.com

Zobacz też inne wydarzenia

25.04.2015, WARSZAWA, KLUB BASEN, MOUSE ON MARS + ZAMILSKA13.06.2015, WROCŁAW, WOODED FESTIVAL21.05.2015, WARSZAWA, KLUB BASEN, Sóley