LAIF » WYWIAD: Żeński pierwiastek Daniela Blooma

WYWIAD: Żeński pierwiastek Daniela Blooma

 
Z Danielem Bloomem, producentem i twórcą muzyki elektronicznej spotykamy się świeżo po wydaniu jego debiutanckiej płyty „Lovely Fear”. Wcześniej dał się poznać jako utalentowany kompozytor muzyki filmowej – jego dziełem są soundtracki do filmów „Tulipany”, „Wszystko co kocham” i „Nieulotne”.  Ich reżyserem jest jego brat – Jacek Borcuch, jeden z najbardziej obiecujących twórców młodego pokolenia. W rozmowie z LAIF-em Daniel Bloom opowiada o kulisach współpracy przy swoim debiucie z czołowymi polskimi wokalistami oraz prognozuje, w jakim kierunku będzie rozwijać się polska scena elektroniczna.
 
Tekst: Piotr Łaziuk, Zdjęcia: Magda Wunsche i Agnieszka Samsel
 

Daniel Bloom fot. Magda Wunsche i Agnieszka Samsel (25)

 

Piotr Łaziuk: Studiowałeś archeologię, komponujesz muzykę. Dziedziny zupełnie rozbieżne czy jednak sobie bliskie?
 
Daniel Bloom: Wybór studiów archeologicznych był dla mnie dość oczywisty – od zawsze kręciło mnie wszystko co tajemnicze, niezbadane. Uwielbiałem odkrywać, eksplorować, poznawać wszystko, co niewyjaśnione. Znajduje to swoje przełożenie również w muzyce, którą tworzę.  Przygodę z nią rozpocząłem od grania na perkusji w osiedlowym, punkowym zespole, jeszcze w podstawówce. Ten typ muzyki nie ciągnął mnie jakoś szczególnie, ale na podwórku nie było innego bębniarza. W międzyczasie zacząłem poznawać nowe, elektroniczne brzmienia. Kiedy dowiedziałem się, że kolega sprzedaje za grosze analogowy syntezator Korga nie wahałem się ani chwili. I w tej stylistyce osiadłem już na dobre.

 

Czytasz swoje recenzje? Jak na razie „Lovely Fear” zbiera bardzo pochlebne, klimatem jest kojarzona z filmem „Drive”.
 
Przez pierwszy miesiąc czasami zaglądam do internetu, ciekawi mnie jaki jest odbiór, to zupełnie naturalne. Jeżeli chodzi o „Drive” to jest to najprostsze skojarzenie. Wiem, że nie uniknę porównań z latami 80 tymi. Właśnie w nich zaczynałem świadomie słuchać muzyki i nasiąkać elekroniką. Mnie inspirowały zupełnie inne zespoły takie jak wczesne Depeche Mode czy nawet Omd, ale najbardziej wytwórnia 4AD i grupy Cocteau Twins czy Clan of Xymox, czyli mroczniejsze klimaty.

 

Jak osobiście odnosisz się do tytułowego Lovely Fear? Wydaje się, że to dość specyficzny rodzaj strachu. Czy jest coś, czego się boisz?
 
Nie chciałbym odzierać tej płyty z tajemnicy. To trochę tak, jakby próbować logicznie tłumaczyć filmy Lyncha.  Lovely Fear to emocja, połączenie podniecenia, fascynacji i lęku. To się pojawia się najczęściej znienacka. Bez tego uczucia nie ma twórczego życia. Nie chodzi tu na prawdę o strach jako taki, tylko o przełamanie jakiegoś lęku, który blokuje naszą decyzyjność w różnych aspektach życia.

 

To nie jest Twoje pierwsze podejście do rynku fonograficznego. Wydaje się, że dopiero teraz Twoja muzyka ma szanse na większy komercyjny sukces. Co się zatem zmieniło? Rynek, świadomość muzyczna słuchaczy? Powstało zapotrzebowanie na brzmienia, które oferujesz? 
 
Rzeczywiście pojawił się rynek i sprzyjająca gleba dla elektroniki. Pojawiło się mnóstwo młodych i bardzo dobrych zespołów grających muzykę elektroniczną. Odnoszą duże sukcesy i tym samym tworzą rynek i zapotrzebowanie na taką stylistykę. Wcześniej nie było takiej szansy, królowała głównie szeroko pojęta muzyka rockowa. Ja z kolei skupiałem się na komponowaniu muzyki filmowej bo to mnie najbardziej fascynowało. Nadszedł jednak moment, w którym poczułem, że chcę nagrać muzykę zupełnie inną niż wcześniej. W głowie miałem dużo melodii i niezaspokojenie elektronicznymi dźwiękami, które dobijały się od środka. Krzyczały żeby je spuścić z łańcucha. Poszedłem za tym głosem i się udało. Słuchałem tylko siebie i tego co mnie najbardziej w muzyce pociąga.

 

Cała płyta utrzymana jest w spójnej stylistyce lat osiemdziesiątych. Jak udało się tak dobrze przywołać charakterystyczne, analogowe brzmienia tamtego okresu? Planowałeś wiernie go odwzorować czy wzbogacić o współczesne rozwiązania aranżacyjne i brzmieniowe?
 
Od samego początku sprawa była dla mnie jasna – nie chciałem nagrać płyty retro, dlatego postanowiłem poprosić o pomoc Michała Przytułę, znakomitego producenta i inżyniera dźwięku.  Dzięki jego umiejętnościom udało się wszystko uwspółcześnić. Było to spore wyzwanie – używam samych syntezatorów analogowych, które brzmią niesamowicie miękko. Maszyny perkusyjne i syntezatory Rolanda, Korg Poly 6, Arp Omni, Hammondy, mnóstwo starego sprzętu. Toczyliśmy wspólnie wspaniały bój jak osiągnąć końcowy efekt. Myślę, że tylko dzięki jego cierpliwości do mnie to się udało, bo nie mam łatwego charakteru…

 

Jak sądzisz, w jakim kierunku pójdzie polska muzyka elektroniczna? Szykuje się bardziej wyraźny powrót do lat osiemdziesiątych?
 
Nigdy wcześniej muzyka nie była tak przesiąknięta klimatem tamtych lat. Dotyczy to w zasadzie każdego gatunku. To mnie bardzo cieszy, większość moich muzycznych inspiracji i ulubionych płyt pochodzi właśnie z tamtego okresu. W Polsce ten trend jest też bardzo widoczny. Lata osiemdziesiąte to nie tylko plastik i elektronika, ale też sposób komponowania i bardzo konkretna wrażliwość i emocja muzyczna. Pewna naiwność, ale też piękny mrok. Obecnie płytę można nagrać na laptopie a sprzęt elektroniczny jest w miarę tani i to sprawia, że coraz więcej zdolnych ludzi może się wyrazić muzycznie. Bardzo ważny jest ten głos pokoleniowy, bo on sprawia, że nie cofamy się do lat 80, byłoby to absurdalne. Natomiast współczesne podejście do gatunku, to jest to co mnie najbardziej inspiruje.

 

Daniel Bloom fot. Magda Wunsche i Agnieszka Samsel (21)

 

Płyta „Lovely Fear” to zestaw intrygujących duetów, które stworzyłeś z uznanymi już artystami. Czy nie czułeś pokusy, by samemu stanąć za mikrofonem? Wedle jakich kryteriów wybierałeś wokalistów? Czy przy tworzeniu utworu myślałeś już nad tym, kto najlepiej się w nim sprawdzi? 
 
Kiedy skomponowałem jeden z pierwszych utworów, „How We Disappear” poczułem, że to utwór dla kobiety, zdecydowanie nie na moją skalę głosową. W głowię od razu usłyszałem głos Gaby Kulki. Postanowiłem wysłać jej demo i oczekiwałem w napięciu na finalny rezultat.  Efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania – emocje, które Gaba przekazała swoim głosem i tekstem sprawiły, że popłakałem się jak dziecko. Takie samo uczucie towarzyszyło moim bliskim, którym przedpremierowo prezentowałem utwór. Historia powtórzyła się przy „Katarakcie”, zauważyłem, że na płycie zaczyna przeważać żeńska energia. Tomek Makowiecki i Jon Sutcliffe  również ją posiadają, z resztą ja też. Żeński pierwiastek zdecydowanie dominuje na „Lovely Fear”.

 

Kto odpowiadał za tekst i linie melodyczne i teksty – tworzyliście je wspólnie, czy dałeś pełną swobodę zaproszonym artystom? 
 
Bardzo mi zależało, żeby linie melodyczne, które skomponowałem moi goście potraktowali poważnie. Tak też się stało, zaufali mi i bardzo to doceniam, bo zawsze jest pokusa, żeby coś zrobić „lepiej”. Tylko Tomek Makowiecki skomponował linie melodyczne do dwóch utworów, które wspaniale zaśpiewał. W warstwie tekstowej wokaliści mieli całkowitą wolność. Gaba Kulka napisała dwa niesamowicie piękne teksty, do „How We Disappear” i „Lovely Fear”, Podobnie „Marsija”, do „Lemon Smile” i do utworu, który ja śpiewam czyli „Looking Forward”. Mela jako jedyna napisała polski tekst, hipnotyzujący i poetycki, uwielbiam go.

 

Czy styl ich pracy znacząco się od siebie różnił?  W trakcie nagrań zdarzyło się coś zaskakującego, ktoś Cię szczególnie zachwycił albo zadziwił? 
 
Wszystko działo się na odległość, czasy sprzyjają pracy przez internet. Goście dostawali zaśpiewane przeze mnie demówki i pracowali nad swymi wersjami samotnie, w domu. Tylko z Melą Koteluk byłem podczas nagrywania vokalu u Marka Dziedzica w studiuj. Reszta utworów była dla mnie w jakimś stopniu niespodzianką.  Wszystko odbyło się na pełnym luzie, bez żadnego ciśnienia i stresu.

 

Teledysk do singla: „Katarakta” został nakręcony z dużym rozmachem. Czy trudno było namówić do zagrania Macieja Zakościelnego? Skąd pomysł na połączenie mistycznej, niemalże pogańskiej stylistyki ze współczesną scenerią? Na ile ważna jest w Twojej twórczości warstwa wizualna?
 
Warstwa wizualna jest w moim przekazie bardzo istotna – przez lata pracowałem przy filmach. Obrazy i muzyka są dla mnie czymś jednym jak Synestazja. Wraz z reżyserem Klaudiuszem Chrostowskim  postanowiliśmy w teledyskach puścić wodzę fantazji i zabawić się jak mali chłopcy. Bez kompleksów i dużych pieniędzy udało nam się wykreować magiczne światy i ich bohaterów. Obaj uwielbiamy kino SF i kino akcji i nie zabijamy pomysłów, bo czegoś się nie da zrobić. Nasza wyobraźnia w procesie kreowania zarówno teledysku do Katarakty jak i „How We Disappear” fruwała w najdalsze zakątki kosmosu. Poza tym jest moim bliskim przyjacielem i dobrze się rozumiemy. Maciejowi Zakościelnemu bardzo się spodobał scenariusz i storyboard do Katarakty i od razu się mocno zaangażował w projekt. Jest bardzo dobrym aktorem i fajnym, przyjaznym facetem. Szkoda, że w dość schematyczny sposób reżyserzy go postrzegają. Ma niesamowicie plastyczną twarz i znakomicie się nadawał do roli „Złego” w naszym teledysku. Chciałby zobaczyć go w takiej roli w dużym filmie, byłoby to znakomite przełamanie.

 

 

Fonografia i muzyka filmowa – jak porównasz te dwa światy? Który z nich jest Twoim docelowym? A może dalej chciałbyś działać w obu kierunkach? 
 
W przypadku muzyki filmowej ścieżka dźwiękowa musi współgrać z aktorskimi emocjami, wizją reżysera i równowagą przekazu. To niemal detektywistyczna i ciężka praca, której celem jest oddanie wszystkiego co masz dla dobra filmu. Nie ma miejsca na ego, najważniejszy jest film jako całe i spójne skończone dzieło. Na albumie „Lovely Fear” mogłem sobie pozwolić na wszystko co mnie porusza i niczym nie ograniczałem. Jedynym ograniczeniem była moja wyobraźnia i to jak głęboko zajrzę wewnątrz siebie. Już na początku pracy nad płytą zobaczyłem, że komponowanie piosenek przychodzi mi bardzo łatwo. Melodie niemal same mi się pojawiają w głowie. Praca przy filie jest o wiele trudniejsza. Wydaje się, że właśnie teledyski to świetny sposób na twórcze połączenie tych dwóch ważnych dla mnie środków twórczego wyrazu.

 

Czy planujesz nakręcić jeden z klipów ze swym bratem Jackiem?
 
Nasz gust filmowy różni się. Ja uwielbiam filmy klasy B, kino akcji, science-fiction. Myślę, że przy tym projekcie chciałem pokazać mój świat.  Myślę, że zombiaki, miecze i czarne dziury w tym momencie chyba by go nie porwały.

 

Czy planujesz już kolejne wydawnictwo? 
 
Na razie skupiamy się na trasie koncertowej – chcę się tym nacieszyć, tym bardziej, że do tej pory nie zagrałem zbyt wielu koncertów. To dla mnie zupełnie nowe doświadczenie.  Do tego klipy – będę kręcił ile się da, być może wszystkie utwory z płyty doczekają się swoich teledysków. Chcę nagrać na początek trzy płyty dla Warner Music Poland, idąc konsekwentnie ścieżką, którą obrałem na „Lovely Fear”.

 

Jak zamierzasz rozwiązać kwestię koncertów, ogarnięcia wszystkich artystów razem? 
 
Parę koncertów na pewno zagramy wspólnie.  Myślę, że nie będzie to jakoś bardzo skomplikowane, to bardziej kwestia logistyczna. Na większości występów będzie towarzyszyć mi Tomek Makowiecki, sam również będę wykonywać niektóre utwory. Klucz to zaangażowanie wokalistki, której głos nie będzie żywą kopią Meli Koteluk, Marsji, Gaby Kulki czy Iwony Skwarek. Ma wnieść coś od siebie, nową, koncertową energię! Ale oczywiście marzenie to mieć Ich Wszystkich.

 

 

 

Zobacz też inne wydarzenia

09.05.2015, KRAKÓW, TEATR ŁAŹNIA NOWA, NILS FRAHM – BEFORE TAURON NOWA MUZYKA 2015 10.06.2015, WARSZAWA, MIŁOŚĆ, SLOW MAGIC 21.05.2015, WARSZAWA, KLUB PARDON, TO TU, Idris Ackamoor & The Pyramids